Make your own free website on Tripod.com

 

           Pełnych spokoju i radości „Świąt Wielkanocnych”

Pozwolę sobie przekazać artykuł pt. Bankowy pluton egzekucyjny
autora Grzegorza Wierzchołowskiego.
Jego treść tego artykułu jest godna do bardzo szerokiej publikacji.
Przedstawia bardzo ważną rolę systemu niszczenia polskiej gospodarkioraz przysłowiowego Kowalskiego.
 Taki spadem mamy po Tadeusz Mazowiecki - Icek Dikman, Lech Wałęsa -  Lejba Kohne Adam Michnik - Aaron Szechter, Leszek Balcerowicz vel -  Aaron Bucholtz   
I wielu innych którzy w Magdalence postanowili zniszczyć polską  gospodarkę opluć Polski kościół czy odwieczne tradycji narodowe i rodzinne.

                        Bogusław Maśliński 

 

Bankowy pluton egzekucyjny

Jak banki niszczą klientów w majestacie prawa

 

 Do obrońców praw konsumenta i polskich sądów coraz częściej trafiają pozwy i skargi na nieuczciwe praktyki bankierów. Walka klientów z bankami jest jednak z góry skazana na porażkę, ponieważ nasze ustawodawstwo – jako jedyne w Europie – pozwala ich właścicielom na nieograniczone wystawianie tytułów egzekucyjnych.

O bankowym tytule egzekucyjnym zrobiło się ostatnio w Polsce głośniej za sprawą opcji walutowych. Okazało się bowiem, że firmy, które wykupiły opcje i chciałyby teraz dochodzić swoich praw w sądzie, mogą zbankrutować, zanim w ogóle dojdzie do pierwszej rozprawy. Dlaczego?

Według polskiego prawa zakwestionowanie przez klienta żądań banku nie wstrzymuje procesu ściągania rzekomych długów i należności. Wystarczy, że bank wystawi tytuł egzekucyjny, a na konta firmy czy indywidualnego kredytobiorcy w każdej chwili może wejść komornik. Niezależnie od tego, czy egzekwowana przez bankierów wierzytelność jest prawdziwym długiem, czy też – co zdarza się coraz częściej – sumą, która powstała przez omyłkę lub celowe działanie pracowników banku.


 



Bank oszukuje, klient płaci

W marcu 2009 r. „Newsweek” opisał wyniki ubiegłorocznej kontroli umów o kredyty hipoteczne, jaką Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przeprowadził w 19 największych bankach działających w Polsce. Z raportu Urzędu wynika, że wiele z nich forsuje w umowach nieprecyzyjne zapisy dotyczące tzw. spreadu, czyli różnicy pomiędzy kursem kupna a sprzedaży kredytu zaciągniętego w obcej walucie. UOKiK zapowiedział, że w pierwszej kolejności wyśle pozwy do banków BRE i Millennium.

Rok temu, przed kontrolą Urzędu, sytuacja wyglądała jeszcze gorzej, ponieważ wszystkie 19 banków stosowało w umowach o kredyt hipoteczny niebezpieczne pułapki. UOKiK zakwestionował wówczas m.in. zapis o obowiązku opłacania przez klienta ubezpieczenia kredytu oraz liczne ukryte opłaty i prowizje nakładane na kredytobiorcę. Skontrolowane przez Urząd spółki to Bank Pocztowy, Bank Zachodni WBK, BOŚ, BPH, BRE Bank, Deutsche Bank, Fortis Bank, GE Money Bank, Getin Bank, ING Bank Śląski, Invest Bank, Kredyt Bank, Lukas Bank, Millennium, Nordea, Nykredit, PKO BP i Santander Consumer Bank.

Problemy z bankami nasiliły się wraz z wybuchem kryzysu, który ujawnił słabość tych instytucji. W 2008 r. skargi na oszukańcze praktyki bankowe stanowiły większość zażaleń złożonych do Komisji Nadzoru Finansowego. Dziś ręce pełne roboty mają także miejscy i powiatowi rzecznicy praw konsumenta. – Liczba skarg na banki ostatnio znacznie się zwiększyła. Chodzi o pobieranie kosztów ubezpieczenia po czasie objętym ochroną w razie wcześniejszej spłaty kredytu, o kary za brak spłaty kwoty minimalnej karty kredytowej, nierozpatrywanie w terminie reklamacji bankowych czy żądanie dodatkowych zabezpieczeń dla kredytów hipotecznych udzielonych w przeszłości – mówi Joanna Wysocka, miejski rzecznik konsumentów w Warszawie.

Problem w tym, że zarówno klienci indywidualni, jak i firmy są w obliczu oszustw i omyłek bankowych bezradni. Złożenie reklamacji w banku lub skargi w UOKiK czy biurze rzecznika praw konsumenta nie wstrzymuje bowiem windykacji. Pani M., która pół roku przed terminem spłaciła w banku Cetelem kredyt w wysokości 2800 zł (na telewizor) – w dodatku ze sporą nadwyżką – dostała niedawno „zawiadomienie o wszczęciu postępowania windykacyjnego” i nakaz zapłaty w ciągu trzech dni 330 zł.

– Byłam zszokowana, bo wcześniej nie dostałam żadnego ponaglenia czy wezwania do zapłaty. Do tego pani w informacji telefonicznej nie chciała mi dokładnie wyjaśnić, skąd wzięła się ta zaległość i jak została naliczona. Musiałam jednak zapłacić, gdyż postępowanie przedegzekucyjne zostało wszczęte, a ja mam kredyt hipoteczny w innym banku, który mógłby w takiej sytuacji zażądać dodatkowego zabezpieczenia, a nawet wypowiedzieć umowę – oburza się M. w rozmowie z „GP”.
Przywileje z PRL

Osób takich jak M. są w Polsce dziesiątki tysięcy. G. – dziennikarz z Warszawy – ma w banku komercyjnym kredyt hipoteczny. W ciągu dwóch dni tzw. zadłużenie przeterminowane jego kredytu (zadłużenie za nieterminowe spłacanie rat) wzrosło nagle ze 170 do... 2700 zł (w tym 1700 zł „odsetek”). Pracownicy oddziału nie potrafili wyjaśnić G., skąd wzięła się tak duża kwota; na pisemną reklamację bank odpowiedział jedynie kilkoma ogólnikami, nie przedstawiając sposobu, w jaki wyliczył zadłużenie. – Zanim złożyłem skargę do rzecznika praw konsumentów, musiałem zapłacić. Inaczej nastąpiłaby egzekucja i bank przejąłby mieszkanie – mówi G.


 



O bezradności Polaków w walce z bankami świadczy fakt, że w internecie jak grzyby po deszczu powstają strony w rodzaju NabiciwBREbank. pl, skocznabank.pl czy mstop.pl – na których rozgoryczeni klienci dają upust swojej mniej lub bardziej słusznej frustracji z powodu kontaktów z bankami.

Wyjścia nie mają także polskie firmy, które znalazły się na skraju upadłości z powodu opcji walutowych. Muszą inicjować upokarzające negocjacje z bankami, zamiast po prostu podać je do sądu (we Włoszech, jak pisała już „GP”, bankierzy seryjnie przegrywali takie procesy). – Wejście na drogę sądową przeciwko bankowi nie ma dla klienta w Polsce sensu, albowiem nie zabezpiecza go przed jednostronną decyzją banku i egzekucją – twierdzi Jerzy Bielewicz, finansista i były doradca Goldman Sachs.

Skąd tak uprzywilejowana pozycja banków w Polsce? Bankowy tytuł egzekucyjny to relikt czasów PRL. Po 1945 r. władze komunistyczne nadały NBP i innym znacjonalizowanym bankom wiele przywilejów, wśród których prawo do jednostronnej egzekucji należności od klienta było jednym z najważniejszych. Przetrwało ono do dziś w niemal niezmienionej formie: bank wystawia tytuł egzekucyjny, sąd na tajnym posiedzeniu (klient nie ma możliwości obrony) nadaje mu w ciągu trzech dni klauzulę wykonalności – i do akcji wkracza komornik.

Takich praw – poza służbami specjalnymi, policją i prokuraturą – nie ma żadna instytucja w Polsce. Co więcej: procedura jednostronnej egzekucji bankowej nie ma odpowiednika w innych cywilizowanych państwach. – Jako narzędzie prawne w rękach banków jest to kuriozum na skalę światową – mówi Jerzy Bielewicz.

Wtórują mu naukowcy. Dr Andrzej Janiak z poznańskiego UAM podkreśla w swojej pracy pt. „Konsument wobec przywilejów egzekucyjnych banków”, że „podobne szczególne uprawnienia banków nie są znane w systemach prawnych innych państw europejskich”, a dr Rafał Sura (KUL) w książce „Bankowy tytuł egzekucyjny” (wyd. 2008) pisze wprost: „Jedynym wytłumaczeniem utrzymywania w podobnym zakresie jak w PRL przywilejów bankowych w Polsce po 1989 r. – niespotykanych w takim zakresie w UE – jest nacisk silnego lobby bankowego na środowiska mające wpływ na kształt ustawodawstwa w naszym kraju”.
Finansiści czy lobbyści

To „silne lobby bankowe” nie przypadkiem ma wpływ na polskie prawo: w zarządach i radach nadzorczych banków eksponowane miejsca zajmują bowiem politycy lub ludzie blisko z polityką związani. Przyglądając się nazwiskom fachowców z branży bankowej, łatwo zrozumieć, dlaczego banki – fatalnie, jak wykazał kryzys, radzące sobie na wolnym rynku – zdołały zapewnić sobie prawo do profitów z bankowego tytułu egzekucyjnego. Prezesem Pekao SA jest Jan Krzysztof Bielecki (roczne zarobki: 4,5 mln zł) – były działacz KLD, UW i PO. Na czele rady nadzorczej tego banku stoi z kolei prof. Jerzy Woźnicki – eksdziałacz KLD i UW, członek Rady Programowej PO i kolega obecnego premiera. W organie nadzorującym zarząd Pekao sekundują mu same tuzy: prof. Leszek Pawłowicz, wiceprezes założonego przez środowisko KLD Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową (wśród fundatorów Instytutu są Jacek Merkel i Janusz Lewandowski), oraz Krzysztof Pawłowski – związany z PO współtwórca Business Centre Club, członek honorowego komitetu poparcia Donalda Tuska w wyborach 2005 r. Doradcą zarządu Pekao był od 2004 do 2007 r. Jacek Rostowski – obecny minister finansów. W radzie nadzorczej ING Bank Śląski zasiada kolejny znany polityk: Jerzy Hausner – długoletni członek PZPR, potem poseł SLD i minister w rządzie Leszka Millera. W konkurencyjnym BRE Banku na czele rady stoi Maciej Leśny, wiceminister współpracy gospodarczej z zagranicą w dawnym rządzie SLD–PSL, a wiceprzewodniczącym rady nadzorczej w Citibanku jest Andrzej Olechowski (współtwórca PO, były współpracownik komunistycznych służb specjalnych). Radzie BPH szefowała jeszcze w ubiegłym roku Alicja Kornasiewicz – działaczka UD i UW, która jako wiceminister w rządzie Jerzego Buzka przeprowadzała prywatyzację Pekao SA.


 



Grono równie ciekawych specjalistów obsiadło Bank Millennium. Prezesem tej spółki jest Bogusław Kott, dobry znajomy – jeszcze z lat 80. – Aleksandra Kwaśniewskiego (wspólnie zakładali Fundację Rozwoju Żeglarstwa). W PRL związany był z Departamentem Handlu Zagranicznego Ministerstwa Finansów, gdzie nadzorował m.in. spółki polonijne. W 1981 r. – przed wprowadzeniem stanu wojennego – napisał komunistyczną broszurkę pt. „System kierowania handlem zagranicznym”, w której pochylał się nad „pogłębianiem procesów socjalistycznej integracji gospodarczej”, wychwalał monopol w handlu zagranicznym oraz „doniosłe zmiany w strategii gospodarczej lat 70.” Dziś zarabia rocznie 2,2 mln zł. Przewodniczący rady nadzorczej Millennium to Maciej Bednarkiewicz – były parlamentarzysta Komitetu Obywatelskiego, członek Rady Programowej PO. Zastępuje go Ryszard Pospieszyński, w PRL m.in. dyrektor departamentu w Ministerstwie Handlu Zagranicznego.

Ich kolegami w radzie nadzorczej są m.in. Dariusz Rosati – również dawny członek kompartii, obecnie polityk lewicy, oraz Marek Rocki – senator PO. I tu charakterystyczna dla polskiej polityki ciekawostka: senator Rocki będzie prawdopodobnie głosował wkrótce nad kontrowersyjną ustawą o opcjach walutowych, które – przypomnijmy – były sprzedawane firmom m.in. przez... Bank Millennium.

Grzegorz Wierzchołowski

Prowadził" Kwaśniewskiego - zatrudnił go Gudzowaty

Piotr Nisztor 06-04-2009, ostatnia aktualizacja 06-04-2009 12:52

Kilka miesięcy po zakończeniu procesu lustracyjnego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, jego oficer prowadzący został zatrudniony w jednej z firm biznesmena Aleksandra Gudzowatego.

Aleksander Gudzowaty

autor zdjęcia: Kuba Kamiński

źródło: Fotorzepa

Aleksander Gudzowaty

+zobacz więcej

Według ustaleń "Rz", w latach 2001-2002 w Banku Współpracy Europejskiej, kontrolowanym wówczas przez Gudzowatego, jednego z najbogatszych Polaków, pracował były kapitan SB Zygmunt Wytrwał. To właśnie on widnieje w znajdujących się w IPN dokumentach jako oficer prowadzący TW "Alek". Pod tym pseudonimem SB zarejestrowało Aleksandra Kwaśniewskiego, byłego prezydenta RP. Jednak podczas odbywającego się w 2000 r. procesu lustracyjnego głowy państwa Wytrwał zeznał, że wśród agentów, których prowadził nie było Kwaśniewskiego.

Jak wskazują rozmówcy "Rz" kilka miesięcy później jeden ze współpracowników Kwaśniewskiego, gdy ten po raz drugi został prezydentem kraju, miał rekomendować byłego kapitana SB do pracy w imperium Gudzowatego.

Sprawy nie pamięta Jan Antosik, wicedyrektor Bartimpexu, ani sam Gudzowaty.

Niemców wypędzili komuniści

Jochen-Konrad Fromme 06-04-2009,

Wypędzenie Niemców było wynikiem całego łańcucha wydarzeń. Znajduje się w nim Hitler i narodowy socjalizm, ale także Stalin i komunistyczny reżim ówczesnej Polski – twierdzi przewodniczący grupy roboczej CDU/CSU Wypędzeni, Uciekinierzy i Przesiedleńcy w Bundestagu

Trudno zrozumieć, dlaczego Polska miesza się w sprawy personalne w Niemczech. Mam na myśli reakcję Warszawy na nominację przez Związek Wypędzonych (BdV) Eriki Steinbach do rady fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Czy można sobie wyobrazić sytuację, aby Niemcy starały się wpłynąć na skład określonych gremiów w Polsce?

Ale to nie z powodu sprzeciwu Polski upadła przejściowo kandydatura Eriki Steinbach. To SPD nie wyraża zgody. Bez niej pani Steinbach nie może objąć przeznaczonej dla niej funkcji.

W tej sytuacji BdV zdecydowała się wycofać kandydaturę Steinbach na okres przejściowy, nie rezygnując z prawa delegowania swych kandydatów. Zostało ono przyznane tej organizacji zarówno przez koalicyjny rząd CDU/CSU i SPD, jak i większością głosów w Bundestagu.

Decyzja o pozostawieniu w radzie fundacji przejściowo pustego krzesła ma uniemożliwić SPD storpedowanie całego przedsięwzięcia – utworzenia w Berlinie „Widocznego znaku”, czyli miejsca pamięci ofiar wypędzeń. SPD zawsze była przeciwna temu projektowi, ale poczuła się zobowiązana do jego zaakceptowania w porozumieniu koalicyjnym w 2005 roku.

Bezprawie jest bezprawiem

W całej tej sprawie trudno się doszukać sensu gwałtownych protestów z polskiej strony. Wykorzystała je SPD, usiłując odwrócić uwagę społeczeństwa od faktu, że to właśnie to ugrupowanie odpowiada za obecną sytuację. Chodziło też o stworzenie wrażenia, że kanclerz Angela Merkel musi się opowiedzieć albo po stronie Polski, albo po stronie Związku Wypędzonych.

Tak czy owak, nie ma obecnie żadnych przeszkód, aby fundacja mogła zacząć działać. Nic też nie stoi na przeszkodzie w zwołaniu w Berlinie międzynarodowej konferencji naukowej w sprawie realizacji całego projektu, co nada mu przejrzysty charakter. Konieczne jest uświadomienie wszystkim, a zwłaszcza młodym ludziom, jakie są konsekwencje wypędzeń. Zostaną one przedstawione w przyszłej placówce w Berlinie.

To nie Polska zablokowała kandydaturę Eriki Steinbach do rady „Widocznego znaku”. To SPD nie wyraziła na to zgody

Nikt nie ma zamiaru skrywać przyczyn wypędzenia Niemców po II wojnie światowej w postaci wojny wywołanej przez narodowosocjalistyczne Niemcy. Tego wymaga duch pojednania towarzyszący naszym zamiarom. Sami wypędzeni wyrzekli się odwetu i zemsty już w 1950 roku w swej Karcie wypędzonych.

Pojednanie dokonało się już w relacjach niemiecko-francuskich. Dlaczego nie miałoby się to udać z Polską? Mówiąc to, zdaję sobie sprawę z różnic pomiędzy okupacją niemiecką w Polsce i Francji. Pojednanie jest możliwe jedynie wtedy, gdy zmierzymy się z całą prawdą historyczną.

Punktem wyjścia jest stwierdzenie, że wypędzenie Niemców, a także wszystkie inne wypędzenia, było sprzeczne z prawem („Vertreibung ist Unrecht”). Wypędzenie Niemców było przy tym wynikiem całego łańcucha wydarzeń. Znajdują się w nim Hitler i narodowy socjalizm, także Stalin, ale również komunistyczny reżim ówczesnej Polski. W rozliczeniach z komunistyczną przeszłością nie powinno się pomijać wydarzeń związanych z wypędzeniem Niemców. Jest to mroczny rozdział historii komunistycznej Polski.

Można się oczywiście powoływać na historyczne wydarzenia, tłumacząc, jak doszło do wypędzeń, ale nie ma to wpływu na prawną kwalifikację tego zjawiska. Bezprawie (Unrecht) jest zawsze bezprawiem i trzeba je nazwać po imieniu. Bezprawie jest także kategorią moralną, o czym zapominać nie można. Niemcy nie uchylają się od odpowiedzialności za bezprawie w czasach narodowego socjalizmu.

Bez roszczeń

Wypędzenia na Bałkanach zostały zakwalifikowane jako zbrodnie przeciwko ludzkości. A jaka jest różnica pomiędzy tymi wydarzeniami a wypędzeniem Niemców? W odczuciu osób pokrzywdzonych nie ma żadnej. Rezultaty są takie same. Nikt w Polsce nie powinien się czuć dzisiaj odpowiedzialny za tamte wydarzenia. Miały miejsce w czasach komunistycznej dyktatury i nie istnieje żadna odpowiedzialność zbiorowa. Zauważam, że są w Polsce ludzie, którzy zdają sobie z tego sprawę. Dostrzegam więc sygnały nadziei, że możliwe będzie wspólne spojrzenie na historię.

Polska nie powinna też żywić żadnych obaw, że uznanie bezprawia wypędzenia pociągnie za sobą jakiekolwiek konsekwencje w postaci roszczeń odszkodowawczych ze strony Niemiec. Oba nasze kraje zrzekły się wzajemnych roszczeń. Możliwe są jedynie skargi indywidualne.

Erika Steinbach zdystansowała się od roszczeń Powiernictwa Pruskiego. Reprezentowana przeze mnie grupa robocza Wypędzeni, Uciekinierzy i Przesiedleńcy w Bundestagu jest tego samego zdania. Państwo niemieckie zaakceptowało prawnie rezultaty II wojny światowej i nikt nie ma zamiaru tego kwestionować. Dotyczy to także granic. Grupa posłów Bundestagu głosowała wprawdzie przeciwko traktatowi granicznemu z Polską, ale nie zmienia to w niczym faktu ich prawnotraktatowego uznania przez parlament.

Niektórzy posłowie prezentowali odmienną opinię, co jest w demokracji rzeczą normalną. Erika Steinbach głosowała wtedy przeciwko traktatowi, gdyż, jak tłumaczyła, nie zostały w nim uregulowane wszelkie sprawy odszkodowawcze, co należało zrobić, by uniknąć obecnych komplikacji.

Dziś nie zgłaszamy żadnych roszczeń odszkodowawczych. Nie jest też zadaniem niemieckiego polityka komentowanie przebiegu reprywatyzacji w Polsce. Zadaniem niemieckich i polskich polityków powinno być działanie na rzecz pojednania.

—tłumaczył Piotr Jendroszczyk

Jochen-Konrad Fromme dba w Bundestagu o interesy Niemców wysiedlonych z Polski i innych krajów. Jest szefem grupy roboczej CDU/CSU Wypędzeni, Uciekinierzy i Przesiedleńcy, choć ani on, ani nikt z członków jego rodziny nie ma doświadczeń związanych z przymusowymi przesiedleniami. Z wykształcenia prawnik. Przez dwa lata był zawodowym żołnierzem. Jako członek CDU zrobił karierę polityczno-urzędniczą w Braunschweig. W Bundestagu od 1998 roku

 

Serce można odmłodzić

Piotr Kościelniak 06-04-2009,  

Jeden procent rocznie — w takim tempie samo odbudowuje się serce człowieka. Odkrycie tego mechanizmu to szansa na nowatorską metodę walki z chorobami układu krążenia

Autor zdjęcia: Mattias Karlen

źródło: "Science"

Autor zdjęcia: Mattias Karlen

+zobacz więcej

W ciągu całego życia, człowiek regeneruje mniej więcej połowę wszystkich komórek tworzących serce — twierdzą naukowcy z międzynarodowego zespołu, który badał ten proces. Dwudziestolatek odnawia mniej więcej 1 proc. swego serca rocznie.

Tempo jednak spada wraz z wiekiem i już sześćdziesięciolatek odbudowuje ten najważniejszy mięsień w ok. 0,5 proc. rocznie. To szacunkowe wyniki obserwacji specjalistów ze szwedzkiego Uniwersytetu Lund i Karolinska Institutet oraz amerykańskiego Lawrence Livermore National Laboratory i francuskiego Uniwersytetu w Lyonie. Rezultaty opisuje magazyn „Science”.

Metoda na zawał

Dlaczego zdolność regeneracji jest tak istotna? Ponieważ w ten sposób można walczyć m.in. z powstawaniem blizn pozawałowych. Dotąd uważano, że serce człowieka nie może się samo odbudowywać.

Potrafią to niektóre zwierzęta, jednak z ludzi stosowano eksperymentalne terapie z wykorzystaniem przeszczepów komórek macierzystych. - Wykorzystanie naturalnego mechanizmu wbudowanego w serce mogłoby pozwolić na rezygnację z ryzykownych przeszczepów — mówi Jonas Frisen z Karolinska Institutet.

— Można spróbować wykorzystać do tego jakieś farmaceutyki, a najlepiej ćwiczenia fizyczne. Zdolność do regeneracji serca oraz tempo tego procesu mogłoby też posłużyć lekarzom do oceny ryzyka zawału. — Serce każdego z nas to prawdziwa mozaika komórek, spośród których część mamy od urodzenia, a część wytworzyliśmy później, aby zastąpić obumarłe — tłumaczy Frisen.

Sposobem na udoskonaloną terapię uszkodzeń serca byłoby właśnie przyspieszenie procesu regeneracji — na przykład farmakologicznie.

Bombowy pomysł

Jeszcze bardziej niezwykła jest metoda, którą posłużyli się naukowcy aby ocenić tempo regeneracji. Skorzystali z... wybuchów bomb atomowych. A konkretnie — badali poziom izotopu węgla-14. Jego poziom w atmosferze — i w ludzkich tkankach — był w miarę stabilny do okresu zimnej wojny.

Próby broni atomowej doprowadziły jednak do gwałtownego wzrostu obecności węgla-14 w ludzkich tkankach. Te zdarzenia zapisane w ciałach badanych ludzi służyły jako „atomowy zegar” pozwalający ustalić wiek komórek. Badanie 50 ochotników biorących udział w testach ujawniło, że ich serca są „młodsze”, niż wiek wpisany w metrykę.

Średnio, różnica wynosiła ok. sześciu lat. Oznacza to, że serce — przynajmniej częściowo — wymieniło komórki. „DNA wszystkich komórek roślin i zwierząt zawieraja duże ilości węgla-14 uwalnianego do atmosfery na skutek testów wybuchów atomowych z czasów zimnej wojny. Te nieszczęśliwe zdarzenia dały jednak wyjątkową szansę na prześledzenie zmian komórkowych w tkankach ludzi. ” — napisali w komentarzu Charles Murry z University of Washington oraz Richard Lee z Harvard Medical School.