Infonurt2:

„Opracowanie 'Umowa Poczdamska', ze względu na niewielką objętość, zwięzłość, rzeczowość i odniesienie do bezpośredniej współczesności, może z pewnością przyczynić się ogromnie do powstrzyma­nia ciągle narastającej, ukrywanej pod przeróżnymi postaciami (także Unii Europejskiej), niemiecko-syjnonistycznej agresji, która coraz bardziej zagraża pokojowi w Europie i na świecie. Wiedza zawarta w tej krótkiej ekspertyzie prawno-historycznej pozwoli każdemu człowiekowi poznać i osądzić zbrodniczość niemieckich działań uprawianych prawie bezkarnie na przestrzeni powojennych dziesięcioleci (1945-2004) nie tylko przez niemieckie partie polityczne oraz stowarzyszenia społeczne, religijne i naukowe, ale przede wszystkim przez władze państwowe Niemiec, jako podmiotu prawa międzynarodowego, odpowiedzialnego przed społecznością międzynarodową na podstawie prawa międzynarodowego z Kartą Narodów Zjednoczo­nych na czele. Wiedza zawarta w tej ekspertyzie, pozwoli przejść do skutecznego przeciwdziałania, ponie­waż pomoże jednoznacznie rozpoznać obłudników, zdrajców, agentów i głupców zainstalowanych we wła­dzach okupacyjnych w obecnej Rzeczypospolitej Polskiej, a także w partiach politycznych, zrzeszeniach społecznych, religijnych, naukowych i innych - pozwoli poznać perfidię i zbrodniczość tych co znając prawdę milczą lub działają przeciwko słowiańskiemu Narodowi i Państwu Polskiemu, oraz nędzę intelektu­alną i moralną tych, którzy będąc w sferach władzy i mając możliwość wiedzieć i działać skuteczniej niż ktokolwiek inny, spełniają wyłącznie zadanie krzykliwej i nieskutecznej opozycji, unicestwiając skromne zasoby słowiańskiego Narodu Polskiego, czym dobrze przysługują się śmiertelnym wrogom tego Narodu i jego Państwa.” SOW- na podstawie prac prof. dr Alfonsa Klafkowskiego

 Cala „Umowe Poczdamska” -znajdziesz na www.infonurt2.com

 

 

 Rozmowa z profesorem Normanem Daviesem rozmawia Piotr Gociek. (powrót)

Jałta, największe zwycięstwo Stalina
Wiedza i Życie, 05/2005 / 2005-06-15

Z profesorem Normanem Daviesem rozmawia Piotr Gociek.


P.G. Specjaliści od prawa międzynarodowego są zgodni – formalnie w Jałcie nic się nie wydarzyło. 4 lutego 1945 roku na Krymie spotkały się trzy prywatne osoby: Józef Stalin, Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt. Dziwnym trafem przywódcy mocarstw. Rozmawiali przez kilka dni i wydali oświadczenie, którego nigdy nie ratyfikował żaden parlament, nie przyjął ani jeden rząd…

N.D. Od tego właśnie chciałem zacząć. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego „umowa jałtańska” jest nieprawomocna. Było to tymczasowe porozumienie między aliantami na temat tego, co jest potrzebne, by jak najszybciej wygrać wojnę. Roosevelt i Churchill sądzili, że po jej zakończeniu zostanie zorganizowana specjalna konferencja – tak jak po I wojnie światowej. Że wszystkie konflikty, kwestie sporne dopiero wtedy zostaną przedyskutowane i rozstrzygnięte. Uwieńczeniem tego powojennego spotkania miał być oficjalny traktat pokojowy, zgodny z międzynarodowym prawem. Oczywiście teraz wiadomo, że taka konferencja nigdy się nie odbyła. A prywatne decyzje trójki przywódców nie zostały po wojnie zmienione. Kraje, które trafiły pod dominację ZSRR, odniosły więc wrażenie, że sytuacja, w której się znalazły, to efekt jakichś „prawomocnych” uzgodnień. Nic podobnego – Jałta nie była żadną „konferencją pokojową” i nie zawierano tam żadnych oficjalnych traktatów. Oczywiście osobną kwestią jest pytanie, dlaczego później nikt na Zachodzie nie próbował nawet dyskutować na ten temat, nie mówiąc już o jakichś zmianach – nawet gdy trwała już zimna wojna i ZSRR nie był sprzymierzeńcem Zachodu. To bardzo ciekawa sprawa.
P.G. Jak nieoficjalnie porozumienie jałtańskie zaczęło obowiązywać, tak nieoficjalnie zakończyło żywot. W 1989 roku historia przyspieszyła – w Polsce, w Czechosłowacji, w Niemczech. Nigdy nikt nie ogłosił „to koniec jałtańskiego porządku”.
N.D. W pewnym sensie jest to logiczne. Bo jeśli porządek jałtański nie był prawomocny, nie było też potrzeby ogłaszać jego końca. Nie dało się go wcześniej zmienić przemocą, ale wreszcie dobiegł końca. Po 45 latach.
P.G. Spotkanie w Jałcie łamało przepisy prawa międzynarodowego. Po pierwsze, zasadę, że nie można decydować o losach jakiegoś państwa pod nieobecność jego przedstawicieli. Po drugie, postanowienia Karty Atlantyckiej – podpisanego w 1941 roku porozumienia aliantów, w którym mocarstwa wyrzekały się użycia siły do ustalenia nowych granic w Europie i deklarowały powrót do przedwojennego status quo. Tymczasem w Jałcie dokonywano zmian na mapach, przenosząc zarówno granice państw, jak i przesiedlając miliony osób.
N.D. To prawda. Jednak potem Związek Radziecki bardzo dbał o zachowanie pozorów legalności. W przypadku Polski był to m.in. traktat o przyjaźni polsko-radzieckiej zawarty już po Jałcie, a przed zakończeniem wojny. Praktycznie oddał on Rzeczpospolitą w ręce Sowietów.
P.G. Ale w chwili podpisywania tego traktatu nikt poza Stalinem nie uznawał komunistycznego rządu lubelskiego.
N.D. Nie. Co nie zmienia faktu, że Moskwa bardzo konsekwentnie maskowała swoje działania krokami pseudoprawnymi. Miały one wywołać wrażenie, że swoje cele ZSRR osiągnął w sposób legalny i zgodny z prawem międzynarodowym.
P.G. Legalna czy nie, Jałta stała się symbolem. Mówi się o „porządku jałtańskim”, o „układzie z Jałty”, o „zdradzie jałtańskiej”. Ale w rzeczywistości była to konsekwencja spotkania w Teheranie jesienią 1943 roku. A wiele ustaleń np. w kwestii granic zostało poczynionych jeszcze kilka dni przed Teheranem, na moskiewskim spotkaniu ministrów spraw zagranicznych. Mocarstwa zachodnie były reprezentowane przez dyplomatów przychylnych Stalinowi, a nieprzychylnych Polsce. Niektórzy historycy twierdzą, że to, co się wydarzyło, było efektem sytuacji na frontach. Inni twierdzą, że jeszcze w Teheranie Zachód mógł twardo negocjować ze Stalinem. ZSRR ciągnął wtedy resztkami sił, domagał się otwarcia drugiego frontu w Europie. Może wtedy trzeba było uderzyć pięścią w stół i powstrzymać imperialne apetyty Stalina?
N.D. To kolejne wielkie nieporozumienie – przekonanie, że wszystko zostało ustalone w Teheranie. Nic nie zostało tam ustalone! Na teherańskim spotkaniu najpierw Roosevelt, a potem Churchill, bez wcześniejszych wspólnych ustaleń, zasugerowali Stalinowi, że nie będzie problemów z granicami polsko-sowieckimi. W Teheranie Churchill używał terminu „basis for discussion” – podstawy do przyszłych dyskusji. Niczego nie rozstrzygał! Mówił tylko, że trzeba będzie przedyskutować kwestię ewentualnej granicy na linii Curzona. To oczywiście bardzo śliski temat i niebezpieczna rzecz – powiedzieć tyranowi takiemu jak Stalin, że z czymś „nie będzie problemów”. Ale Churchill był przekonany, że nie jest to nic więcej jak tylko nieformalny sygnał, dzięki któremu obejdzie się bez wielkich kłótni. Przez osiem miesięcy po Teheranie zarówno Churchill, jak i rząd brytyjski gromadzili materiały potrzebne do podpisania umowy o granicy polsko-sowieckiej. Churchill nie myślał, że cokolwiek zostało „załatwione”. Przygotowywał propozycje do przyszłej dyskusji. Rząd polski brał udział w tych pracach. Istniały cztery takie plany, w każdym z nich Lwów pozostawał w granicach Polski. W 1944 roku premier Mikołajczyk poleciał do Moskwy (na początku powstania warszawskiego) przekonany, że będą dalsze negocjacje w sprawie granic Polski. Krótko mówiąc – w Teheranie nic nie zostało załatwione, natomiast Churchill i przede wszystkim Roosevelt w sposób nieodpowiedzialny dali Stalinowi sygnał „róbcie, co chcecie, z nami kłopotów nie będzie”. Ale to nie była żadna umowa!

P.G. Czy możemy w takim razie powiedzieć, że najpierw w Teheranie, a potem w Jałcie dwóch uczciwych ludzi rozmawiało z oszustem, który ich okpił?
N.D. Nie. Roosevelt także nie był uczciwy. Jeszcze w czerwcu 1944 roku, na półtora miesiąca przed wybuchem powstania w Warszawie, amerykański prezydent przyjął premiera Mikołajczyka trzy razy. W czasie lądowania w Normandii, gdy decydowały się losy drugiego frontu, było to spore poświęcenie. Roosevelt powtarzał Mikołajczykowi: Lwów będzie polski. Powiedział nawet: Jestem przekonany, że Polska wyjdzie z tej wojny nieuszczuplona. Działo się to już po Teheranie. Roosevelt i jego doradcy wiedzieli, że kwestia polskich granic musi być jeszcze przedyskutowana ze Stalinem, i wiedzieli, że będą jakieś zmiany w tej materii.
P.G. Roosevelt za wszelką cenę dążył do osobistego ustalenia ze Stalinem jak największej liczby spraw. Często w ogóle nie konsultował się z Churchillem. Mawiał nawet, że sam załatwi z Rosjanami wszystko to, co trzeba, bo Stalin go lubi i rozumie. Skąd to zgubne przekonanie?
N.D. A dlaczego teraz prezydent Bush jest podobnie naiwny, rozmawiając z Putinem? To amerykański brak świadomości, informacji, wiedzy o świecie, ale przede wszystkim wpływ doradców. Ludzie z otoczenia prezydenta Roosevelta byli przekonani, wręcz pewni, że Związek Radziecki jest postępowy, bardzo fajny, demokratyczny i antyfaszystowski.
P.G. We wspomnieniach George’a Kennana, jednego z nielicznych amerykańskich dyplomatów, którzy nie ufali Stalinowi, znalazłem szokującą opinię o głównym doradcy Roosevelta w sprawach Polski, Harrym Hopkinsie. Kennan opisuje go jako człowieka przekonanego, że przed wojną Polską rządził prawicowy reżim faszystowski. A Stalin słusznie się nas bał. Zdaniem Hopkinsa, gdyby Polacy byli mili dla Stalina, to ten byłby miły dla Polaków!
N.D. Zgadza się. Ale skąd Harry Hopkins i ludzie jego pokroju brali takie poglądy? Przecież nie spadły im z nieba! Byli karmieni przez sowiecką dyplomację albo przez sowiecką agenturę, które potrafiły przekonać Amerykanów o tym, jakim dobrodziejem jest Stalin. Wystarczy obejrzeć filmy kręcone przez Josepha Daviesa, byłego ambasadora amerykańskiego w Moskwie. Albo ojca prezydenta Kennedy’ego – Josepha Kennedy’ego. Ci ludzie siali w Ameryce propagandę na rzecz ZSRR. I proszę spojrzeć, co działo się w 1944 roku, sześć miesięcy przed Jałtą. Wtedy współpracownicy Roosevelta przygotowali Kartę Narodów Zjednoczonych, podstawy przyszłego nowego porządku światowego. Zrobili to wspólnie z Rosjanami. Brytyjczycy byli wykluczeni, bo Churchill nie zgadzał się z poglądami amerykańskiego prezydenta. W tym kontekście los jednego kraju – Polski – był nieważny. Amerykanie mieli na głowie przyszłość świata i los 150 takich krajów jak Polska. Skąd wzięła się niechęć do waszego kraju? Polacy burzyli spokój architektów tych wspaniałych planów zaprowadzenia na świecie pokoju i demokracji. Amerykanie nie byli przygotowani na problem Polski. Ani merytorycznie, ani emocjonalnie.
P.G. Tymczasem Stalin konsekwentnie dążył do osiągnięcia swoich celów. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zauważyć, że proponowana przez ZSRR nowa granica Polski na wschodzie jest bliska ustaleniom paktu Ribbentrop-Mołotow. Wygląda na to, że Stalin chciał uprawomocnić swoje porozumienie z Hitlerem, w wyniku którego zajął m.in. część naszego kraju i republiki nadbałtyckie.
N.D. Korzenie tej koncepcji są jeszcze wcześniejsze. W 1914 roku, na początku I wojny światowej, została wydana mapa Sazonowa przygotowana przez ministerstwo spraw zagranicznych carskiej Rosji. To właśnie na niej polska zachodnia granica przebiega wzdłuż Odry i Nysy, a wschodnia granica – wzdłuż Bugu (historyczna granica Królestwa Polskiego i Litwy). Oznacza to, że Rosjanie przygotowywali powrót Królestwa Kongresowego. Prusy Wschodnie miały trafić do Rosji. Stalinowska koncepcja nowych granic Polski lansowana przez niego w latach 40. była tak naprawdę realizacją imperialnych planów cara. Nikogo nie powinno to dziwić – przecież Stalin i współcześni mu Rosjanie w większości wychowali się jeszcze w czasach carskich. Dla nich Polska nigdy nie istniała.
P.G. Ale jak wytłumaczyć obojętność Zachodu wobec Stalina kreślącego na nowo granice naszego kraju?
N.D. Dokładnie tym samym. Tam też u władzy znajdowali się ludzie urodzeni w XIX wieku. To jest zresztą coś, czego Polacy wciąż nie rozumieją – nie było kwestii polskich granic, bo nie było Polski w świadomości ludzi, którzy o tym decydowali. Na przykład marszałek Montgomery. Chodził do szkoły pod koniec XIX stulecia. Poznał wtedy mapę świata, na której nie było Polski, tylko Rosja i Niemcy. Kiedy po raz pierwszy spotkał się z generałem Maczkiem, chciał jakoś nawiązać konwersację. I wypalił z pytaniem: – Panie generale, proszę mi powiedzieć, w jakim języku mówi się teraz w Warszawie – po rosyjsku czy po niemiecku? Dla Polaków było to nie do przyjęcia. Ale taki był światopogląd ludzi, którzy wychowali się w świecie bez Polski. To, co się działo w Jałcie, jest skutkiem tego braku informacji, wiadomości, emocji. Kto nie wiedział niczego o prawdziwych losach Polski, nie mógł podejmować racjonalnych decyzji w jej sprawach. W 1945 roku światową elitę tworzyli ludzie, którzy mieli po 50, 60 lat. Polska była dla nich czymś nowym – nawet nie wiadomo dokładnie czym. Istniała tylko 20 lat, potem zniknęła. Nikt nie wiedział, czy stało się to słusznie, czy też nie.

P.G. Tym bardziej należało zapytać o zdanie kraje, w których imieniu pewne decyzje były podejmowane. Tymczasem nikt Polski do Teheranu czy Jałty nie zapraszał.
N.D. Wielka Trójka postanowiła rozstrzygnąć wszystko między sobą. Nie chodzi tu wcale o jakieś celowe pomijanie Polski. Podczas II wojny światowej w Londynie działało 17 rządów narodowych. Był rząd Belgii, Holandii, Francji. Ale wszystkie te państwa zostały przez Roosevelta, Churchilla i Stalina pominięte przy podejmowaniu strategicznych decyzji. To nie znaczy, że ktoś był antyfrancuski albo antypolski. Czy Churchill, nie zapraszając do Jałty rządu Luksemburga, był antyluksemburski, czy proluksemburski, nie jest właściwym pytaniem. Wszystkie te kraje – w tym Polska – padły ofiarą decyzji, że mocarstwa dogadują się we własnym gronie. Trzeba też pamiętać, że Churchill był politykiem jeszcze epoki wiktoriańskiej. Polska była dla niego miejscem równie egzotycznym jak Kongo. Może nawet mniej ważnym niż Kongo.
P.G. Państwa zachodnie nie rozumiały jeszcze jednej rzeczy – prawdziwych celów ZSRR. Zachód prowadził wojnę, by pokonać hitlerowskie Niemcy i przywrócić Europie przedwojenny kształt. Stalin dążył do podboju całego kontynentu, a potem zwycięstwa komunizmu na świecie. W tym celu zawierał taktyczne sojusze, m.in. w 1939 roku z Hitlerem. Dwa lata później – z Wielką Brytanią i USA. Dla Stalina zachodni alianci byli przyszłymi przeciwnikami. Zaś dla Zachodu Stalin był sojusznikiem. Trudnym, niepewnym, ale sojusznikiem.
N.D. Przede wszystkim koniecznym! Armia Czerwona walczyła z Hitlerem. Tymczasem na zachodnim froncie w latach 1941-1944 nie było żadnych wojsk brytyjskich czy amerykańskich, pomijając mniejszą operację we Włoszech. Zachód po prostu potrzebował Stalina, by wygrać wojnę z Niemcami. Alianci bardzo się bali, że Stalin wycofa się z walki, kiedy jego wojska umocnią przedwojenne granice ZSRR. Bali się też zawarcia rozejmu między Hitlerem a Stalinem. Stało się to w końcu raz, w 1939 roku, mogło stać się i drugi.
P.G. To dlatego alianci wysyłali Stalinowi ropę, broń, samoloty, a on zacierał ręce? I mógł powtarzać, jak kiedyś Lenin, że: imperialiści sami sprzedadzą sznurek, na którym ich powiesimy?
N.D. Proszę pamiętać, że Stalin też musiał wygrać tę wojnę. W 1941 i 1942 roku Związek Radziecki był bliski klęski. Gdyby nie głupota Hitlera, zawodowi oficerowie Wehrmachtu pewnie daliby sobie radę z Rosjanami. Co byłoby potem, to już inna sprawa. Dla zachodnich aliantów sojusz ze Stalinem był absolutną koniecznością. Potrzebowali go za wszelką cenę.
P.G. A czy jesteśmy w stanie ocenić, na ile zgubna, jak się potem okazało, polityka ustępstw wobec Stalina była efektem nie tylko chybionych kalkulacji politycznych, ale ludzkich błędów? Podczas spotkania w Jałcie Roosevelt był już śmiertelnie chory, brał dużo lekarstw, czasem sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, gdzie i po co się znajduje. Mylił pojęcia geograficzne, wygadywał głupstwa. Może gdyby był w pełni sił, udałoby się ugrać więcej?
N.D. Była to kwestia priorytetów, a nie indywidualnych błędów. Każdy kraj miał swoje priorytety. Dla Ameryki Polska była nieważna. Liczyło się coś innego. W lutym 1945 roku wojna w Europie została już prawie wygrana. III Rzesza dogorywała. Tymczasem Ameryka wciąż zmagała się z Japonią. Bomba atomowa nie była gotowa, Stany Zjednoczone nie miały wystarczająco silnej armii, by szybko zakończyć tę wojnę. A tylko na jednej małej wyspie – Okinawie – jeszcze przed konferencją jałtańską Amerykanie stracili 80
 tys. żołnierzy! Szacowano, że frontalny atak na Wyspy Japońskie pochłonie milion amerykańskich ofiar. Na to żaden prezydent nie mógł się zgodzić. Jedynym sposobem pokonania Japonii bez takich strat było wciągnięcie do walki Armii Czerwonej. Roosevelt tylko o tym myślał w Jałcie.
P.G. Tymczasem Stalin znowu przechytrzył sojuszników. Zgodził się przystąpić do wojny z Japonią, ale dopiero 3 miesiące po zakończeniu wojny w Europie. W dodatku w zamian zażądał licznych zdobyczy terytorialnych w Azji, między innymi Wysp Kurylskich. W rezultacie wypowiedział Japonii wojnę tuż przed jej kapitulacją, a i tak dostał wszystko, co Roosevelt mu obiecał.
N.D. Wybuch bomby atomowej nad Hiroszimą zmienił układ sił. Ale w Jałcie, pół roku wcześniej, nie było jeszcze wiadomo, czy ta nowa broń rzeczywiście zadziała. Roosevelt chciał koniecznie zabezpieczyć amerykańskie interesy na Pacyfiku i dał Stalinowi wolną rękę w Europie Wschodniej.
P.G. Wynika z tego, że Polacy powinni mieć większe pretensje do Roosevelta, tymczasem, gdy w Polsce dyskutuje się o Jałcie, częściej krytykuje się Churchilla. Dlaczego?
N.D. Bo Polska była sojusznikiem Wielkiej Brytanii, a ze Stanami Zjednoczonymi nie łączył Polaków żaden układ. Dlatego Churchill miał bronić polskich interesów w negocjacjach Wielkiej Trójki. Polacy pokładali w nim wielkie nadzieje, które nie zostały spełnione. Tymczasem Churchill nie był wrogiem waszego kraju. Cenił Sikorskiego oraz wysiłek polskich żołnierzy. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Polacy mają do niego tak wielkie pretensje za deklarację w sprawie granicy na linii Curzona. Z kolei Polacy nie rozumieli, że gdyby w kwestii polskiej Churchill zdał się na doradców, to sprawa byłaby przegrana, zanim ją jeszcze podniesiono. Otoczenie brytyjskiego premiera uważało, że Kresy Wschodnie nie są polskie i nigdy nie miały z Polską nic wspólnego.
P.G. A skąd to przekonanie?
N.D. A kto był wielkim sojusznikiem Anglii podczas I wojny światowej? – Rosja. Żadnych Polaków nie było wtedy na horyzoncie. Kiedy mówiło się o froncie wschodnim, to tylko z Rosjanami. Churchill był antybolszewicki i miał dużo kontaktów z uciekinierami z Rosji. Co oni mogli mu powiedzieć o Polsce? Przecież ci Rosjanie mieli o Polakach jeszcze gorsze zdanie niż Lenin! Dlaczego w 1920 roku Piłsudski nie zawarł pokoju na wschodzie? Bo carski generał Denikin nie chciał nawet słyszeć o niepodległości Polski! Natomiast Lenin zgodził się na państwo polskie. Była to śliska sprawa, ale z punktu widzenia Polaków carska emigracja była gorsza od Lenina.

P.G. To przerażające. Ekspertami w sprawach Polski byli emigranci z carskiej Rosji, którzy wolnej Polski nie chcieli, albo ludzie karmieni stalinowską propagandą, według której nasz kraj trzeba było okroić na wschodzie „do etnicznych granic”. Byliśmy przegrani niezależnie od tego, która z tych opcji wygra.
N.D. Trzeba zrozumieć dziedzictwo rozbiorów. Przytoczę pewien ważny szczegół. W British Library w British Museum jest olbrzymi indeks miast i miejscowości całego świata. Gdyby pół wieku temu ktoś szukał informacji o Lwowie, toby ich nie znalazł. Nawet dziś nie ma tam ukraińskiego Lwiwa. Jest natomiast Lemberg. Dlaczego? Bo kiedy w połowie XIX wieku ten indeks był tworzony, Lwów należał do Austrii. Od tego czasu miasto to funkcjonuje jako Lemberg. Wyobraźmy sobie teraz, że jest rok 1943 albo 1944 i że jakiś rządowy ekspert przygotowuje materiały dla swojego premiera. Idzie do słynnej biblioteki, żeby sprawdzić w źródłach, o co chodzi z tą Polską. Co znajduje? Austriacki Lemberg, sporo informacji w języku niemieckim i ani słowa o polskim punkcie widzenia. Doradcy do spraw Europy Wschodniej nie znali nawet języka polskiego, a co dopiero mówić o ukraińskim czy białoruskim. Swoją wiedzę czerpali z opracowań niemieckich albo carskich, preparowanych bez udziału Polski. Kraj ten nie istniał przez ponad sto lat. Nie było „sprawy polskiej”.
P.G. Może Polacy za mało mówili o krzywdzie jałtańskiej? Znalazłem informację, że kiedy 5 lipca 1945 roku państwa zachodnie przestały uznawać rząd polski w Londynie i w zamian uznały komunistyczny rząd Bieruta, część polskich oficerów na Zachodzie chciała wypowiedzieć aliantom posłuszeństwo. Zatopić polskie okręty, które mieli oddać komunistom. Może szkoda, że nie doszło do takiej demonstracji, może polski głos byłby wtedy lepiej słyszany?
N.D. Było już za późno. Rosjanie realizowali precyzyjnie przygotowany plan i już nic nie mogło ich powstrzymać. Rozgrywka Stalina była perfekcyjna. W czerwcu 1945 roku rząd Bieruta poleciał do Moskwy, by zostać oficjalnie uznanym przez ZSRR. W tym samym czasie trwał tam proces szesnastu przywódców Polski podziemnej. Sąd pokazowy, który ma udowodnić Zachodowi, że rząd londyński jest profaszystowski, a Armia Krajowa to nie są patrioci, tylko bandyci. I Zachód nie protestował. Znałem osobiście ludzi, którzy przebywali wtedy w Moskwie i obserwowali proces szesnastu. Z ich relacji wynika, że mogło dojść do cichej umowy między Stalinem a zachodnimi aliantami. W zamian za rezygnację z protestów Rosjanie zobowiązali się do rezygnacji z wymierzenia kar śmierci. To był rzeczywiście wyjątek, bo inni skazani wówczas w „procesach zdrajców” zostali zgładzeni. Z punktu widzenia Stalina polscy przywódcy podziemia zostali więc potraktowani łagodnie. Na początku lipca 1945 roku także państwa zachodnie uznały rząd Bieruta. Wszystko toczyło się po myśli Stalina.
P.G. Ale paradoksalnie ten sukces ZSRR szybko stał się przyczyną nowego konfliktu – zimnej wojny. Państwa Zachodu szybko zrozumiały, że Stalin nie zgodzi się na wolne wybory w krajach satelickich, a jego obietnice o demokracji i wolności w Europie Wschodniej są bez pokrycia. Jeszcze w Jałcie Roosevelt obiecywał wyjście amerykańskich wojsk z Europy w ciągu dwóch lat. Zostały w niej do dziś. To nie koniec skutków Jałty. Na Dalekim Wschodzie w wyniku ustępstw Roosevelta Chiny zostały opanowane przez partyzantów Mao Tse-tunga. W efekcie powstał podział na niepodległy Tajwan i komunistyczne Chiny kontynentalne. To z kolei doprowadziło do konfliktów w Korei i Wietnamie. Roosevelt, ubijając interes ze Stalinem, ocalił życie wielu amerykańskich żołnierzy, to fakt. Ale w efekcie tysiące innych Amerykanów zginęło potem w Azji.
N.D. To prawda, ale nie przeceniałbym roli Jałty. Jak mówiłem – podczas konferencji krymskiej zawarto tymczasowe porozumienie. Nowy porządek świata miał zostać ustalony na powojennej konferencji pokojowej. Zarówno w rządzie amerykańskim, jak i brytyjskim – i polskim także – działały specjalne komórki przygotowujące materiały oraz propozycje na to spotkanie. Do konferencji nie doszło, los świata potoczył się inaczej. Niektóre sprawy udało się Churchillowi obronić, na przykład Grecję ocalono przed rządami komunistów. Stało się tak, bo z imperialnego punktu widzenia było to ważne dla interesów brytyjskich w basenie Morza Śródziemnego.
P.G. Udało się też ochronić Hiszpanię. W pewnym momencie Stalin sugerował zorganizowanie wspólnej „bratniej pomocy”, która miała rozprawić się z „hiszpańskim faszyzmem”. Zachód na to nie poszedł. Zmuszono Armię Czerwoną do wycofania się z Iranu. Szkoda, że nie z Polski.
N.D. Wracamy do tego, co było ważne dla Zachodu – Zachód! We Francji i Włoszech działały silne organizacje komunistyczne. Stalin doskonale o tym wiedział. Ale częścią cichej umowy między mocarstwami było ustalenie, że jeśli Rosja nie zbuntuje komunistów we Francji i Włoszech, to Zachód nie będzie popierał swoich ludzi w Polsce. Zachodnie rządy bały się komunistycznego buntu w całej Europie. Na liście ich priorytetów sprawa polska była bardzo nisko. Polskie pozycje – nie do obrony.
P.G. A gdybyśmy pospekulowali na temat, jak być mogło.
N.D. Proszę bardzo.
P.G. Wyobraźmy sobie: wojska amerykańskie, brytyjskie i polskie (a nie radzieckie) wkraczają na ulice Budapesztu, Pragi, Warszawy. W 1942 roku generał Sikorski proponował uderzenie okrążające Niemcy – przez Bałkany, Wiedeń, a potem Polskę. W 1943 roku w Teheranie Churchill lansował koncepcję uderzenia w „miękkie podbrzusze Europy” – właśnie przez Jugosławię. Chciał odciąć Niemców od rumuńskiej ropy i wyzwolić Europę Środkową. Stalin się na to nie zgodził. Jeszcze w 1945 roku w amerykańskim dowództwie byli zwolennicy uderzenia przez północne Niemcy – aż do Berlina i dalej, do Polski. Tak być mogło, ale się nie stało. Dlaczego?
N.D. W 1945 roku było za późno, by ruszyć na odsiecz Polsce, bo Armia Czerwona już wcześniej znalazła się na jej terenie. Co do uderzenia w „miękkie podbrzusze” Europy, to była to brytyjska koncepcja pochodząca jeszcze z czasów I wojny światowej. Właśnie wtedy forsowano strategię uderzenia na Niemcy i Austrię przez Dardanele oraz półwysep Gallipoli. Stalin doskonale znał te plany. Ale nie chciał wpuścić zachodnich aliantów na Bałkany. I tu znów pojawia się sprawa Polski – latem 1944 roku Armia Czerwona stała u wrót Warszawy. 8 sierpnia Rokossowski i Żukow przygotowywali plan wyzwolenia polskiej stolicy, a potem szybkiego marszu na Berlin. Nie wiemy, dlaczego Stalin odrzucił te koncepcje. Zamiast tego rozkazał uderzyć na Rumunię, Bułgarię – właśnie w „miękkie podbrzusze Europy”. To był jego strategiczny wybór: czy maszerować na Berlin i mieć kłopoty z Polakami, Warszawą rządzoną przez Armię Krajową, czy też poczekać, a tymczasem opanować Bałkany i nie pozwolić Churchillowi na zrealizowanie koncepcji brytyjskiej. Stalin nie wiedział wtedy, co wybrać, wiedział natomiast, że ma dużo czasu. Wojska alianckie były jeszcze w Normandii, czyli bardzo daleko. Armia Czerwona stała na linii Wisły. I Stalin podjął wreszcie najlepszą dla siebie decyzję.


P.G. Jaka była ocena Jałty na Zachodzie? Czy rozumiano, dlaczego Polska ma tak wielkie pretensje wobec Stalina?
N.D. Sympatycy Polaków byli nieliczni. Nie chodzi tu tylko o Polskę, ale także o kraje bałtyckie, całą strefę dominacji sowieckiej. Dla większości Brytyjczyków i Amerykanów ta część Europy była nieznana, psychicznie bardzo daleka, jakby „nie nasza”. Mniej ważna niż inne. W 1945 roku wszyscy myśleli jedynie o pokonaniu Hitlera. Jeśli Jałta przybliżała osiągnięcie tego celu – wspaniale. Jeśli działo się to kosztem interesów jakichś państw i narodów – trudno.
P.G. Czyli Zachód nie wyciągnął wniosków z tej lekcji. Mija właśnie 60 lat od konferencji jałtańskiej i zakończenia wojny. Rosja hucznie świętuje tę rocznicę, zaprasza głowy państw, podkreśla własny wkład w zwycięstwo nad faszyzmem. I jednocześnie prowokuje Polskę oraz inne kraje naszego regionu. Ogłasza, że kto nie przyjedzie 9 maja do Moskwy, ten faszysta i sojusznik Hitlera. A zachodnia Europa milczy. Parlament Europejski odmówił przyjęcia deklaracji w sprawie Katynia, a kilka dni później uczcił pamięć ofiar terrorystycznego zamachu w Madrycie. Tak sobie złośliwie pomyślałem, że może gdyby polscy oficerowie w Katyniu zostali zabici nie przez Rosjan, tylko islamskich terrorystów, to świat by o nich pamiętał. Nie pachnie to Panu takim jałtańskim rozumieniem świata? Nieważne, że Stalin był masowym mordercą i zniewolił pół Europy, ważne, że walczył z Hitlerem?
N.D. Dochodzimy tu do kluczowej sprawy. Po II wojnie światowej w polityce międzynarodowej zwyciężył, jak ja to nazywam, „aliancki schemat historii”. W tym schemacie połączyły się dwa przekonania. Po pierwsze, dialektyka sowiecka, mówiąca, że Związek Radziecki jest wspaniały, jedynym zagrożeniem dla wolnego świata jest Hitler i faszyzm, a każdy, kto nie pomaga dobremu ZSRR, jest zły. Druga dialektyka, purytańska, anglo-amerykańska, mówi, że skoro złem jest Hitler i faszyzm, to automatycznie każdy, kto walczy z Hitlerem, stoi po stronie dobra. Dlaczego Roosevelt uważał Stalina za dobrego przyjaciela? Bo w jego oczach Stalin był kowbojem w białym kapeluszu. Przyjacielem demokracji. Niestety, ta naiwna, czarno-biała wizja świata doskonale pasowała do dialektyki komunistycznej. Tak narodziła się ideologia „antyfaszystowska”: każdy, kto walczy z faszyzmem, jest dobry. Skoro wielki Związek Radziecki walczy z faszyzmem, każdy, kto kwestionuje jego motywy, musi być faszystą. Dlaczego nikt z historyków zachodnich po drugiej wojnie światowej nie kwestionował interpretacji sowieckiej? Bo ten mechanizm działał wtedy i później.
P.G. Polska przegrała II wojnę światową. Straciła część terytorium, poniosła olbrzymie straty w ludziach. Utraciła niepodległość i została zniewolona przez Związek Radziecki. Czy w takim razie przedstawiciele polskiego rządu powinni świętować w Moskwie rocznicę zakończenia wojny? Przecież z naszego punktu widzenia jednego okupanta zastąpił wtedy drugi.
N.D. Myślę, że tak. Ale powinni jasno tam powiedzieć, że nie można patrzeć na II wojnę światową jak na czarno-biały obrazek. W czasach II wojny światowej nie było dwóch potęg na świecie, lecz trzy: faszyzm, komunizm i demokracja. I że ze starcia tych trzech sił Polska wyszła przegrana. Na koniec chciałbym jeszcze raz podkreślić – tak naprawdę klęska waszego kraju jest dziedzictwem zaborów. Przez długi czas Polska po prostu nie istniała. Przez cały XIX wiek encyklopedie i atlasy nie wspominały o niej nawet słowem. Teraz Polska nadrabia to, co straciła nie przez ostatnie kilkadziesiąt, tylko 250 lat.
Jałta była skutkiem wydarzeń dużo, dużo wcześniejszych.

 

Web256Ostatnia nadzieja w gęsiach

2007-12-22 (12:13) michalkiewicz.pl


13 grudnia, kiedy premier Donald Tusk i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski w obecności prezydenta Kaczyńskiego podpisywali w Lizbonie w imieniu Polski Traktat Reformujący, nazywany odtąd Traktatem Lizbońskim, zadzwonił pan Krzysztof Zawitkowski z Kalifornii, zwracając mi uwagę na podobieństwo tej sytuacji do osiemnastowiecznych wydarzeń, w wyniku których Polska zniknęła z mapy Europy Rzeczywiście coś jest na rzeczy. Podobnie jak w czasach saskich i stanisławowskich pleni się w Polsce jurgielt, podobnie jak wtedy polskiego króla ambasador Repnin, czy ambasador Stackelberg, dzisiaj polskiego prezydenta sztorcuje izraelski ambasador Dawid Peleng, państwem dyrygują osobnicy pokroju Adama Łodzi-Ponińskiego, a wszyscy przyglądają się temu albo obojętnie, albo w poczuciu bezradności. Zresztą – jakże inaczej, skoro o wyjazd do Lizbony, na podpisanie Traktatu, z następstwie którego Polska zostanie poddana władzy europejskiego imperium, rywalizował lider partii zagranicy, za jaką dzisiaj uchodzi Platforma Obywatelska z prezydentem, uchodzącym za sympatyka partii obrony interesu narodowego?

17 lutego 1720 roku w Poczdamie Prusy zawarły z Rosją traktat zobowiązujący jego sygnatariuszy do utrzymania w Polsce istniejącego ustroju, a zwłaszcza – do blokowania każdej próby powiększenia sił zbrojnych państwa polskiego. Dzięki rozgałęzionej agenturze, udało się aż do końca blokować wszelkie próby przywrócenia państwu sterowności, a kiedy już nie można było powstrzymać samych prób – pozbawić je skuteczności. Nie był to więc Traktat Reformujący, a raczej jego przeciwieństwo. Czy jednak Traktat Reformujący nie okaże się dla Polski równie niebezpieczny? 29 marca 1790 roku, a więc 70 lat później Polska zawarła w Warszawie przymierze z Prusami, którego pomysłodawcą był włoski margrabia Lucchesini w służbie króla pruskiego, ten sam, który wcześniej poradził genueńskim bankierom, by w żadnym wypadku nie pożyczali Polsce pieniędzy na wojsko. Następnego dnia po podpisaniu w Warszawie tego traktatu, Lucchesini napisał do swego króla Fryderyka Wilhelma II takie oto słowa: „Teraz, kiedy mamy już w rękach tych ludzi i kiedy przyszłość Polski jedynie od naszych kombinacji zależy, kraj ten posłużyć może Waszej Królewskiej Mości przedmiotem targu przy układach pokojowych. Cała sztuka z naszej strony jest w tym, aby ci ludzie niczego się nie domyślili i aby niczego nie mogli przewidzieć, do jakich ustępstw będą zmuszeni w chwili, gdy Wasza Królewska Mość za swe usługi zażąda od nich wdzięczności.”

Nad tym, abyśmy niczego się nie domyślili, będą pracowały całe zespoły fachowców, których Niemcy już dawno przezornie wzięły na swoje utrzymanie za pośrednictwem dobroczynnych fundacji. Zarówno Instytut Studiów Strategicznych, z którego wyrastają nogi aktualnemu ministrowi Obrony Narodowej, jak i Centrum Stosunków Międzynarodowych, będące ważnym ośrodkiem opiniotwórczym w dziedzinie polityki zagranicznej, finansowane są przez Fundację Adenauera, która z kolei w 95 procentach finansowana jest przez niemiecki rząd. No a przede wszystkim - prawdziwym programem rządu Donalda Tuska jest odwdzięczenie się wszystkim siłom i środowiskom, które w Platformę Obywatelską przez ostatnie 3 lata inwestowały. Ponieważ o formach wdzięczności decydują tamci inwestorzy, więc jest oczywiste, że rząd premiera Tuska skazany jest na dokonywanie „ustępstw”, o których 217 lat temu pisał do swego króla markiz Lucchesini. Kto by pomyślał, że historia powtórzy się tak dokładnie?

A czegóż to mogą od Polski oczekiwać Niemcy, które są państwem poważnym, to znaczy takim, co po pierwsze – potrafi zdefiniować swój interes, a skoro już to zrobi – realizować go bez względu na ustrój państwa i okoliczności zewnętrzne i wewnętrzne? Podpisując Traktat Lizboński polski rząd zdecydował się poddać Polskę władzy europejskiego imperium, którego politycznym kierownikiem będą Niemcy w asyście Francji. Jest to sytuacja, o jakiej w okresie rozbiorowym marzyli polscy patrioci określani przez „niepodległościowców” mianem „ugodowców”. Ugodowcy uważali, że prawdziwym nieszczęściem jest nie tyle utracenie przez Polskę niepodległości, co podział państwowego terytorium między aż trzy europejskie mocarstwa, ponieważ w tej sytuacji każda próba odzyskania niepodległości oznacza wojnę z trzema państwami jednocześnie – czyli katastrofę. Marzeniem ugodowców było scalenie polskiego terytorium państwowego w ramach jednego z państw zaborczych i dopiero potem – secesja, w której można liczyć na poparcie dwóch dawnych zaborców. Czy te marzenia były realistyczne – trudno powiedzieć, chociaż niewątpliwie utrzymanie całości terytorium państwowego nawet w warunkach politycznej niewoli, wydaje się szalenie ważne. Przykład Jugosławii, a obecnie – już tylko Serbii, rozbieranej listek po listku niczym cebula, powinien dawać nam do myślenia.

Z pozoru zatem mogłoby się wydawać, że Traktat Lizboński, czyniący z Polski część składową imperium, którego politycznym kierownikiem będą Niemcy, nie jest tak bardzo niebezpieczny, bo do Unii wchodzi cała Polska. To prawda, ale Niemcy mogą mieć jakieś plany w odniesieniu do Ziem Zachodnich i Północnych. Wprawdzie rząd niemiecki podkreśla, że on żadnych roszczeń nie wysuwa, a nawet „nie popiera” roszczeń wysuwanych prywatnie, ale te deklaracje nie musza być szczere. Oto minął już rok, jak Powiernictwo Pruskie skierowało do strasburskiego Trybunału 22 pozwy przeciwko Polsce. Miał on je niezwłocznie odrzucić, jako „oczywiście bezzasadne”, ale jakoś tego nie zrobił. Czyżby czekał na ratyfikację Traktatu Lizbońskiego, by przystąpić do merytorycznego ich rozpatrywania? Byłby to pierwszy krok w kierunku podważenia suwerenności polskiej nad tymi obszarami. W pierwszym etapie obywatele niemieccy mogliby odzyskać tytuły własności. Nie zmieniłoby to oczywiście przynależności państwowej tych terenów, regionalizacja mogłaby doprowadzić do rozluźnienia powiązań państwowych. Jednak podatki musiałyby być nadal odprowadzane do tej lub innej stolicy. I w tej sprawie mogłaby zostać podjęta inicjatywa plebiscytu, by z terenu Ziem Zachodnich i Północnych podatki odprowadzać nie do Warszawy, tylko – do Berlina. W ten oto sposób, w drodze pokojowej, może nastąpić zmiana przynależności państwowej terytoriów utraconych przez Niemcy wskutek II wojny światowej. Czy taka zdobycz warta jest wieloletniego inwestowania w „integrację europejską”?

Na pewno w takim plebiscycie zaangażuje się mnóstwo europejsów. W XVIII wieku tę rolę spełnili tzw. dysydenci, którzy na polecenie ambasadora Repnina zawiązali konfederacje. Ks. Kitowicz wspomina, że marszałek konfederacji toruńskiej Karczewski nocował w jakiejś karczmie. „Nazajutrz rano coś pilnie piszącego i nogi gołe pod stół wyciągnione mającego, gęś pod ławką wysiadująca uszczypnęła w jajca, z czego w kilka dni umarł w drodze”. Okazuje się, że nigdy nie wiadomo, z której strony przyjdą nam w sukurs auxilia, a wobec tego możemy już spokojnie pogrążyć się w świątecznej nirwanie.

Wojna, tylko bez użycia stali.

Niemcy zaangażowali do swojej wojny propagandę, finanse, technologie, ekonomię i handel. Stosując tyle rodzajów broni, można bez użycia stali, skolonizować każde państwo, od Portugalii po Estonię. Nie jest dziełem przypadku, że superprzebiegły, wcześniejszy szef Międzynarodowego Funduszu Walutowego Horst Koehler, jest obecnie ´głównodowodzącym´ niemczyzny. Dziwi bezkrytyczny zachwyt Europy, tym triumfalnym pochodem historycznych wrogów Francji i Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych Ameryki i Rosji, Polski, Czech i Słowacji, Węgier, Włoch i Austrii, Krajów Bałtyckich i Krajów Adriatyckich, Norwegii i Ukrainy. Czyżby japońskie i chińskie telewizory aż tak zaćmiły świadomość narodów Europy?. A może cała Europa zapragnęła budowy II Japonii, albo II Chin?. Tyle, że z urzędnikami szwargocącymi po...niemiecku.


MEDIA, CZYLI ZORGANIZOWANE ZŁUDZENIE


Tę degeneracyjną tendencję dominacji opakowywania polityki nad darowanym nam prezentem – gdzie opakowanie nawet, jak w przypadku pakietu Kluski, okazuje się puste - pogłębia jeszcze nieprawdopodobna wręcz i niespotykana w dojrzałych mediach informacyjnych otwartość na polityków, która sprawia, że większość dnia poświęcają oni organizowaniu wydarzeń, które zobaczą w wieczornym wydaniu wiadomości. Nie dziwi zatem ta straszliwa jałowość bijąca z telewizyjnych programów politycznych. Niestety jednak dziennikarze, nie grzeszący w większości przypadków kompetencjami, nie wydają się skłonni do zmiany tej destrukcyjnej formuły ciągłego show politycznego.

Media w polskiej polityce są dziś nie tylko obserwatorem. Od czasu afery z „taśmami Renaty Beger” stały się też aktywnym kreatorem wydarzeń politycznych. Tomasz Sekielski i Andrzej Morozowski zbierają obecnie nagrodę za nagrodą za to, że umówili się z posłanką Samoobrony, że ta podpuści kilku polityków PiS, a oni to nagrają i pokażą. Ale w całej tej sytuacji oddzielenie roli dziennikarzy od polityków jest niemożliwe, bowiem redaktorzy z TVN de facto weszli w rolę polityków – kreatorów działań w parlamencie, zaś posłanka Renata Beger w równej mierze, co pertraktującym politykiem stała się przepytującym dziennikarzem organizującym prowokację. Całą sprawę można w bardzo prosty sposób pozbawić jednoznaczności, jeśli zada się pytanie, czy negocjacje miedzy Renatą Beger a Adamem Lipińskim miałyby taki sam przebieg, gdyby nie było kamery w pokoju. Jedna strona bowiem wiedziała, że jest nagrywana, druga zaś nie. Tak sprawa wygląda od strony warsztatowo-etycznej.

Natomiast mało kto zwrócił uwagę na jej stronę polityczną. Należy jasno powiedzieć dwie rzeczy. W Polsce obowiązuje zasada wolnego mandatu i poseł nie jest związany żadnymi instrukcjami, ani przynależnością partyjną – może przechodzić do jakiej partii chce. Zachęcanie do przechodzenia za cukierki nie jest może eleganckie, ale to światowy standard – korupcja polityczna polega na czymś zupełnie innym. Ale druga sprawa wydaje się dalece ważniejsza. Media złamały pewną dobrą niepisaną zasadę nazywaną w USA – smoke-filled back rooms of politics – polityką zadymionych pokojów.[8] Politycy muszą mieć do dyspozycji pewne pole niejawności. Jak wyglądają negocjacje koalicyjne, kiedy wstawi się do pokoju kamerę widzieliśmy zaraz po wyborach w 2005 r., kiedy liderzy partii, siedząc naprzeciw siebie de facto mówili do stojącej z boku kamery. Wówczas kamer domagał się Donald Tusk i ciekawe, że nie domagał się ich tej jesieni, a owe zamknięte pokoje w trakcie rozmów Tusk-Pawlak spotkały się tym razem z pełnym zrozumieniem uczulonych na ograniczanie dziennikarzy.

Rola dziennikarzy w naszej polityce jest chora - jest to rola, by tak powiedzieć, fluidu komunikacyjnego. Gdyby dziennikarze nagle zniknęli z korytarzy sejmowych, politycy straciliby pokaźną ilość informacji o rozgrywanych intrygach, ale i musieliby zajmować się czymś innym, niż przekazywanie plotek. Polskiej polityce naprawdę dobrze by zrobił zakaz poruszania się dziennikarzy po parlamencie poza wyznaczoną wąską strefą. Politycy mniej zajmowaliby się knuciem, a dziennikarze musieliby głębiej wgryzać się w efekty ich prac. Politycy i dziennikarze to organizmy symbiotyczne – obie strony są sobie koniecznie potrzebne. Moja trzecia teza o polskiej polityce mówi, że w Polsce jednak ta symbioza mediów i polityków jest symbiozą pasożytniczą, tzn. ze szkodą dla utrzymującego te dwie grupy dużego organizmu - narodu. Ten zamknięty teatr stanowi niebezpieczeństwo dla demokracji jako procesu społecznego (a nie medialnego) i jest beznadziejnie hermetyczny dla jakichkolwiek pomysłów naprawczych.[9] Teza czwarta zatem brzmi: z powodu tej fatalnej symbiozy polska polityka osuwa się w spektakl, a media grają w nim często rolę suflerów ułatwiając politykom intryganctwo i politykierstwo.

W sytuacji, gdzie artykuł w gazecie i kontakt z mediami jest obecnie dla polskiego polityka jedyną szansą polityka na zapoznanie się z ciekawym pomysłem i wiedzą ekspercką, a nawet na nabycie standardowych teoretycznych kompetencji politycznych, szczególnej wagi nabiera przygotowanie merytoryczne pracowników mediów. Tymczasem poziom wiedzy politycznej wśród polskich dziennikarzy jest bardzo niski. Studia dziennikarskie nie cieszą się dobrą opinią wśród medialnych pracodawców. Wyrosła nam co prawda grupa kilkunastu sprawnych młodych politycznych komentatorów, którzy pojęciowym zaawansowaniem i rozumieniem faktycznych mechanizmów dalece przewyższają starą gwardię (post-socjalistycznych) inteligentów, uczących się na nowo polityki po 89 roku. Jednak na palcach jednej ręki policzyć można autorów łączących biegłość w zakresie historii, teorii, instytucji i praktyk politycznych, tak polskich, jak i międzynarodowych. Dominuje bowiem inteligencki, historyczno-literacki typ erudycji, a wśród telewizyjnych gwiazd dziennikarstwa politycznego i laureatów nagród środowiska dziennikarskiego spotkać można nawet absolwentów teatrologii, AWF, czy zootechniki. Niemal nieobecny jest typ wiedzy o polityce określany mianem porównawczej (comparative politics) – szczególnie na temat natury i roli partii politycznych – oraz wiedzy ekonomiczno-politycznej. Innymi słowy, głębokość komentarza politycznego w Polsce odpowiada płyciźnie polskich nauk politycznych.

Ta cierpka uwaga na temat dyskursu nie powinna być odbierana jako snobistyczna ekstrawagancja, ale raczej jako próba uzmysłowienia, że niski poziom wiedzy o polityce odbija się ostatecznie na polityce samej. Jeśli bowiem nie ma dostępu do wiedzy fachowej z kluczowego zakresu funkcjonowania demokracji, to nie może to pozostać bez śladu. Prawnicy bowiem, w naszym kontynentalnym typie prawoznawstwa, zawsze skupiać się będą na legalistycznych aspektach działań politycznych oraz formalistycznych rozważaniach konstytucyjnych. Filozofowie i doktrynerzy poruszają się po dość plastycznym polu idei, posługując się argumentami niewspółmiernymi do argumentów drugiej strony sporu, a w związku z tym przekonujących tylko dla już przekonanych. Socjologowie, z małymi wyjątkami, skupiają się na sondażowych aspektach życia politycznego. Historycy zaś komentując dzisiejsze problemy posługują się mniej lub bardziej trafnymi analogiami z przeszłości. Z tych zaś profesji zbudowano po 89. roku polskie wydziały politologii. (Pomijam tu problem ideowej tożsamości wykładających tam ludzi, która jest zasadniczo mocno liberalno-lewicowa).

W Polsce instytucje zaplecza polityki – czy to fundacje partyjne, czy to tzw. think tanki – niemal nie istnieją. Te, które powstały – często z zagranicznych pieniędzy, a więc i działają wg zagranicznych programów - są rozproszone, rozdrobnione i nie maja odpowiednich zasobów lub są źle zarządzane. A na dodatek pracują w nich najczęściej ci sami ludzie, którzy pracują na uczelniach. Zatem alternatywa dla różnych telewizyjnych ekspertów nie ma często szansy zaistnieć. Jeśli już zaś powstaje – np. w formie Instytutu Sobieskiego – to okazuje się, że dziennikarze nie zwracają na nią uwagi. Najczęściej po prostu szkoda im czasu. Ale również dlatego, że nie są zainteresowani innym punktem widzenia, ponieważ nie nauczono ich mozolnego przebijania się przez bardziej skomplikowane analizy lub po prostu ich intelektualna formacją pozbawiła ich zdolności rozpatrywania poglądów wyraźnie odmiennych od ortodoksji środowiskowych. I właśnie na poziomie intelektualno-towarzyskim rodzi się często przerażająca płytkość polskich mediów. Pewne poglądy po prostu nie są w stanie być dopuszczone, bo są niestosowne. Kiedy najlepszą rekomendacją zawodową młodego dziennikarza jest staż w redakcji „Gazety Wyborczej”, jeśli dalej jest to podstawowe poranne źródło informacji o Polsce i świecie, to trudno się dziwić, że obraz Polski rządzonej przez PiS wyłaniający się z wiadomości telewizyjnych TVN, czy Polsatu był groteskowy lub mroczny.

Ale problem nie byłby tak groźny, gdyby nie jeszcze jeden jego wymiar. Jest nią klientelistyczna współzależność liderów politycznych i właścicieli mediów. W obecnej demokracji szefowie mediów to ludzie o pozycji porównywalnej z szefami partii. Dlatego tak wiele zależy z jednej strony od etosu zawodowego i poczucia obywatelskiej odpowiedzialności, ale przede wszystkim od kapitałowej niezależności. Rodziny Sulzburgerów (New York Times), Grahamów (Washington Post), czy Bankroftów (do niedawna Wall Street Journal) uważają się za strażników amerykańskiej demokracji. Rodziny te posiadają uprzywilejowany rodzaj akcji dający im kontrolę nad swoimi gazetami, a misja publiczna jest w nich przekazywana z pokolenia na pokolenie na równi ze sztuką zarządzania. Niedawna oferta kupna WSJ przez Ruperta Murdocha nie była wcale odrzucana z powodów finansowych.

W Polsce ruchy wokół obsady stanowisk redaktorów naczelnych dużych gazet (patrz: Presspublica, Axel Springer), czy mediów elektronicznych (TVP, Polsat) zależne są od koniunktury politycznej. I o tyle tylko możemy je uznać za dobre, o ile wspierają pluralizm. Dziejowym zaś chyba fenomenem był redaktor naczelny dużej gazety, który przez wiele lat dzierżył rząd dusz setek tysięcy wykształceńców i post-socjalistycznych inteligentów oraz pociągał za sznurki w kilku partiach, a którego odejście ze stanowiska dla niektórych warte było zmiany numeru polskiej republiki. W ostatnich zaś tygodniach, dziennikarze „Dziennika”, który wyraźnie zmienił sympatie polityczne po wezwaniu redaktorów naczelnych do Hamburga (siedziby Axel Springer) „na konsultacje”, gorliwie tropią niecne uczynki Patrycji Koteckiej w redakcji „Wiadomości” TVP1, ale milczą o niedawnym zwolnieniu z „Rzeczpospolitej” młodego redaktora Piotra Pałki, autora tekstu o przygotowaniach gdańskiego IPN do publikacji tekstu o Lechu Wałęsie, po telefonicznych naciskach ministrów Grzegorza Schetyny (MSWiA) i Sławomira Nowaka (Gabinet Premiera). Warto dodać, że w opinii Jana Pińskiego - szanowanego dziennikarza śledczego tygodnika „Wprost” – poziom skorumpowania polskich dziennikarzy jest porównywalny do poziomu korupcji w polskiej polityce.[10]

Medialna edukacja polityczna wpływa na poziom wiedzy politycznej obywateli – wszystkich, i tych prostych i tych najlepiej wykształconych. Bo to poprzez media można dziś – prawdopodobnie dalece łatwiej, niż poprzez politykę – wprowadzić w publiczny dyskurs nowe idee i pomysły, interweniować i sugerować dobre rozwiązania. Politycy rozpoczynają dzień od lektury gazet i z nich często czerpią dużą cześć swojej wiedzy. Zatem czas postawić sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Dziennikarze musza pozbyć się pokusy manipulowana polityką, ich szefowie pokusy posiadania swoich partii, a nauczyć się na nowo służby dobru wspólnemu. Dziennikarze są dziś często wobec swoich szefów, a oni wobec komercyjnych właścicieli mediów w podobnej pozycji, jak szeregowi posłowie do swoich liderów – dyscyplina, trzymanie linii obowiązuje. Rzetelność intelektualna i maksymalny możliwy obiektywizm dziennikarza jako esencja służby wobec odbiorców-współobywateli to ostatnio raczej tylko histeryczna retoryka establishmentu dziennikarzy na ceremoniach przyznawania sobie nagród środowiskowych, niż prawdziwa misja. I jest to tym niebezpieczne, że dla dziennikarza nie ma innej obrony przed serwilizmem i byciem zinstrumentalizowanym, jak tradycyjna „naiwna” postawa niezależna. W Polskich mediach – gdy np. porównuje się polska prasę z amerykańską - brakuje szczególnie języka dobra wspólnego. Oczywiście istnieją różne poglądy na temat tego, czym takie dobro jest, ale to daje właśnie pole do polemik. Ten pryzmat pozwoli patrzeć nam wszystkim na Polskę jak na nasze wspólne dobro.

Nowy Jork, 9 maja 2005


"Byłoby ze wszech miar celowe i pożądane, aby w 60 lat po zakończeniu wojny i w 66 lat po podpisaniu Paktu Ribbentrop-Mołotow, Układ ten został uznany za sprzeczny z prawem i sprawiedliwością, a jego konsekwencje - za nieważne od samego początku. Jakiekolwiek próby obrony Paktu Ribbentrop-Mołotow są zaskakującą kombinacją ignorancji w sferze prawa i arogancji w wymiarze politycznym."

więcej:

Wystąpienie Ministra Spraw Zagranicznych RP, profesora Adama D. Rotfelda

na specjalnym posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego NZ zwołanej

dla upamiętnienia 60 rocznicy zakończenia II Wojny Światowej

(Nowy Jork, 9 maja 2005)

http://www.msz.gov.pl/files/file_library/29/onzpol9maj_11498.html

Wystąpienie Ministra Spraw Zagranicznych RP, profesora Adama D. Rotfelda

na specjalnym posiedzeniu Zgromadzenia Ogólnego NZ zwołanej

dla upamiętnienia 60 rocznicy zakończenia II Wojny Światowej

(Nowy Jork, 9 maja 2005)

 

 

Panie Przewodniczący

Szanowni Państwo,

 

Trudno wyobrazić sobie bardziej szlachetną przyczynę naszego spotkania w sali Zgromadzenia Ogólnego ONZ niż dzisiejsza rocznica. Chciałbym w tym, miejscu podziękować delegacji Federacji Rosyjskiej za tę inicjatywę. W 60 rocznicę zakończenia najokrutniejszej wojny w dziejach ludzkości powracamy myślą do tego co wydarzyło się między wrześniem 1939 roku a majem 1945 roku. Dwie są przyczyny: pierwsza – to uczczenie tak wielu ofiar Drugiej Wojny Światowej i przypomnienie niewyobrażalnych okrucieństw i ogromnych zniszczeń. Druga przyczyna – to postawienie sobie pytania, czy ten rozdział historii zamknął się dla wszystkich w maju 1945 roku.?

Staję na tej trybunie jako przedstawiciel narodu, który stracił w czasie Drugiej Wojny Światowej ponad 6mln. obywateli; w tym ponad 3 mln. Żydów i Polaków żydowskiego pochodzenia. Terytorium Polski – decyzjami wielkich mocarstw podjętymi na konferencjach w Teheranie, Jałcie i Poczdamie - zostało przesunięte na Zachód. Ludność Polski zmniejszyła się z 35mln. w 1939 roku do 24 mln. w roku 1945; terytorium zmniejszyło się o 20%.. Utraciliśmy 40% majątku narodowego, a wiele miast i miasteczek uległo całkowitemu zniszczeniu, w tym stolica kraju - Warszawa.

To nie są tylko suche dane statystyczne. Kryje się za nimi bezmiar tragedii. Mówię o tym, jako człowiek, który oczyma dziecka widział i pamięta po dziś dzień największe okrucieństwa. W czasie wojny hitlerowcy zamordowali moich rodziców i całą rodzinę. Mówię o tym, ponieważ w Polsce moje losy w czasie wojny były typowe. Dotknęły w istocie miliony ludzi – całe polskie społeczeństwo. Kiedy pochylam dziś czoło z wdzięcznością dla tych, którzy odnieśli zwycięstwo nad hitlerowską III Rzeszą, to nie jest to pusty gest, ale świadomość, że zwycięstwo to uratowało życie milionom ludzi. Miliony młodych Polaków i Rosjan, Ukraińców i Białorusinów, Anglików i Amerykanów oddało swe życie, aby demokratyczne narody mogły żyć w warunkach pokoju, bezpieczeństwa i poszanowania praw człowieka. Dla upamiętnienia tego dnia przywódcy wielu naszych państw spotykają się dziś w Moskwie. Składają hołd milionom poległych żołnierzy. Dwa dni temu w tej Sali uczciliśmy pamięć poległych i weteranów słuchając pięknej muzyki Szostakiewicza – Symfonii Leningradzkiej.

 

Panie Przewodniczący,

Druga Wojna Światowa okrutnie doświadczyła wiele narodów. Dla Polaków zaczęła się ona 1 września 1939, kiedy Niemcy hitlerowskie - z Zachodu i Południa - dokonały wiarołomnej napaści na nasz kraj. W dwa tygodnie później – 17 września 1939 roku – agresji ze wschodu dokonał Związek Radziecki. Napaść ta była realizacją haniebnej zmowy – znanej pod nazwą Paktu Ribbentrop- Mołotow, który podpisany został w Moskwie 23 sierpnia – na tydzień przed niemiecką napaścią. Był to najbardziej tragiczny okres w dziejach państwa polskiego. Wynikiem tego spisku były niewyobrażalne straty ludzkie i materialne. Długa i przerażająca jest lista zbrodni nazistowskich. Hitleryzm stworzył upiory, jakich nie widziano dotąd w najkoszmarniejszych snach. Ludobójstwo, Holokaust – napiętnowały historię XX wieku. Nazwy obozów – Auchwitz Birkenau, Bełżec, Chełmno nad Nerem, Majdanek, Sobibór, Treblinka, Dachau – na zawsze kojarzyć się będą z najnikczemniejszą stroną ludzkiej natury. Zgroza bije też ze zbrodni stalinizmu. Najbardziej poruszającym przykładem dla nas, Polaków, jest mord na 22 tysiącach polskich oficerów, których prochy kryją cmentarze w Katyniu, Miednoje i Charkowie.

 

Dziś słyszymy, że przestępcza zmowa dwóch dyktatur – Stalina i Hitlera była działaniem zgodnym z obowiązującym wówczas prawem międzynarodowym. Co więcej – działanie to było usprawiedliwioną czy też konieczną obroną wobec zawartego wcześniej Układu Monachijskiego (z października 1938 roku). Ten układ miał skierować agresję niemiecką na Wschód. Jest prawdą, że był to Układ haniebny, który zmierzał do zaspokojenia roszczeń agresora kosztem suwerennej Czechosłowacji. Porozumienie to było wyrazem polityki appeacement (upokojowienia) agresora. Układ Monachijski wszedł na trwałe do słowników dyplomacji, jako przykład niesprawiedliwego traktatu narzuconego stronie trzeciej – wbrew jej woli. Godzi się zaznaczyć, że wszyscy sygnatariusze tego Układu – w czasie wojny lub po jej zakończeniu - uznali jego nieważność od samego początku.

 

Byłoby ze wszech miar celowe i pożądane, aby w 60 lat po zakończeniu wojny i w 66 lat po podpisaniu Paktu Ribbentrop-Mołotow, Układ ten został uznany za sprzeczny z prawem i sprawiedliwością, a jego konsekwencje - za nieważne od samego początku. Jakiekolwiek próby obrony Paktu Ribbentrop-Mołotow są zaskakującą kombinacją ignorancji w sferze prawa i arogancji w wymiarze politycznym.

 

Panie Przewodniczący,

Z doświadczeń II Wojny Światowej zrodziła się potrzeba utworzenia naszej organizacji. Często powtarzamy pierwsze słowa z preambuły Karty Narodów Zjednoczonych: „My, ludy narodów zjednoczonych zdecydowane uchronić przyszłe pokolenia od klęski wojny, która dwukrotnie za naszego życia wyrządziła ludzkości niewypowiedziane cierpienia...” Pamiętamy, że celem Narodów Zjednoczonych było: „przywrócić wiarę w podstawowe prawa człowieka, godność i wartość jednostki, równość praw mężczyzn i kobiet oraz narodów wielkich i małych...” Uzgodnionym w Karcie NZ celem było też:, stworzyć warunki, umożliwiające utrzymanie sprawiedliwości i poszanowanie zobowiązań wynikających z umów międzynarodowych i innych źródeł prawa międzynarodowego...”

Przypominam te znane – i wielokrotnie powtarzane – słowa Preambuły, ponieważ przed 60 laty, kiedy były one formułowane zdawało się, że wkraczamy w świat poszanowania prawa, sprawiedliwości i poszanowania godności ludzkiej. Dla narodów wyzwolonych przez armie demokratycznych państw antyhitlerowskiej koalicji – dla Francji i zachodniej części Niemiec, dla Norwegii i Grecji, dla Belgii i Holandii, dla Danii, Austrii i Włoch te zapowiedzi stały się rzeczywistością. Niestety dla Polski i innych krajów Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej los nie był łaskawy. Koniec wojny, a wraz z nim upadek III Rzeszy, nie przyniosły Polakom upragnionej i pełnej niepodległości. Układ jałtański z 1945 r. zawarty ponad głowami Polaków między trzema głównymi mocarstwami koalicji antyhitlerowskiej de facto przyzwolił na podporządkowanie Rzeczypospolitej stalinowskiemu Związkowi Radzieckiemu. Ten sam los spotkał również inne narody Europy Środkowej i Wschodniej. Pierwsze dni radości z odzyskanej wolności ustąpiły miejsca 45 latom poddania tych państw narzuconemu reżimowi gwałtu i bezprawia, deptania godności ludzkiej i całkowitego podporządkowania polityce Stalina. Brytyjski historyk napisał: there is “the tendency to praise the war as unconditional success, as a wonderful enterprise which ended with the liberation of the world from Evil”. I dalej: “In the Eastern half of Europe one foul tyranny was driven out by another; and Liberation was postponed for nearly fifty years”.

 

Nie staję na tej trybunie, aby prezentować rachunek krzywd i żalów. Przeciwnie – pragnę złożyć w tym miejscu hołd wszystkim tym żołnierzom z Rosji, Ukrainy, Białorusi i innych narodów, które walczyły w szeregach Armii Czerwonej za ich bohaterstwo, poświęcenie i ofiarność. Zapewniam, że czyn setek tysięcy tych bezimiennych bohaterów otaczamy w Polsce największą czcią. Ich mogiły i pamięć o nich otoczone zostały staranną opieką. Zwycięstwo sprzed 60 lat było również dziełem Polaków. W gronie obrońców wolnego świata mamy poczesne miejsce. Polska pierwsza przeciwstawiła się agresji hitlerowskich Niemiec. Walczyliśmy na wszystkich frontach Drugiej Wojny Swiatowej. Polski wkład militarny był największy po Stanach Zjednoczonych, Związku Radzieckim i Wielkiej Brytanii.

 

Panie Przewodniczący,

Tak się składa, że na rok 2005 przypada wiele rocznic: 60 rocznica wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, 60 lat zakończenia II Wojny Światowej, 30 lat od podpisania Aktu Końcowego z Helsinek, 25 lat od powstania w Polsce społecznego ruchu Solidarność, który zapoczątkował proces pokojowej i demokratycznej transformacji w wielu państwach naszej części świata. Położył kres powojennemu podziałowi Europy, co było rzeczywistym zakończeniem wojny, która rozpoczęła się w 1939 roku.

 

Społeczeństwu polskiemu nie zabraknie woli porozumienia i pojednania ze wszystkimi narodami, a w szczególności z naszymi największymi sąsiadami – narodem niemieckim i rosyjskim. Jednak pojednanie jest możliwe jedynie w tych warunkach, gdy wzajemne jest dążenie i wola. Powtarzam, nam tej woli nie zabraknie.7 maja we Wrocławiu, prezydent Kwaśniewski powiedział: „Pamiętać to zrozumieć historię. Wyciągać z niej wnioski, żyć według jej nauk.”

 

Myślę, że rok ten skłania do refleksji, przemyśleń i wniosków. Pamięć o historii jest pouczająca i twórcza tylko wtedy, gdy wyraża prawdę. Bez przemilczeń, bez zaciemniania jednych wątków i wybielania drugich. Tak właśnie trzeba mówić o latach wojny, także o samym Dniu Zwycięstwa. Chcemy pojednania opartego na prawdzie. Tylko przez prawdę i wspólne rozumienie historii pojednanie jest możliwe.

 

Dziękuję za uwagę.

 

 

Czeka nas referendum w sprawie Traktatu Reformującego UE? (powrót)

Czeka nas referendum w sprawie Traktatu Reformującego UE?
21.12.2007

Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski ma w piątek skierować do premiera Donalda Tuska list, w którym będzie się domagał ogłoszenia referendum w sprawie traktatu reformującego Unię Europejską, dowiedziała się "Rzeczpospolita".

Gazeta cytuje fragment tego pisma. Rzecznik pisze, że "ze względu na wagę podejmowanych zobowiązań wskazane byłoby uzyskanie zgody na ratyfikację umowy w referendum ogólnokrajowym, które powinno być poprzedzone merytoryczną debatą wyjaśniającą znaczenie kluczowych postanowień traktatu".

Jak twierdzi Kochanowski trafia do niego wiele wniosków w tej sprawie i "nie można mówić o budowaniu demokratycznej wspólnoty wolnych obywateli, celowo pozbawiając ich możliwości bezpośredniego wyrażenia opinii". (PAP)

PAP/WP.pl, ALMA



Jurek: potrzebna debata narodowa na temat traktatu UE
22.12.2007

Przede wszystkim należy rozpocząć wielką debatę narodową na temat samego traktatu. Był europejski "czas refleksji", teraz potrzebny jest narodowy. Wiadomo, że w Wielkiej Brytanii, Czechach, Irlandii, losy traktatu są niepewne - mówi o nowym traktacie UE w rozmowie opublikowanej przez "Nasz Dziennik" były marszałek Sejmu Marek Jurek (Prawica Rzeczypospolitej).

Jego zdaniem, przyspieszanie ratyfikacji traktatu jest sprzeczne z polską racją stanu. Powinniśmy spokojnie obserwować debatę w innych krajach, nie urządzając demonstracji europoprawności i zabawy w prymusów Europy; a taki charakter miałaby ratyfikacja styczniowa zapowiadana przez polityków PO - ocenia.

Według Marka Jurka, jeśli PiS, które może zarówno odrzucić traktat, jak i zapobiec jego przyspieszonej ratyfikacji, potrzebuje czasu na decyzję, tym bardziej należy odłożyć ratyfikację. Dobrze byłoby również, gdyby prezydent użył swego wpływu, by spowolnić to zabójcze tempo ratyfikacji.

Marek Jurek oczekuje od PiS przede wszystkim wycofania się z poparcia dla traktatu. Dla PiS to szansa udowodnić, że wbrew krytykom potrafi uznać swój błąd i zmienić politykę pod wpływem argumentów - ocenia Marek Jurek w "Naszym Dzienniku".

PAP/Onet.pl, ALMA