Make your own free website on Tripod.com

 

Grażyna Biskupska policjantka oskarżona po akcji w Magdalence

Tekst: Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska

2006-07-17,

Potrafiłam i w nocy gotować. Jak się wracało po dyżurze, całe godziny nad trupem, trzeba było odreagować

Grażyna Biskupska

Fot. Jan Zamoyski

Grażyna Biskupska

 więcej zdjęć

Strzelają do naszych! - słyszy i natychmiast rzuca słuchawką. Kilka minut wcześniej jej ludzie razem z antyterrorystami rozpoczęli szturm na dom, w którym ukrywali się Robert Cieślak i Igor Pikus. Ci dwaj bandyci rok temu zabili policjanta.
Po chwili jest w samochodzie. Przez zasypane śniegiem ulice gna do Magdalenki.

Jest pierwsza w nocy z 5 na 6 marca 2003 roku.

Magdalenka

Po akcji będą ją prześladowały pytania: czy Cieślak i Pikus zawsze spali w kamizelkach kuloodpornych? Czy bomba w klombie na tarasie była tak przygotowana, że wystarczyło zetknąć dwa druciki, żeby wybuchła? Skąd mieli tyle broni? Dlaczego wszystko wyglądało, jakby czekali na policjantów?
Ale też: czy wszystko można było zrobić inaczej? Tak, żeby uniknąć ofiar?
Tamtej nocy Grażyna Biskupska, szefowa wydziału do walki z terrorem warszawskiej policji, nie ma czasu na wątpliwości. Kiedy po kilkunastu minutach dojeżdża na miejsce, ma wrażenie, jakby trafiła na plan amerykańskiego filmu: wybuchy granatów, serie z karabinów, niebieskie koguty karetek. W telewizji leci w tym czasie 'Gorączka' - Al Pacino ściga gangstera De Niro.
Cieślaka i Pikusa policja w całej Polsce szukała od kilku lat. Ich kryjówkę policjanci Biskupskiej wypatrzyli dzień wcześniej. Czas działał przeciwko nim. Już raz ścigali Cieślaka. Byli tuż za nim, kiedy ktoś dał mu cynk, że właśnie startuje policyjny śmigłowiec. Wyskoczył z taksówki i zniknął w lesie. Potem ostrzegał, że nie da się wziąć żywcem.
To dlatego budynek szturmuje 26 antyterrorystów. W odwodzie zostaje dziesięciu policjantów z 'terroru' (tak w branży mówi się o wydziale Biskupskiej).
Kolejny land-rover z amunicją forsuje ogrodzenie. Pod jego osłoną ostrzeliwani policjanci wynoszą Mariana, jednego z dwóch dowódców szturmanów. Czaszkę ma podziurawioną gwoździami i śrubami. Od bomby domowej roboty, która wybuchła w klombie na tarasie minutę po rozpoczęciu szturmu. Darek, którego eksplozja odrzuciła na sześć metrów, sam próbuje się odczołgać. Lekarka reanimuje go 40 minut. Bez skutku.Kuba Jałoszyński, wiceszef warszawskich antyterrorystów, który przyjechał nadzorować zatrzymanie bandytów, zajmuje się rannymi. Dopytuje Jacka, drugiego dowódcę, rannego w nogi, czy go zmienić. Ten kiwa głową i wraca.

Do karetek docierają kolejni zakrwawieni szturmani. Odłamki bomb tkwią im w udach, pośladkach, ramionach, twarzach. Tych, którzy nie są w stanie się ruszać, przynoszą koledzy. Nieprzytomnego Mariana karetka odwozi do szpitala. Umrze osiem dni później.
- Jestem pewien, że zabiłem jednego. Drugi też trafiony. Ale na górze było ich więcej - rzuca któryś z rannych.
Grażyna Biskupska: - Dajcie mi tu wszystkich, którzy są w komendzie. Niech pilnują, dokąd jadą ranni.
Wiceszef warszawskiej policji Jan Pol, z którym przyjechała z komendy, przejmuje dowodzenie:
- Otoczyć teren dwoma kordonami!
- Wezwać strażaków!
- Odciąć gaz! Odciąć elektryczność!Czas płynie szybko.

Godz. 1.50. Antyterroryści wrzucają do budynku granaty łzawiące. Zapada cisza. Wydaje się, że to już koniec.
Godz. 2.37. Wąskimi uliczkami Magdalenki dojeżdża transporter opancerzony. Rozwala ogrodzenie.
Godz. 3.20. Na pierwszym piętrze wybucha pożar. Co chwila słychać eksplozje.
Godz. 5. Nadal się pali. Wybuchów już nie słychać, ale strażacy boją się gasić. Za wąż łapie antyterrorysta.
Kiedy zaczyna świtać, jest już cicho. Po kilku godzinach do budynku wejdą pirotechnicy, potem na wszelki wypadek antyterroryści. Około trzynastej, 12 godzin po rozpoczęciu szturmu, policjanci znajdą zwęglone zwłoki dwóch gangsterów.
Łzy
Grażyna Biskupska wraca do Warszawy po prokuratora. To normalna procedura.
Po drodze wpada do domu po grubsze rajstopy. W nocy było minus cztery, a ona w spódnicy.
Jest szósta rano. Budzi syna. Płacze. Po raz pierwszy od fatalnej eksplozji. Mariana przecież dobrze znała. Jego dziewczynę, jego córkę. Zatrzymali razem kilkudziesięciu przestępców. Nie tak miało być. Jej wydział miał znaleźć bandytów, a grupy szturmanów - opracować plan zatrzymania i zakuć ich w kajdanki.
- Kuba, słuchaj, żebyś się nie denerwował, jak włączysz telewizję. Była masakra. Darek nie żyje. Marian jest w ciężkim stanie. Kilku chłopaków leży w szpitalu nieprzytomnych. Nie będę nic jadła. Muszę lecieć.
Kuba nie do końca rozumie, o co chodzi. Że matka wraca nad ranem, to normalka. Że go budzi po powrocie - tak się umówili dawno temu, kiedy jeszcze pracowała w komendzie na Żoliborzu. A może jak została maszynistką w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych?
Na pewno nie wtedy, kiedy pracowała w szkole. Bo policjantka znana jako 'superpies' zaczynała jako bibliotekarka i nauczycielka w podstawówce.
Do domu przynosiła książki, oprawiała je, przygotowywała wystawki, robiła wyklejanki z kolorowego papieru, z bibułki.
Ale po dziesięciu latach mąż poznał bliżej inną panią, jej koleżankę, i odszedł. Została z siedmioletnim synem, którego trzeba było wyprawić do pierwszej klasy. Z marnej nauczycielskiej pensji, bo były nie kwapił się z pomocą.
Wtedy pomyślała o milicji. Milicjantką była mama, ojcowie większości znajomych z rodzinnych Kielc. Jej teść nie mógł uwierzyć, że na studia wybrała bibliotekoznawstwo. Dziewczyna, która w liceum zrobiła ponad 500 skoków spadochronowych?
Był 1987 rok. By przeczekać eksternistyczny kurs Akademii Spraw Wewnętrznych, zatrudniła się jako maszynistka w MSW, z trzykrotną szkolną pensją.

Tomek
Po trzech latach trafia do dochodzeniówki na warszawskim Żoliborzu.
- Bardzo dużo płaciłam wtedy za prąd, bo syn powoli przyzwyczajał się do nocnych dyżurów. Jak mnie wzywali wieczorem, zostawiałam światło w całym domu.
Pomyślała, że chłopakowi będzie raźniej z psem. W domu pojawiła się młoda wilczurka Dżeta.- Pies mnie tak zdominował, że do powrotu mamy stałem przy drzwiach i bałem się ruszyć - opowiada 26-letni dziś Kuba.
Po niej był żółw Tuptuś, Pimpa - świnka morska, i Papcio, szczeniak, którego znaleźli na własnej wycieraczce. Lekko zwichrowany. Kiedy pani podinspektor wracała w nocy z pracy, często musiała zabierać się do cerowania kanapy, bo pies wykopał sobie norę.
Kuba był dumny z mamy. Kiedy pracowała w wydziale do spraw nieletnich, a Kubę okradli żule, wysłała go z policjantami. Razem złapali złodziei.
A potem była sprawa Tomka Jaworskiego. Kuba był niewiele od niego młodszy. I też chodził do żoliborskiego liceum. Był czerwiec 1997 roku, bandyci porwali Tomka z klasowego ogniska. Potem cały dzień maltretowali. W końcu zabili.
- Nigdy byśmy nie rozwikłali tej sprawy, gdyby nie zbieg okoliczności - opowiada Biskupska. - Byłam przy tym, kiedy matka przyszła zgłosić zaginięcie syna. Powiedziała, że był na ognisku. Skojarzyłam, że ktoś zgłaszał zdemolowanie samochodu w tamtej okolicy. Że pod dyskoteką w bójkę wdał się facet w zakrwawionej koszulce.Morderców znalazła w kilka dni. Przez następne 40 godzin przesłuchiwała non stop.
Potem jeździła na zabezpieczenie śladów krwi w mieszkaniu morderczyni. Szukała zwłok zakopanych po drugiej stronie Wisły. Tydzień nie było jej w domu.Wróciła o czwartej rano w piątek. Z bukietem dla wychowawczyni Kuby na koniec roku szkolnego.
- To była wiązanka z polnych kwiatów. No prześliczna - Biskupska zachwyca się jeszcze dziś.
Kuba zapamiętał to inaczej: - Ten bukiet upierdzielił mi całą białą koszulę.
Zapamiętał też, że jak zwykle po zakończeniu dużej sprawy, poszli z mamą na wielkie zakupy.
Zgnojona
- Jest pięciu zabitych, kilkudziesięciu rannych - słyszy w radiu Biskupska tamtego ranka po Magdalence. Ktoś sugeruje, że bandyci zrobili podkop i uciekli. Telewizje jakimś cudem dostają tajne nagranie ze szturmu. W Magdalence już rano powstało całe miasteczko dziennikarskie. TVN 24 nadaje na żywo. Na konferencji prasowej dziennikarze pytają: kto jest winny tej jatki?

Stołeczny komendant Ryszard Siewierski, minister spraw wewnętrznych Krzysztof Janik i premier Leszek Miller (prosto ze szpitala u rannych szturmanów) utrzymują, że akcja była sukcesem.
Następnego dnia jeden z dzienników cytuje anonimowego antyterrorystę: 'Wysłano chłopaków na rzeź'.
Po tygodniu do mediów przecieka jeden z dwóch raportów po Magdalence. Pierwszy, policyjny, winą za tragedię obarcza Biskupską, Pola i Jałoszyńskiego. Drugi, opracowany przez wojskowych specjalistów, kompletnie mu przeczy: dowódcy zachowali się 'optymalnie', a jatka była wynikiem kiepskiego wyposażenia policyjnych antyterrorystów i krępujących ich działania przepisów.
Ale media o drugim raporcie nie mają pojęcia. Więc tytuły krzyczą: 'Krew zalała błędy', 'Akcja była źle przygotowana', 'Polecą głowy?', 'Błąd na błędzie', 'Śmiertelne błędy w Magdalence'.
Dziennikarze komentują: 'Zmieniono przepisy, zmienia się broń, ale nie myślenie policyjnych dowódców. Ci przed akcją w Magdalence zdawali się wierzyć, że wciąż do policji się nie strzela. Jak wynika z raportu Komendy Głównej, zapomnieli o wzięciu na akcję karetki, o dokładnym rozpoznaniu terenu, o poinformowaniu podwładnych, na co stać gangsterów'.
Gen. Roman Polko, dowódca specjalnej jednostki wojskowej GROM: - Byłem zbulwersowany. Przecież zaraz po ataku nikt nie miał możliwości zapoznania się z przebiegiem akcji. A jednak iluś tam ludzi już wydało wyrok na policjantów. Stanąłem w ich obronie. Bo miny-pułapki nie da się przewidzieć. Bo przy takim sprzęcie nie można wykonywać akcji w stylu Jamesa Bonda. Bo śmierć jest wpisana w zawód antyterrorysty.
- To była kawalkada gnojenia - ocenia teraz Kuba Jałoszyński. Po tygodniu od Magdalenki podaje się do dymisji.

- Myśmy go prosili, żeby został - mówi jeden z jego podwładnych. - Niewielu winiło go za śmierć kolegów. U antyterrorystów to nie jest tak, że on wydaje rozkazy, a reszta je bezmyślnie wykonuje. Nad różnymi wariantami akcji myśli cała grupa. To Jałoszyński zaakceptował plan, ale opracowali go dowodzący akcją Marian i Jacek. To oni wybrali wariant ryzykowny dla antyterrorystów, ale bezpieczny dla ludzi w okolicy.
Jałoszyńskiemu nie powiedziano, że ma się wynosić z policji. Ale nie dostawał zadań. Nie miał nawet biurka.
Kiedy odchodził, nie przypuszczał, że 'kawalkada gnojenia' dopiero się rozpędzała.

Mutant
Grażyna Biskupska nie rozumiała jeszcze wtedy frustracji Jałoszyńskiego. Miała pełne ręce roboty.
Zabici w Magdalence Cieślak i Pikus byli członkami gangu Mutantów specjalizującego się w kradzieży tirów. Pościg za nimi zaczął się w marcu 2002 roku, kiedy bandyci zabili podkomisarza Mirosława Żaka. Liczył właśnie telewizory w zatrzymanym w Parolach tirze, kiedy dostał serię z karabinu maszynowego. Jeszcze próbował się odczołgać, ale gangsterzy dobili go strzałem w plecy.
Zadanie wyłapania członków gangu dostał wydział Biskupskiej. To była sprawa honorowa i dla policjantów, i dla polityków u władzy. W lutym 2004 roku za kratkami było już 26 przestępców. Dwóch zabito w strzelaninie na warszawskim Ursynowie, dwóch zginęło w Magdalence. Został jeden - herszt bandy Jerzy Brodowski, 'Mutant'.
Dla Biskupskiej to już była sprawa osobista. Sama jeździ w teren, przepytuje ludzi, sama sprawdza adresy od informatorów. Żeby nie było drugiej Magdalenki. Odprawę filmuje. Nikt jej nie zarzuci - jak po Magdalence - że nie poinformowała, że przestępcy są niebezpieczni.
- Nie rozkleiła się, konsekwentnie robiła swoje - opowiada gen. Roman Polko, który pracował z Biskupską po akcji w Magdalence. - A przecież gdyby popełniła najmniejszy błąd, nikt nie zostawiłby na niej suchej nitki.
Jej syn nie śpi całą noc. Ogląda mecz koszykówki i nerwowo przełącza na TVN 24. O 3.50 nad ranem odbiera telefon: - Mamy go. Nic się nikomu nie stało.
Na policyjnym filmie widać, jak antyterroryści prowadzą kompletnie zaskoczonego, zaspanego 'Mutanta'.
Oskarżona
Niedługo po złapaniu 'Mutanta' Biskupska dostaje wezwanie do prokuratury.
Prokurator Grażyna Matusiak nagrywa się na sekretarkę szefowi stołecznej policji: - Panie komendancie, informuję, że przesłuchałam panią naczelnik Grażynę Biskupską w charakterze podejrzanej i zastosowałam wobec niej środek zapobiegawczy.
Komendant Siewierski blednie. Jest przekonany, że prokurator aresztowała mu najlepszą policjantkę. Ale Biskupskiej nie aresztowano, tylko odsunięto od pracy w policji.
Dostała zarzuty za Magdalenkę: świadome niedopełnienie obowiązków służbowych oraz działanie na szkodę interesu publicznego i prywatnego, a także sprowadzenie nieumyślnego niebezpieczeństwa dla życia i zdrowia wielu osób.
Zarzuty dostaną też niedługo Kuba Jałoszyński i Jan Pol. Grozi im do ośmiu lat za kratkami. Ostatecznie prokurator zażąda dwóch lat w zawieszeniu na pięć.
Zaczyna się gorączkowe szukanie adwokata. Niby zna ich wielu, ale do tej pory potrzebni byli bandytom, których wsadzała do pudła. A było ich całkiem sporo. Rozbiła dwa gangi na warszawskim Żoliborzu, łapała porywaczy i terrorystów, którzy grozili wysadzaniem sklepów wielkopowierzchniowych Makro, Hortex, Ikea.
I teraz ma usiąść na tej samej ławie oskarżonych co zabójcy i porywacze, których łapała przez ostatnich 20 lat?

Mamuśka
Przed Magdalenką nieustannie pięła się w górę policyjnej hierarchii.
- Kiedy w 1999 roku powstał wydział do walki z terrorem, spraw z materiałami wybuchowymi było kilkadziesiąt. Po kilku latach - pięć do sześciu rocznie - wspomina nie bez satysfakcji Biskupska.
W 1999 roku była zastępczynią Janusza Gołębiewskiego, a kiedy przeniesiono go do Centralnego Biura Śledczego, została szefową 'terroru'. Jedyna kobieta wśród sześciu naczelników na porannych odprawach
- Od Grażyny wymagałem więcej niż od innych. Żadnej taryfy ulgowej. Zresztą nie potrzebowała jej - opowiada Jan Pol, wówczas jej bezpośredni przełożony.
Większość jej podwładnych to faceci. Czasami dzwoniła do nich przy zmywaniu albo haftowaniu: - Schowacie się w bagażniku - wymyśliła, gdy porywacze pewnego biznesmena zażądali, by okup przywiozła jego żona.
Jan Pol zarzucał jej, że za bardzo matkuje swoim chłopakom. Że powinna wydawać i egzekwować polecenia. A ona wolała burzę mózgów, choć ostatecznie i tak decydowała. I żaden z jej chłopaków nie podskakiwał. Ona mogła na nich liczyć, oni mieli do niej zaufanie. I wiedzieli, że lepiej z nią nie zadzierać.
Mówi, że nie szukała wśród kolegów nowego męża. - Drugi raz nie przeżyłabym rozwodu. Za dużo mnie kosztowało to upokorzenie. Chociaż w tej chwili to pewnie poszłabym do tamtej pani i jeszcze jej podziękowała - śmieje się.

Koledzy się żalili: - Żona ma dość, że ciągle nie ma mnie w domu.
Odpowiadała: - Nie mam żony. Nie muszę się tłumaczyć.
Syn był bardziej wyrozumiały niż jakikolwiek współmałżonek. Wystarczyło zrobione pranie i pełna lodówka.
- Potrafiłam i w nocy gotować. Jak się wracało po dyżurze, całe godziny nad trupem, trzeba było odreagować.
Na święta piekła ciasta dla całego wydziału.

Emerytura

Obrońcę znajdują Biskupskiej policyjne związki zawodowe. W czerwcu 2004 roku prokurator usuwa ją z policji. W lipcu sąd przywraca ją do pracy, ale z zakazem powrotu na dawne stanowisko. Dostaje niby kopniaka w górę, do Centralnego Biura Śledczego. Koordynuje pracę grup rozpracowujących uprowadzenia dla okupu. Po pierwszych zatrzymaniach w październiku nagle ją odsuwają. Zostawiają tylko biurko. Przychodzi do pracy i nie robi nic. Na korytarzach słyszy szepty: 'To ta, co w Magdalence zamordowała policjantów'. Przyjaciele odwracają się plecami. Idzie na roczne zwolnienie lekarskie.
Tamtą noc w Magdalence analizowała wielokrotnie, także ze specjalistami z Polski i zagranicy, z agentami FBI na konferencji antyterrorystów w Budapeszcie.
- Bo Magdalenka to był precedens. Do tej pory przestępcy nie zaminowywali swoich kryjówek - mówi.
Kuba Jałoszyński: - Znam dwa przypadki użycia materiałów wybuchowych przez okrążonych bandytów. Ale to byli terroryści. W 1975 roku w hotelu Savoy w Tel Awiwie zaminowali hol, na antyterrorystów runął sufit. Dwa lata temu w Hiszpanii - przy wejściu do mieszkania, gdzie ukrywali się islamscy fundamentaliści. Zginął policjant, a 12 zostało rannych. Żaden żołnierz czy policjant nie zasiadł na ławie oskarżonych.
Antyterrorysta z jego oddziału: - W Magdalence były dwie bomby domowej roboty nafaszerowane gwoździami i śrubami. Wybuchła jedna. To ona zabiła Darka i Mariana. I tak był fart. A jakby i druga wybuchła?
Z każdego z sześciu przesłuchań w ostrołęckiej prokuraturze wychodzi dziesięć lat starsza, roztrzęsiona, zapłakana. - Dlaczego traktują mnie jak bandytę?
W drugą rocznicę Magdalenki ani ona, ani Pol czy Jałoszyński nie byli na spotkaniu pod tablicą upamiętniającą śmierć policjantów. Ówczesny wiceszef polskiej policji Henryk Tokarski nie pozwolił ich zaprosić.Po roku zwolnienia lekarskiego Biskupska odchodzi na policyjną emeryturę. Ile można znosić upokorzenia?

Proces
Proces przed warszawskim sądem okręgowym zaczął się w październiku ubiegłego roku. Biskupska chodzi albo wściekła, albo zapłakana. Odpala papierosa od papierosa. Wieczorami czyta harlequiny. - To głupie książki, ale dobrze się kończą. Po nich przynajmniej spokojniej zasypiałam.
Przez osiem miesięcy na 30 rozprawach sąd przesłuchał 109 świadków, powołał trzy zespoły biegłych.
Prokurator oskarżenie opiera na krytycznym raporcie policyjnej komisji. Obrona go podważa, bo nie było w niej żadnego antyterrorysty, był za to spec od bhp.
W sądzie szef komisji przyznaje, że raport robiono w pośpiechu, pod naciskami polityków. Że nikt wprost nie mówił, ale bez wskazania kozłów ofiarnych stołek mógł stracić minister spraw wewnętrznych Krzysztof Janik.
Prokurator: Antyterroryści dostali plan z drzwiami nie na tej ścianie.
Obrona: Prawda, ale była to różnica trzech męskich kroków. Szturmowcy szybko się przemieścili.
Prokurator: Gdyby pogotowie było na miejscu od początku akcji, udałoby się uratować Darka.
Obrona: Kiedy rannych udało się wyciągnąć spod ostrzału, pogotowie już czekało.
Prokurator: Pogotowie powinno być wcześniej powiadomione o akcji.
Obrona: Podejrzani korzystali z usług lekarzy z Piaseczna, więc wcześniejsze powiadomienie groziło dekonspiracją.
Prokurator: Bezzasadnie odstąpiono od użycia snajpera.
Obrona: Nie było warunków dla snajpera - za mała odległość, za dużo drzew.
Oskarżycielami posiłkowymi są matki zabitych policjantów.
- Rzuca się w oczy, jak wielki w policji panuje bałagan i jak w tym bałaganie szafuje się ludzkim życiem - mówi siostra zabitego Mariana. Jego matka dodaje: - Jak nie byli przygotowani, to trzeba było się wstrzymać. Przecież tam nie było zakładników. Nie jestem za tym, że ktoś musi siedzieć, ale powinien sąd wskazać winnych.
Kuba Jałoszyński: - Prokuratura zrobiła wszystko, żeby matki patrzyły na nas jak na sprawców śmierci swoich synów, jak na morderców. To się nie mieści w głowie, przez co prokurator kazał tym kobietom przejść.
Gen. Polko: - Sama świadomość tych rodzin, że ich syn zginął przez głupotę, jest dla nich dodatkowym ciosem. Można się pogodzić ze śmiercią, jeśli jest wynikiem przemyślanego działania. Gdy wiadomo, że syn ginie jako bohater. Na świecie myśli się o tym, jak wspierać rodzinę.
Do trójki oskarżonych nie mają żalu dziewczyny zabitych. Ciągle brakuje im chłopaków. Nie wierzą, że kiedyś będzie brakowało mniej. - Sami wybrali zawód. Wiedzieli, czym to grozi. Przecież nawet zwykłego krawężnika bandyci mogą zabić na ulicy - mówi partnerka Mariana, sama policjantka.
Dziewczyna Darka właśnie wstąpiła do policji.

Osądzona

Piątek, 9 czerwca. Ogłoszenie wyroku. Oskarżeni siedzą za adwokatami. Kuba Biskupski siada w pierwszym rzędzie dla publiczności. Wcześniej próbował rozśmieszyć spiętą matkę: - Jak cię wsadzą do więzienia, i tak będziemy cię kochać.
Sędzia Andrzej Krasnodębski zaczyna od przypomnienia sprawy. Kuba zaciska pięści.
Wreszcie sędzia mówi: - Oskarżonych Grażynę Biskupską, Kubę Jałoszyńskiego i Jana Pola uniewinniam.
Prokurator spuszcza głowę i już jej nie podnosi. Potem unika dziennikarzy, ale nie wyklucza apelacji.
Biskupska ociera łzy, Polowi i Jałoszyńskiemu błyszczą oczy. Sędzia torpeduje każdy zarzut oskarżenia: - Żaden z błędów ani bezpośrednio, ani pośrednio nie przyczynił się do śmierci Dariusza Marciniaka i Mariana Szczuckiego. Zabili ich, a ich kolegów ranili Robert Cieślak i Igor Pikus. Tylko oni są odpowiedzialni za tę śmierć i te rany. I jeszcze: - Sąd wyraża żal, że w policji nie ma już ludzi, o których na tej sali mówiono, że są najlepszymi policjantami w kraju.

Babcia
W niedzielę rano na ósmym piętrze na warszawskim Żoliborzu przy otwartych oknach w dużym pokoju siada cała rodzina: Biskupska w roli matki, babci i teściowej, Kuba, jego dziewczyna Iga, jej pięcioletnia córka Kasia i ich sześciotygodniowa Marysia.
Kasia zaczyna marudzić: - Kuba, bajkę mi jakąś puść.
- Ale babcia będzie zaraz w telewizji - oponuje Kuba.
- Znowu?! Ja już mam dość oglądania babci w telewizji.
Kasia nie może darować babci, że jak była chora, to zamiast do niej, poszła do sądu.
I jeszcze psa jej zabiera. Bo roczna labradorka Nala to spełnienie marzeń Kasi. Ale Nala śpi z babcią.

Budzi ją o ósmej rano i razem idą po bułki (babcia nie toleruje nieświeżego pieczywa). Nie spieszą się, mają czas. Po drodze witają się z dozorcą, z sąsiadami wychodzącymi do pracy. - Wiedziałem, że się tak skończy - pociesza jeden z nich.
Biskupska tylko potakuje. Przez te trzy lata zniszczono jej karierę, prywatnie stała się strzępkiem nerwów. Pomimo wyroku część znajomych i tak wierzy w to, co usłyszeli trzy lata temu.
Teraz, kiedy Grażyna Biskupska musi coś zrobić, czasem nie robi. Bo woli wypić kawę. Nad filiżanką espresso przypomina sobie, kim chciała być, jak miała kilka lat, jeszcze zanim wymyśliła bibliotekarkę: taką panią, która siedzi w kawiarni, pije kawę i pali papierosy.
Wychodzi z nałogu czytania harlequinów. Został jeszcze niewielki stosik.
- Powoli wraca moja dawna mama - cieszy się Kuba.
Do powrotu do pracy namawiają ją wiceminister spraw wewnętrznych Władysław Stasiak i komendant główny policji Marek Bieńkowski.
Na pewno nie będzie już szefową 'terroru'. Biskupska: - I na pewno, chociaż na początek, nie podejmę pracy, gdzie musiałabym kierować ludźmi. I podejmować ważne decyzje. Nie przeżyję drugiej Magdalenki.