Make your own free website on Tripod.com

 

Web9 KSOVIETS MURDER THE TRUTH IN     [[[[[[[[[[[ 
                      MEMORIAL TO KATYN MASSACRE       (1/7/1988)
                         By Zdzislaw M. Rurarz
   Mr.  Rurarz  is former  Polish  ambassador to  Japan.   He was
            granted political asylum in the U.S. in 1981.
    (From The Wall Street Journal, 6 January 1989, p. A10:3)
 
            [Kindly uploaded by Freeman 10602PANC]
 
   Anyone who believes  glasnost has opened the  way for truth in
the Soviet  Union should  be disabused  of his  opinion by  a new
Soviet lie  that almost  outclasses even  the lies  of the Stalin
era.
   On Nov. 6, Izvestia reported  that the Soviet government plans
to erect a memorial at  Katyn, in Russia, where ``Polish officers
together with Soviet  prisoners ... were shot  by the fascists in
1943 as  our army  approached.''  Moscow  World Service confirmed
the memorial plans, saying the  slaughter took place ``during the
offensive of Soviet troops in 1943.''
   These  reports have  the audacity  to attach  new dates  to an
atrocity that  has never  been acknowledged  by its perpetrators:
the massacre of  4,134 Polish officers taken  prisoner by the Red
Army.  Many people in the West are unaware that the massacre ever
took place.
   Poland was attacked by Germany on  Sept. 1, 1939, and on Sept.
17  by  the Red  Army,  which  took about  200,000  Polish troops
prisoner, even though  Poland had not declared  war on the Soviet
Union.   Among  the  POWs were  15,000  army  officers  and state
functionaries.  Most of them were  interned in three POW camps at
Kozielsk, Starobielsk and  Ostashkov, in the  western part of the
Soviet Union.  They were permitted to write to their relatives in
German-occupied  Poland,  but  in April  1940,  all  such letters
abruptly ceased.
   When Polish-Soviet diplomatic relations were re-established in
July 1941,  and the  Soviets agreed  to form  the Polish  army on
their  territory, almost  no officers  could  be found  among the
freed Polish POWs.  Asked what  had happened to them, Stalin told
the Poles that perhaps they had escaped to Manchuria!
   On April 13, 1943, German  radio reported the discovery in the
Katyn forests near Smolensk of  mass graves containing the bodies
of  Polish  officers who  the  Germans  said were  killed  by the
Soviets in the spring of 1940.
   In response,  the Soviets  turned the  tables and  accused the
Germans  of  the  crime,   suddenly  ``remembering''  that  while
retreating  from  the Germans  they  had left  behind  the Polish
officers, who,  they said,  were then  caught by  the Germans and
shot ``in the fall of 1941.''
   When  the  Polish  government-in-exile  in  London  asked  the
International Red  Cross to  investigate, the  Soviet Union broke
diplomatic  relations  with  the   exiles  and  objected  to  any
investigation.  Britain and the U.S.  took the Soviet side in the
issue.
   But  other  international  experts,  including  the  one  from
neutral Switzerland, as well as the Polish Red Cross, established
beyond any doubt the time of the execution -- between April 4 and
May 13, 1940.   Evidence found in  the pockets of  the victims --
such  as diaries,  unsent letters  and  Soviet newspapers  -- and
forensic tests  confirmed the  date.  In  all, 4,143  bodies were
positively identified.
   The Soviets recaptured  Katyn on Sept. 25,  1943, and formed a
commission to ``investigate  the crime.''  On  Jan. 24, 1944, the
commission issued a statement, again blaming the Germans.  Soviet
forensic experts again  ruled that the  execution had taken place
``in the fall of 1941.''   Later, during the Nuremberg trial, the
Soviets attempted  to accuse the  Germans of this  crime but were
unsuccessful in proving it and the case was dropped.  On Dec. 22,
1952, the U.S. Congress, following an investigation by its Select
Committee on the Katyn Forest Massacre, unanimously ruled that it
was the Soviets who were guilty.
   Last  year,  in   the  National  Archives,   I  found  wartime
photographs --  covering the period  Sept. 26, 1943,  to June 10,
1944  --   taken  by   German  reconnaissance   aircraft  of  the
Smolensk-Katyn area after it was recaptured by the Red Army.  The
photos leave no doubt the cemetery at  Katyn -- as it was left by
the Germans  -- had been  destroyed.  The Germans  had marked six
mass graves in the shape of squares and put up crosses.
   Since   World  War   II  the   Katyn  massacre   slipped  into
near-oblivion,  except in  Poland.  But  it  has resurfaced  as a
result of  a joint  declaration by  Mikhail Gorbachev  and Polish
leader  Gen.  Wojciech Jaruzelski  in  April 21,  1987.   The two
agreed that ``blank  spots'' is Soviet-Polish  relations would be
removed.  Although the Soviets  committed many crimes against the
Poles during and  after World War  II, Katyn remains  high on the
agenda, and the joint  Soviet-Polish commission of historians has
addressed it.  The  Polish side has  no doubt who  is guilty, but
the Soviets keep repeating the old claim to have ``no evidence to
the contrary'' in their archives.  The issue remains deadlocked.
   Meanwhile, the Katyn cemetery has been opened to the public --
and the  Germans are  still blamed  for the  crime.  However, the
Soviets have added a twist: They  now claim about 500 Soviet POWs
perished with  the Polish officers.   If that  weren't enough, on
Nov.  6,  Soviet  officials  announced  a  ``new''  date  of  the
massacre, putting it in 1943,  although no details concerning the
month are mentioned.
   This new and ridiculous story is  a bad omen, and not only for
Soviet-Polish  relations: The  U.S.  agreed Tuesday  to  a Soviet
proposal  that a  human-rights conference  be  held in  Moscow in
1991.  Mr. Gorbachev  has very much wanted  the rights talks, and
such a meeting would represent a significant achievement for him.
U.S. officials  say they had  observed broad  improvements in the
Soviets' handling  of human rights.   But even  if under glasnost
the Soviets cannot admit the truth, and instead produce new lies,
can their assertions on human  rights be trusted?  Is it possible
that by  not admitting  old crimes the  Soviet Union  is posed to
commit new ones?
   We  must be  vigilant  when we  can  see such  things actually
unfolding before our eyes.

Katyn by Rurarz

 

Web383Katyń to zbrodnia ludobójstwa

2009-03-05

Katyń to zbrodnia ludobójstwa 5 marca 1940 roku przywódcy sowieccy nakazali zamordowanie ponad 26 tysięcy polskich jeńców wojennych i więźniów politycznych. Była to zbrodnia ludobójstwa, za którą pełną odpowiedzialność musi dziś wziąć Rosja jako następca prawny Związku Sowieckiego - pisze Piotr Szubarczyk.

5 marca 1940 roku przywódcy sowieccy nakazali zamordowanie ponad 26 tysięcy polskich jeńców wojennych i więźniów politycznych

Mija kolejna rocznica haniebnego rozkazu Stalina i innych przywódców Wszechrosyjskiej Komunistycznej Partii (bolszewików) zamordowania pozostających w rękach sowieckich polskich jeńców wojennych i więźniów politycznych. Zbrodnia katyńska objęła przetrzymywanych na terytorium Związku Sowieckiego ponad 19 tysięcy polskich oficerów, głównie rezerwistów różnych zawodów, ludzi wykształconych. Mówimy dziś, że była to zbrodnia na polskiej inteligencji. Poza jeńcami rozkaz objął także ponad 7 tysięcy więźniów, zatrzymanych z powodów politycznych od jesieni 1939 r. i przetrzymywanych w więzieniach na terenie tzw. zachodniej Białorusi i tzw. zachodniej Ukrainy. Wśród nich było także ponad tysiąc oficerów Wojska Polskiego.

Ofiary zbrodni, dokonanej przez NKWD w kwietniu 1940 r., grzebano w zbiorowych dołach - w Lesie Katyńskim pod Smoleńskiem (jeńcy z Kozielska), w Miednoje koło Tweru (jeńcy z Ostaszkowa), w Piatichatkach na przedmieściu Charkowa (jeńcy ze Starobielska). Miejsc pochówku wielu spośród wówczas zamordowanych nie możemy się doszukać do dziś.

“Nie rokowali poprawy”…
Zbrodni dokonano na wniosek komisarza spraw wewnętrznych Związku Sowieckiego Ławrientija Berii - zbrodniarza odpowiedzialnego wówczas za siły bezpieczeństwa w całym państwie, wkrótce po zbrodni katyńskiej nagrodzonego stanowiskiem wicepremiera ZSRS, potem także członka Biura Politycznego WKP (b), czyli ścisłego kierownictwa Związku Sowieckiego. Wniosek zachował się w formie pisemnej. Są w nim słowa, które budzą grozę i które, niestety, polscy patrioci usłyszą jeszcze nie raz po wojnie, gdy będą mordowani na podstawie “wyroków” sądów komunistycznych. Beria pisze, że polscy jeńcy wojenni oraz więźniowie stanowią “zdeklarowanych i nie rokujących nadziei poprawy [!] wrogów władzy radzieckiej” [!], dlatego NKWD uważa za uzasadnione [!] rozstrzelanie tysięcy jeńców i więźniów, bez wzywania skazanych, bez przedstawiania zarzutów, bez decyzji o zakończeniu śledztwa i bez aktu oskarżenia! Oto i cała “wina”! Nasi rodacy są, według sowieckiej policji politycznej, wrogami Związku Sowieckiego. A przecież powinni być Sowietom wdzięczni za to, że napadli na Polskę bez wypowiedzenia wojny, że wspólnie z Hitlerem rozszarpali kraj, ogłaszając koniec państwa polskiego i dopuszczając się wielu ohydnych zbrodni na Polakach! Są “winni”, bo źle myślą, nie tak jak chcą Beria i Stalin! Przypomina się uzasadnienie wyroku śmierci na generała “Nila” 13 lat później: trzeba go “wyeliminować”, bo nie nadaje się do “resocjalizacji”, bo już jako 19-latek “walczył z młodym państwem radzieckim”. Sposób myślenia ten sam, tylko powojenni zbrodniarze ferują swoje wyroki po polsku i “w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” (!). Jedno nie ulega zmianie - są to w obu przypadkach mroczni sowieccy “patrioci”, dla których zbrodnia jest aktem posłuszeństwa i oddania sowieckiej władzy.

Zbrodnia państwowa
Wniosek Berii został podpisany przez Stalina, przez marszałka Klimenta Woroszyłowa - komisarza obrony, członka Biura Politycznego WKP (b), przez Wiaczesława Mołotowa - ministra spraw zagranicznych ZSRS, głównego negocjatora sowiecko-niemieckiego aliansu, od którego zaczęła się II wojna światowa, i przez Anastasa Mikojana, także członka Politbiura. Z zapisu wynika, że za zbrodniczym rozkazem opowiedzieli się także Michaił Kalinin z sowieckiej Rady Najwyższej i Łazar Kaganowicz, wiceprzewodniczący Rady Komisarzy Ludowych, później wicepremier ZSRS.
Z dokumentów sowieckiego Biura Politycznego WKP (b) wynika też, że tego samego dnia, 5 marca 1940 r., Biuro to wydało decyzję o zbrodni zgodnie z zaproponowaną przez Berię treścią. Była więc to zbrodnia popełniona przez państwo sowieckie na obywatelach innego państwa, przy pomocy ludzi pozostających w służbie państwa, opłacanych przez to państwo. Tylko amunicja była niemiecka - z dostaw pochodzących od sojusznika i współuczestnika zaplanowanych na Polakach zbrodni… Była to zbrodnia, za którą pełną odpowiedzialność musi dziś wziąć Rosja jako prawny następca Związku Sowieckiego. Była to zbrodnia popełniona na tysiącach ludzi nie z powodu jakichś dokonanych przez nich przestępstw, ale ze względu na ich poglądy polityczne, ze względu na wierność własnemu państwu, ze względu na sposób myślenia! Cywilizowany świat nie karze za to śmiercią.
Instytut Pamięci Narodowej stoi na stanowisku, że zbrodnia katyńska - przez którą rozumie się wszystkie ofiary decyzji władz najwyższych ZSRS z 5 marca 1940 r., nie tylko oficerów zamordowanych w Lesie Katyńskim - była aktem ludobójstwa.

Ludobójstwo
to termin z zakresu prawa międzynarodowego, zdefiniowany najpierw w rezolucji Zgromadzenia Ogólnego ONZ z 11 grudnia 1946 r., potem w międzynarodowej konwencji w sprawie zapobiegania i karania zbrodni ludobójstwa. Zapisano tam, że ludobójstwem są takie czyny, jak morderstwo, poważny zamach na konstytucję fizyczną i mentalną członków prześladowanej zbiorowości, celowe pogarszanie warunków życia zbiorowości po to, by ją zniszczyć lub ograniczyć jej liczebność. Za warunek ludobójstwa uznano zamiar zniszczenia całkowitego lub częściowego “grup narodowych, etnicznych, rasowych bądź religijnych jako takich”.
Ludobójstwo (ang. genocide) uznano za ten rodzaj zbrodni, który nie podlega przedawnieniu. Co więcej, uznano, że należy ścigać nie tylko zbrodnie dokonane po przyjęciu konwencji z 1948 r., ale także zbrodnicze czyny dokonane wcześniej. Przed dwoma laty Komisja Spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów USA uznała za akt ludobójstwa masowe zbrodnie dokonane przez Turków na Ormianach w roku 1915. Z nowszych spraw trzeba przypomnieć sądzone przez Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze zbrodnie wojenne na terenie byłej Jugosławii i podczas walk plemiennych w Ruandzie, które kwalifikowane są także jako ludobójstwo.

Zbrodnia katyńska
W świetle definicji zawartej w konwencji ONZ i jej interpretacji była niewątpliwie zbrodnią ludobójstwa. Skierowana była przeciwko dużej grupie, którą wyodrębniono ze względu na narodowość i przynależność państwową. Intencją zbrodniarzy było całkowite lub prawie całkowite zniszczenie tej grupy. Obydwa te czynniki wyczerpują oenzetowską definicję ludobójstwa w odniesieniu do zbrodni nakazanej 5 marca 1940 roku.

Zbrodnia “bez kwalifikacji”
Współczesna Rosja, jako następczyni prawna Związku Sowieckiego, nie zgadza się na określenie zbrodni katyńskiej jako aktu ludobójstwa. Generalna Prokuratura Wojskowa Rosji oświadczyła 5 marca (!) 2006 r., że “zamordowani Polacy nie byli ofiarami represji stalinowskich” (!). Oświadczono, że “nie ma możliwości ustalenia kwalifikacji prawnej, na podstawie której skazano na śmierć Polaków”.
Akt ludobójczy nigdy nie ma “kwalifikacji prawnej”! Jest sam w sobie aktem bezprawia, represji, prześladowania! Czy Niemcy mordujący Żydów za to, że byli Żydami, potrzebowali jakiejś “kwalifikacji prawnej”? Czy Turcy mordujący Ormian za ich narodowość i religię kierowali się przepisami prawa?
Rosja odmawia uznania zbrodni katyńskiej za akt masowy i ludobójczy - zarówno w świetle definicji ludobójstwa, jak i zbrodni wojennej czy represji stalinowskiej. “Fakt, iż prokuratura państwa o mocarstwowych ambicjach nie umie znaleźć żadnej kwalifikacji mordu katyńskiego, należy uznać za ponurą, wręcz upiorną kpinę z ofiar i prowokację wobec Polski” - pisze Witold Wasilewski z Biura Edukacji Publicznej IPN. “Katyń był motywowanym politycznie masowym mordem. Nie zatuszują tego żadne wybiegi władz Rosji, tak jak prawdy o sprawcach masakry nie udało się, pomimo trwających pół stulecia wysiłków, zataić władzom ZSRS”.

Powrót do kłamstwa?
Decyzja rosyjskich prokuratorów i jej skandaliczne, pokrętne uzasadnienie jest jakby powrotem do półwiecznego kłamstwa katyńskiego. Na straży tego kłamstwa stała w Polsce przez lata sowiecka cenzura, która nakazywała: “Nie wolno dopuszczać jakichkolwiek prób obarczania Związku Radzieckiego odpowiedzialnością za śmierć polskich oficerów w lasach katyńskich (…)”. Brak “kwalifikacji” zbrodni jest w gruncie rzeczy uchylaniem się od odpowiedzialności za zbrodnie - katyńską i inne, popełnione na Polakach i przedstawicielach innych narodowości na “nieludzkiej ziemi”. Ta nowa odmiana kłamstwa katyńskiego, potęgowana przez rozpowszechniane w Rosji postsowieckie, haniebne opinie o tym, że zbrodnia katyńska była “aktem słusznej zemsty” (!), wykopuje na nowo przepaść między Rosją a cywilizowanym światem, jest upokarzająca nie tylko dla Polaków, zwłaszcza dla dzieci zamordowanych oficerów i więźniów, jest szkodliwa także dla Rosji.

Nie tylko Katyń
Doktor hab. Mieczysław Smoleń, znawca historii Rosji i Związku Sowieckiego, pisze w “Encyklopedii białych plam” (t. XI) o ludobójstwie na obywatelach RP w Związku Sowieckim, zwracając uwagę, że mianem ludobójstwa należy objąć nie tylko Katyń, ale także inne zbrodnie, których dopuściły się władze sowieckie: “Wkrótce po zajęciu Kresów Wschodnich dokonały one masowych aresztowań, a następnie zgładzenia lub zesłania w głąb ZSRS polskich oficerów i żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza, policjantów i urzędników państwowych oraz przedstawicieli polskiej inteligencji i duchownych (…). Aktem sowieckiego ludobójstwa były również deportacje Polaków z Kresów Wschodnich w odległe tereny ZSRS (…). Deportowanych w krótkim czasie zdziesiątkowały nieludzkie warunki bytowe”.
Nie ulega wątpliwości, że nieludzkie sowieckie deportacje mieszczą się także w oenzetowskiej definicji ludobójstwa, skoro ludobójstwem jest “rozmyślne stworzenie dla członków grupy warunków życia, obliczonych na spowodowanie ich całkowitego lub częściowego zniszczenia fizycznego” (artykuł IIc konwencji ONZ). Zesłane żony i dzieci mordowanych polskich oficerów “witano” w kwietniu 1940 r. w Kazachstanie słowami: “Was tu przywieziono, żebyście zdechli”. Za słowami szły czyny w postaci “rozmyślnego stworzenia warunków życia”, czyli głodu i poniewierki. Jak rosyjscy prokuratorzy “kwalifikują” ograbienie i wyrzucenie z domów setek tysięcy polskich rodzin? O to nawet nie warto pytać, bo skoro mają problem z “kwalifikacją” strzałów w tył głowy bez wyroku, to czego możemy się po nich spodziewać w tej sprawie?

Ocena moralna
Problemów z “kwalifikacją” Katynia nie miał rosyjski poeta Andriej Wozniesienskij, który prosi Boga, by odpuścił Rosji straszny grzech: “Katyń to otwarty makabryczny skarbiec, a w nim zamordowany kwiat narodu polskiego, wojska, młodej inteligencji, twórców, bohaterów. Katyń to ’skarbiec’ kłamstwa, stalinowskiego i postalinowskiego, światowego załgania rządów, komisji międzynarodowych i pisarzy; to skarbiec naszej hańby. Katyń to wygnanie z pamięci Boga. Katyń to skarbiec prawdy, kiedy Stalin własną zbrodnię oddając ‘w darze’ krwawemu bliźniakowi, sam postawił znak równości pomiędzy ludobójczym systemem hitlerowskim i swoim. Tak obaj dyktatorzy podzielili pierwsze miejsce na piedestale zwycięzców w zawodach nieludzkości. Projektując w wyobraźni pomnik trzydziestu milionów ofiar ludobójstwa w sowieckim państwie (podobnie w roku mieści się w przybliżeniu trzydzieści milionów sekund), pomyślałem, że w niebie co sekundę przez rok cały będzie rozbłyskało jedno imię zamordowanego. To znaczy, że w niebie tysiące razy rozbłysną nad nami dusze Katynia. Boże, odpuść nasze grzechy! Boże, daj ukojenie duszom niewinnie zamordowanych w Katyniu!”.
Jest wielu szlachetnych Rosjan, którzy rozumieją nasz ból i którzy nie chcą, by współczesna Rosja była także następcą ideowym zbrodniczego państwa komunistycznego. Pozostaje nadzieja, że to właśnie ci Rosjanie będą mieli decydujący wpływ na kształt swojego państwa i na stosunki z najbliższym sąsiadem na zachodzie. Spraw, Panie Boże, by tak się stało.
Piotr Szubarczyk

 

Zginęli, bo przeszkadzaliby w okupacji Polski

2009-03-05

Z rosyjskim dysydentem i pisarzem Władimirem Bukowskim rozmawia Mariusz Bober

5 marca mija 69. rocznica wydania przez Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego rozkazu zamordowania prawie 20 tysięcy polskich oficerów w Katyniu i innych miejscowościach. Dlaczego Stalin kazał ich zamordować? Byli tak niebezpieczni dla Związku Sowieckiego?
- Decyzji o zamordowaniu polskich oficerów nie podjął osobiście Stalin, ale Politbiuro. Była to więc decyzja podjęta kolektywnie, ale w odpowiedzi na sugestię Berii [Ławrientij P. Beria, ówczesny szef NKWD - przyp. red.]. Decyzję tę tłumaczono tym, że ci ludzie są wrogami ZSRS, i że jeśli zostaną wypuszczeni, udadzą się do Francji [by zaciągnąć się do tworzonych na zachodzie oddziałów polskich walczących w ramach sił alianckich - przyp. red.]. Jednak w rzeczywistości Stalin zdawał sobie sprawę, że w trakcie wojny obecność prawie 20 tys. polskich oficerów i wpływowych osób może być przeszkodą w utrzymaniu okupacji części polskich ziem. Dlatego pozostawienie tych ludzi przy życiu nie miało dla niego sensu. Sowieci już wtedy zdecydowali, by “wykończyć” Polskę. Więc każdy rodowity Polak, który mógł być “wrogiem” dla ZSRS, nie zasługiwał ich zdaniem na życie.

Czyli Sowieci zakładali wówczas okupowanie Polski, co zrealizowali po wojnie, podobnie jak przejęli kontrolę nad pozostałymi krajami Europy Środkowowschodniej?
- Dokładnie. Najpierw dogadali się z Hitlerem w sprawie podziału tej części Europy, a następnie uznali, że trzeba “oczyścić” ją z “wrogów”, którzy mogą stanowić dla nich problem. Taki był sposób ich myślenia.

Na początku lat 90. miał Pan dostęp do archiwów z czasów ZSRS. W książce “Moskiewski proces” ujawnił Pan część informacji w sprawie zbrodni katyńskiej, ale czy to były wszystkie dane, do których wówczas Pan dotarł? Czy od tego czasu nie natrafił Pan na nowe materiały?
- Właściwie wszystkie informacje zostały opublikowane, zanim jeszcze zacząłem badać sowieckie archiwa, przede wszystkim przez ekipę Michaiła Gorbaczowa w 1990 r., a później także Borysa Jelcyna w 1992 roku. Dlatego nie zajmowałem się już szerzej tą sprawą.

Ale mimo iż od tamtego tragicznego wydarzenia minęło prawie 70 lat, wciąż nie mamy wszystkich informacji ani na temat pełnej listy polskich ofiar, ani np. teczek osobowych zamordowanych oficerów. Obecne władze twierdzą, że zostały one zniszczone w 1959 roku. Czy tak rzeczywiście mogło być?
- Nie wiem, czy naprawdę zniszczyli je, czy nie. Rzeczywiście została wydana decyzja o zniszczeniu teczek personalnych, o czym pisali niektórzy, że było to za czasów Nikity Chruszczowa. Ale czy rzeczywiście je zniszczono, trudno mi powiedzieć.

Można w jakiś sposób sprawdzić te informacje?
- Można próbować, są pewne tropy, które trzeba byłoby sprawdzić, choć jest to bardzo trudne, ponieważ rosyjskie archiwa są teraz zamknięte. Udostępniono je tylko w latach 1991-1993. Wówczas był najlepszy okres do ich badania.

Od tamtego czasu nastawienie Moskwy zaczęło się szybko zmieniać, zwłaszcza po dojściu do władzy ekipy Władimira Putina. Czy ta zmiana wynikała jedynie z jego podejścia do sprawy zbrodni katyńskiej odzwierciedlającego poglądy KGB, czy raczej nowej linii politycznej, którą wprowadzono w Rosji?
- Właściwie to oznacza to samo. Polityka Rosji zapoczątkowana przez Putina zmierzała do minimalizowania i umniejszania odpowiedzialności Związku Sowieckiego za zbrodnię katyńską, ponieważ Rosja jest legalnym spadkobiercą ZSRS. Chciała jednak uniknąć odpowiedzialności za jego przeszłość. Bowiem logika międzynarodowego systemu prawnego jest prosta: jeśli ktoś jest spadkobiercą czyjegoś dorobku, to także jego długów. Jeśli więc Rosja jest legalnym sukcesorem Związku Sowieckiego, to także odpowiada za jego zbrodnie. Dlatego Moskwa zaprzecza i minimalizuje tę odpowiedzialność. Teraz jednak jest to już trudne, bo za czasów Gorbaczowa ZSRS uznał odpowiedzialność za zbrodnię katyńską i podpisanie tajnego protokołu do paktu Ribbentrop - Mołotow. Nie można więc temu zaprzeczyć. Rosja zajęła więc pozycje, których nie można obronić. Stara się jednak minimalizować swoją odpowiedzialność za zbrodnie, tym bardziej że przeszkadza to w odbudowywaniu rosyjskiego imperium.

Czy dziś można w jakiś sposób zmienić nastawienie rosyjskich władz, by uzyskać brakujące informacje o zbrodni katyńskiej? Trwające już prawie 20 lat starania w tej sprawie przyniosły tylko częściowe efekty.
- Możecie próbować. Przecież bardzo wielu Polaków zginęło w wyniku zbrodni ZSRS, nie tylko w Katyniu, ale także w innych miejscowościach, i nie tylko podczas wojny, także po jej zakończeniu. Myślę jednak, że nic się nie zmieni, dopóki reżim Putina będzie dzierżył władzę w Rosji.

Niektóre rodziny ofiar zbrodni katyńskiej po wyczerpaniu możliwości dochodzenia swoich racji w rosyjskich sądach skierowały sprawę rehabilitacji swoich bliskich do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu. Czy Rosja podporządkuje się jego wyrokom?
- Także w Rosji były wcześniej osoby, które kierowały skargi na władze tego kraju do Strasburga. Nie wiem, czy wyrok tego Trybunału coś zmieni w sprawie ofiar Katynia. Przecież w Rosji rządzi reżim rodem z KGB. Jeśli uznają, że się nie podporządkują decyzji Strasburga, nic ich stanowiska nie zmieni, nie będą szanować prawa międzynarodowego. Przecież okupują sąsiedni kraj, więc jak tu mówić o respektowaniu prawa międzynarodowego.

Więc obecne władze Rosji uważają, że mogą być ponad prawem międzynarodowym?
- Dokładnie.

Dziękuję za rozmowę.

 

Marek Kusiba - Żabką przez Atlantyk: Teczka innego koloru

2005-04-15 (23:39) Nowy Dziennik



 

Marek Kusiba - Żabką przez Atlantyk: Teczka innego koloru

Tegoroczne obchody 65. rocznicy zbrodni katyńskiej spotęguje znacznie żałoba po śmierci Papieża. O wiele pełniej i dobitniej zabrzmią głosy polityków i historyków w kontekście rozważań Jana Pawła II o naturze zła. Nieoczekiwanie Polacy otrzymali potężną dawkę materiałów pomocniczych w masowych nakładach książek Ojca Świętego, w których rozprawia się on z największymi plagami XX wieku - faszyzmem i komunizmem. Inaczej także patrzymy dziś na zbrodnię rosyjskiego ludobójstwa, mając w pamięci rolę Papieża-Polaka w "wydarciu piekłu ofiary" - polskiej, ale i nie tylko polskiej - poprzez "zduszenie centaura", jakim był sowiecki komunizm. Może dlatego trudniej jest dziś wypełniać chrześcijański nakaz przebaczenia win?

Nie pomoże także zapewne niezwykle wymowne zestawienie dat. Ale je zestawię, bo są naprawdę zastanawiające. 1 i 2 kwietnia 1940 r. z I Wydziału Specjalnego NKWD wyszły do obozu ostaszkowskiego pierwsze listy śmierci. 2 kwietnia podpisano dalszych 7 list i przekazano je do obozu w Kozielsku. Każda z nich zawierała około stu polskich nazwisk i równała się rozkazowi natychmiastowego rozstrzelania. Rozstrzeliwanie jeńców rozpoczęto najprawdopodobniej 2 kwietnia.

Jednym słowem, zbrodnia katyńska rozpoczęła się dokładnie co do dnia, a może i godziny, 65 lat przed śmiercią Papieża-Polaka. Nie mam wieszczych ambicji dorównania Juliuszowi Słowackiemu, który przepowiedział Papieża-Słowianina, ja tylko zestawiam daty.

Obie stanowią słupy milowe w historii narodu polskiego. Po Katyniu Polska długo musiała czekać na swoje pięć minut w historii świata. Pięć minut trwało ćwierć wieku. "Teraz radzić musimy sobie sami" - pisze Timothy Garton Ash, mając na myśli społeczność globalną, nie tylko Polaków.

Świat różnie ocenia rolę Papieża w "urwaniu łba czerwonej hydrze". Dla piszącego niniejsze pewnym jest, że gdyby nie ten pontyfikat, Polska nie wyrwałaby się z więzienia narodów bez rozlewu krwi, a mur berliński stałby nadal dumnie niczym chiński. Ludzie nabierają świadomości "bliskości" zdarzeń, nie tylko współczesnych: NKWD próbowało zabić Papieża, tak samo jak zabijało w kwietniu 1940 r. polskich oficerów, lekarzy, prawników, urzędników. Z kolei obchody rocznicy odkrycia grobów katyńskich - w połowie kwietnia 1943 r. - odbędą się niejako w cieniu tego największego z pogrzebów wszech czasów.

Motywu bliskości Papieża i sprawy katyńskiej doświadczyłem już w orwellowskim roku 1984, gdy wyemigrowałem z Polski rządzonej przez bezpośrednich podwładnych sowieckiego NKWD. Trafiłem z rodziną do Halifaxu w Nowej Szkocji. W trzy miesiące później wylądował tam Jan Paweł II w swej pierwszej kanadyjskiej pielgrzymce. Nigdy nie zapomnę kilku zdań, jakie zamieniłem z Jego Świątobliwością w miejscowej katedrze. W miesiąc później znalazłem się niedaleko katedry, na Saint Mary´s University, w gabinecie profesora Stanisława Swianiewicza.

Rozmowa ze Swianiewiczem była równie spokojna, pogodna, przepełniona dobrocią, jak ta z Papieżem. Pamiętam, że zapytał, czy "po Wojtyle widać ślady zamachu". Zaprzeczyłem. Wtedy Jan Paweł II szybko doszedł do siebie. Dziś wiemy, że gdyby nie zamach na jego życie, żyłby o wiele dłużej. Profesor już wtedy był przekonany, że Papież-Polak poświęci swój pontyfikat na "sklejenie" Polski z Zachodem. Pamiętam dywagacje na temat "sowieckich metod", wyrażających się w zamachu z 13 maja 1981 r. Wybitny znawca sowieckiego świata, a także więzień sowieckich łagrów, nie miał najmniejszych wątpliwości, że ręką Agcy kierować musiało NKWD.

W rozmowie z profesorem nie czuło się zupełnie żadnej misji "świadka historycznej zbrodni", jak o nim wielokrotnie pisano. Zaznaczał skromnie, że świadkiem nie był, bo go zabrali prawie spod rewolwerów enkawudzistów i zamknęli najpierw w Smoleńsku, a potem na Łubiance i w Butyrkach, by po kilkumiesięcznych przesłuchaniach wysłać do łagru na półwyspie Komi. Miał wyrok 8 lat zsyłki. Sowieci próbowali od niego wyciągnąć - ale bez powodzenia, dlatego przeżył - wszystko, co wiedział o gospodarce faszystowskich Niemiec, która rozwijała się w piorunującym tempie. Nie obchodziła ich za bardzo ich własna, bo, jak żartował, "wszyscy wiedzieliśmy to samo: że ledwo dycha". Był uznanym ekspertem-sowietologiem, studiował najpierw na Uniwersytecie Moskiewskim, potem pracował na Uniwersytecie Wileńskim im. Stefana Batorego, zajmował się gospodarkami totalitarnymi zawodowo. To uratowało go przed strzałem w tył głowy.

Przed spotkaniem przeczytałem łapczywie dzieło profesora W cieniu Katynia - pamiętnik wydany przez Instytut Literacki w Paryżu w 1976 r. - wyrywając książkę z półki nowo poznanych polskich emigrantów. Pamiętam, że obok tej półki wypinała groźnie przezroczystą pierś ozdobna, oszklona szafa, wypełniona kolekcją broni. Stały, wisiały i leżały tam w powabnych pozach wszelkiej maści karabiny, pistolety, sztucery, rewolwery, nawet lśniąca świeżą farbą rosyjska pepesza. Gospodarz był niezwykle dumny ze swego zbioru, dlatego w celu uprowadzenia mu na jedną noc W cieniu Katynia musiałem poznać w szczegółach zalety tej - nomen omen - kolekcji śmierci.

Profesor Swianiewicz nie tylko zajmował się naukowo analizą gospodarki sowieckiej. Przeszedł całą kampanię wrześniową. Po bitwie pod Krasnobrodem dostał się do sowieckiej niewoli. 29 kwietnia 1940 r. został wsadzony w Kozielsku do transportu. Zauważył, że jego teczka była innego koloru. Na stacji Gniezdowo pozostawiono go w pociągu, podczas gdy kolegów wepchnięto do prymitywnych autobusów, z oknami zamalowanymi na biało. Pojechali na rozstrzelanie do Katynia.

Swianiewicz nie wiedział wtedy, że był "trzy ćwierci od śmierci" - jak wyznał. Powiedział, że nieudany zamach na Papieża będzie kosztował Sowiety "bardzo dużo".
Gdy zapytałem, jak dużo, powtórzył tajemnicze: "bardzo dużo".

 

 

Światowy Dzień Pamięci Ofiar Katynia.

W cieniu ojca



Mimo iż od zbrodni katyńskiej minęło 65 lat, nadal jest ona krwawiącą raną. Sowieckie ludobójstwo w Katyniu stanowi największe militarne przestępstwo, jakie kiedykolwiek zostało dokonane przeciwko jeńcom wojennym innego narodu. I choć tragedia ta w rzeczywisty sposób zaważyła na losie Polski i Polaków - nadal jest nierozliczona, jej okoliczności nie do końca są wyjaśnione. Co najbardziej bolesne, nie tylko Rosja unika rozliczenia, ale również oficjalne stanowisko strony polskiej jest niezrozumiałe, dla rodzin zamordowanych niekiedy wręcz bulwersujące.
Pan Henryk Maliszewski skrzętnie przechowuje pamiątki po ojcu, choć niewiele ich ocalało z wojennej zawieruchy. Kartka pocztowa ze Starobielska, zaświadczenie Czerwonego Krzyża z 1940 r. o jego pobycie w obozie w Starobielsku, kilka fotografii... Jedna z nich powiększona wisi na ścianie. Spogląda z niej przystojny, postawny mężczyzna o niezwykle życzliwym, bardzo pogodnym, wręcz wesołym spojrzeniu. Z oczu można wyczytać też nutę dumy. Trudno się dziwić: jego i żonę otacza gromadka dzieci - córka i trzech synów, czwarty - kilkumiesięczny, siedzi w białej sukieneczce na kolanach matki.
- To ja - wskazuje na malucha pan Henryk Maliszewski i lekko wzdycha na wspomnienie rodzinnej sielanki. - Mieliśmy szczęśliwy, dostatni dom. Ojciec był energiczny, przedsiębiorczy. Ciężko pracował, by zapewnić spokojny byt rodzinie. - W domu panował porządek i dyscyplina. Nie do pomyślenia była niepunktualność, lekceważenie obowiązków. Niepotrzebne były słowa, podnoszenie głosu. Choć jako młodzi chłopcy byliśmy dosyć rozbrykani i nie zawsze w szkole świeciliśmy przykładem, wystarczyło jedno ojcowskie spojrzenie, by nas przywołać do porządku. Był dla nas wzorem - nie ukrywa dumy pan Henryk.
Jan Maliszewski znalazł życiową przystań w Siedlcach po długiej wędrówce: pochodził z Zamojszczyzny, przed odzyskaniem niepodległości pracował jako farmaceuta w Humaniu, gdzie ożenił się ze Stefanią Witkowską i gdzie na świat przyszedł najstarszy syn - Tadeusz, potem dwa lata spędził w Moskwie. W 1918 r. wrócił z rodziną do Polski, w Siedlcach kupił skład apteczny. Nie zamknął się jednak w swoich sprawach. W 1919 r. wstąpił do wojska i brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej.
Po demobilizacji w 1920 r. powrócił do pracy w zawodzie farmaceuty. Od 1921 r. miał własną aptekę przy ul. Kilińskiego, wkrótce kupił też rozlewnię wód. Zakupił kamienicę na rogu ul. Kilińskiego i 3 Maja, w której do dziś mieszka syn Henryk i jego rodzina.
Jan Maliszewski został zmobilizowany już w marcu 1939 r. i skierowany do apteki Szpitalnego Okręgu nr 9 w Brześciu nad Bugiem. W czasie wakacji udało mu się odwiedzić rodzinę w Siedlcach. Z tego czasu w rodzinie zachowało się zdjęcie wykonane przez wówczas 15-letniego Henryka na ulicy Piłsudskiego.
We wrześniu 1939 r. Jan Maliszewski brał udział w obronie twierdzy brzeskiej, dostał się do niewoli sowieckiej i został wywieziony do obozu w Starobielsku. Stamtąd nadesłał do rodziny list z życzeniami wielkanocnymi, datowany na 29 lutego 1940 roku. Na kartce napisał: "Zawiadamiam Was, że jestem zdrów i mam nadzieję w krótkim czasie wrócić do Siedlec. Przyślijcie mi pocztą ciepłą bieliznę, ciepłe skarpetki oraz ciepły sweter z rękawami".
Prawdopodobnie na początku maja 1940 r. Jan Maliszewski został przewieziony do Charkowa i tam zamordowany w siedzibie NKWD, a następnie pochowany w bratniej mogile w VI kwartale Lesoparku w Charkowie. Miał 51 lat. Mniej więcej w tym samym czasie w Katyniu zginął jego brat stryjeczny - Bolesław, który pracował w rodzinnej aptece.
Pan Henryk otwiera wyjęte z półki książki, z zakładkami w miejscu, gdzie widnieje lista pomordowanych z nazwiskiem jego ojca. Rodzina rozpoczęła poszukiwania ojca już w czasie wojny. Najstarszy brat napisał do Czerwonego Krzyża i - o dziwo - dostał odpowiedź: Jan Maliszewski znajduje się w Starobielsku.
- Po odkryciu grobów katyńskich przez Niemców okupanci nie skrywali tego faktu przed Polakami - opowiada syn. Pan Henryk przypomina sobie, że na poczcie wisiał wydrukowany przez Niemców plakat informujący o zbrodni katyńskiej. W "Nowym Kurierze Warszawskim" Niemcy opublikowali listę zamordowanych w Katyniu. Znalazł się na niej Bolesław Maliszewski. Rodzina Maliszewskich domyślała się, że podobny los spotkał i ich ojca, ale w głębi serca mieli nadzieję, że gdy wojna się skończy, ojciec wróci do domu. Nie wrócił. Wkrótce rodzinę dotknął kolejny bolesny cios. W lutym 1943 roku gestapo aresztowało Tadeusza, a gdy matka chciała go ratować, aresztowało również ją jako przedwojenną działaczkę Macierzy Szkolnej. Po trzech miesiącach pobytu na Pawiaku została wywieziona do niemieckiego obozu koncentracyjnego, gdzie zginęła 24 lutego 1944 r. Rodziną zaopiekował się najstarszy brat - Tadeusz, wraz z żoną, któremu dzięki przypadkowi udało się wydostać z więzienia.
Henryk w 1944 roku został zmobilizowany do Ludowego Wojska Polskiego. Po wojnie wrócił do rodzinnego domu, który szczęśliwie ocalał.
Niestety, rodzina rozproszyła się po Polsce. Tylko Henryk i Jadwiga pozostali wierni Siedlcom. Trzej starsi bracia już nie żyją. Pan Henryk starał się własnych synów wychowywać tak, jak czynił to jego ojciec.
- Najcenniejsze, co pozostało mi po ojcu, to piękne wspomnienia z dzieciństwa. Ojciec był dla mnie wzorem mężczyzny, męża i ojca. Całe życie starałem się go naśladować w tych rolach - podkreśla Henryk Maliszewski.
Anna Wasak

 

Ucieczka z Katynia

Tygodnik "Wprost", Nr 1168 (24 kwietnia 2005)

Zbiegowie z Katynia wiedzieli, że wyznanie prawdy o wymknięciu się z rąk oprawców oznaczało wyrok śmierci

Dariusz Baliszewski
Historyk, publicysta, autor programu "Rewizja nadzwyczajna"

Nie ma takiego miejsca na świecie, takiego więzienia, obozu czy łagru, skąd by ludzie nie uciekali. Uciekali z Pawiaka, uciekali z Oświęcimia. Historycy mogą przytoczyć setki przykładów. A jednak ci sami historycy nie potrafią przytoczyć przykładu choćby jednej ucieczki z Katynia. Choć od ponad 60 lat uporczywie poszukuje się bezpośrednich świadków zbrodni, nigdy przed trybunałem świata szukającego sprawiedliwości nie stanął człowiek, który zdołał uciec z Katynia. Pytaniem pozostaje, czy takiego człowieka nie było?

Bez szans
Ucieczka była bardzo mało prawdopodobna. Oprawcy uczynili wszystko, by taki wypadek nie mógł się zdarzyć. Transporty z Kozielska na stację Gniezdowo przychodziły tylko za dnia. Jeżeli któryś z transportów polskich oficerów nie został rozładowany w ciągu dnia, pociąg odprawiano na bocznicę pod Smoleńskiem, by w lesie ciemności nocy nie stanowiły pokusy dla uciekinierów. Drogę ze stacyjki Gniezdowo na miejsce egzekucji przebywano "czornymi woronami", autobusami dostosowanymi do przewozu więźniów, bez możliwości porozumiewania się. Podobnie dwa takie same autobusy przewoziły skazanych na miejsce stracenia z "daczy" NKWD już po ostatniej rewizji. Badacze zbrodni, którzy rekonstruowali ową drogę śmierci, ustalili, że na miejsce egzekucji transportowano ludzi już skrępowanych. Często z żołnierskim płaszczem zarzuconym na głowę i pętlą sznura wokół szyi. Zabijano tzw. strzałem katyńskim w potylicę. Grupa oprawców liczyła trzy osoby: zabójcę i dwóch enkawudzistów trzymających pod ręce skrępowanego oficera. Taka technologia egzekucji zdawała się wykluczać możliwość oporu i ucieczki.
Ustalono jednak, że wiele ciał nosi ślady ciosów bagnetów, jak gdyby jednak nad dołami śmierci oficerowie stawiali opór lub walczyli. Jak się okazało podczas prac ekshumacyjnych, wiele ciał nosiło ślady po kilku pociskach. Jeśli więc nie wszystko przebiegało zgodnie ze zbrodniczym sowieckim scenariuszem, to czy można wykluczyć, że komuś udało się przeżyć? Z tragicznej egzekucji w Wawrze w grudniu 1939 r., w której Niemcy rozstrzelali 107 osób, po kilku godzinach spod zwałów ciał wyczołgały się dwie - a według niektórych źródeł - trzy osoby. Czy więc z egzekucji katyńskich 4404 jeńców Kozielska - choćby zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa - nie mogło ocaleć kilku ludzi? Żaden historyk nie potrafi tej tezie zaprzeczyć.

Historia ocalałego
W 1974 r. w Chicago ukazała się nie przetłumaczona na język polski książka Eugenjusza Andreia Komorowskiego (spisana przez Josepha L. Gilmore`a) "Night never ending" (Noc, która się nie kończy). Opowiada historię polskiego oficera, rotmistrza w stanie spoczynku Eugeniusza Komorowskiego, postaci historycznej ujętej w rocznikach oficerskich.
W 1920 r. był on dowódcą szwadronu w 4. Pułku Strzelców Konnych. W 1939 r., już w stanie spoczynku według dokumentów katyńskich, był związany z 10. Pułkiem Strzelców Konnych. W skrócie historia jego ucieczki przedstawia się następująco. 28 kwietnia 1940 r. znalazł się w transporcie 161 osób z Kozielska. Wskutek deszczów droga z obozu na stację kolejową okazała się nieprzejezdna i kolumna Polaków pokonywała ją pieszo. Gdy jeden z oficerów odmówił dalszego marszu, powstało zamieszanie, a sowiecka eskorta zaczęła strzelać. Komorowski, ranny, stracił przytomność. Odzyskał ją dopiero w wagonie kolejowym, leżąc wśród nieżywych kolegów. Uznany przez Rosjan za zabitego, przez szpary wagonu śledził odjazdy autobusów wiozących Polaków na śmierć. Potem został załadowany na ciężarówkę wraz z innymi ciałami. Spod przymkniętych powiek obserwował ogromną zbiorową mogiłę wypełnioną ciałami kolegów. Widział kolejne egzekucje. Prowadzono ich po sześciu, z rękami związanymi do tyłu i z płaszczami naciągniętymi na głowy. Strzelało tylko dwóch enkawudzistów. Po wszystkim Komorowski został zrzucony do dołu.
Zanim po kilku godzinach wyczołgał się do lasu, wcisnął swój portfel między zabitych. Miał niewładną rękę i ranę w biodrze. A jednak zdołał po tygodniach tułaczki dotrzeć do Grodna, a po wielu miesiącach znalazł się w Rumunii, a potem we Francji i Szwajcarii. Miał wówczas 44 lata. Zmienił nazwisko, by zatrzeć wszelkie ślady po tym, co wiedział.

Wielka mistyfikacja?
Historycy zakwestionowali tę relację. Doszukali się w niej dziesiątek nieścisłości i błędów. Dzisiaj już wiemy, że transport z Kozielska, w którym wywieziono na śmierć rotmistrza Eugeniusza Komorowskiego, wyruszył nie 28 kwietnia, ale 16 kwietnia. Liczył nie 161, ale 97 oficerów. Błędów jest wiele, zastanawia jedno. Dlaczego, jeśli przyjąć, że mamy do czynienia z mistyfikacją, człowiek, który się jej dopuścił, podpisał się nazwiskiem oficera, którego ciało zostało w Katyniu zidentyfikowane. O ileż prostsze byłoby posłużyć się jednym z wieluset nazwisk tych, których nie zidentyfikowano. Taką relację byłoby znacznie trudniej zweryfikować i odrzucić. Chyba że, co trudno wykluczyć, autor z pełną świadomością podpisał się cudzym nazwiskiem, by od swego prawdziwego oddalić wszelkie podejrzenia.

Dariusz Baliszewski

 

Świadek specjalnego znaczenia

 

 

Katyń: nowe poszlaki

 

 

 

Niemcy nadawali rozgłos zbrodni katyńskiej, przywożąc na jej miejsce świadków o głośnych nazwiskach – m.in. byłego premiera Polski Leona Kozłowskiego. Fragmenty jego relacji, które dotarły do autora tego artykułu przez łańcuch pośredników, mogą rzucić na sprawę katyńską nowe światło.

 MACIEJ KOZŁOWSKI

 

Podana przez Niemców w kwietniu 1943 r. informacja o odkryciu grobów katyńskich wywołała w świecie szok i spowodowała daleko idące reperkusje polityczne, których skutki trwają do dziś. Propaganda niemiecka nadała sprawie wielki rozgłos. Cele tej akcji były oczywiste. Chodziło o odwrócenie uwagi od własnych zbrodni, przede wszystkim ostatecznej zagłady europejskich Żydów, o czym informacje coraz częściej docierały do światowej opinii publicznej. Niemcy mieli też nadzieję, że dzięki ujawnieniu zbrodni katyńskiej uda się, jeśli nie rozbić, to przynajmniej osłabić koalicję mocarstw zachodnich i Rosji Sowieckiej. Ponieważ rzecz dotyczyła oficerów polskich, w sposób oczywisty uwaga skupiła się na Polsce.

 

Teczka premiera

 

Leon Kozłowski to postać tragiczna.

 

Wybitny uczony i polityk zakończył życie w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach w Berlinie, w maju 1944 r. Znalazł się tam, gdy zwolniony z sowieckich więzień przekroczył linię frontu i oddał się w ręce Niemców.

 

Odszedł w niesławie. Ciążył na nim wyrok śmierci wydany w Buzułuku przez sąd polowy armii polskiej w ZSRR. Wyrok wydany został formalnie za dezercję – choć faktu jego przynależności do wojska nikt nie udowodnił. Szło jednak o coś innego.

 

W „Polskim Londynie” podejrzewano, że Leon Kozłowski prowadził jakieś rozmowy z Niemcami na temat utworzenia polskiego „quislingowskiego rządu”. I stąd też określenia „polski Quisling” czy „kandydat na polskiego Quislinga”, które przylgnęły do postaci tego pod wieloma względami niezwykłego człowieka.

 

Jako jedyny wśród polskich premierów czasów międzywojnia nie doczekał się szerszej biografii, a powtarzane na jego temat opowieści opierały się wciąż na tej samej, nad wyraz wątłej, bazie źródłowej.

 

Postać Leona Kozłowskiego fascynowała mnie od dawna. Nie tylko z uwagi na pokrewieństwo. Leon Kozłowski był starszym bratem mego ojca. Człowiek, którego w przeciągu niespełna pół roku dwukrotnie skazywano na śmierć, który w 1941 r. zdecydował się na niezwykłą ponadtysiąckilometrową podróż przez ogarnięty wojenną paniką Związek Radziecki i samodzielnie przekroczył linię frontu, musiał być kimś nietuzinkowym.

 

Rozpocząłem kwerendę w archiwach. Poszukiwania wiodły mnie od Berlina, poprzez Londyn, do Moskwy. Korzystałem też obficie z tego wszystkiego, co zachowało się w archiwach polskich. Poszukiwania przyniosły plon niezwykły. Okazało się, że istnieje wiele świadectw i dokumentów stawiających „sprawę Leona Kozłowskiego” w zupełnie nowym świetle. Dzięki odnalezionym dokumentom na wiele pytań udało się znaleźć nową odpowiedź, wiele jednak kwestii nadal pozostaje niewyjaśnionych. Takich właśnie, jak przytoczona tu historia pobytu Leona Kozłowskiego w Katyniu.

 

W archiwach Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej uzyskałem dostęp do teczki Leona Kozłowskiego. Jednak zgromadzone tam dokumenty dotyczą jedynie pobytu Leona Kozłowskiego w sowieckich więzieniach. O pobycie Leona Kozłowskiego w Berlinie ani o jego podróży do Katynia nie ma ani słowa.

 

Czy jakiekolwiek materiały, już to niemieckie, już to sowieckie, na ten temat istnieją, możemy się tylko domyślać. Jednak każdy ślad, nawet tak wątły jak ten, o którym tu mowa, wart jest odnotowania, by prawda o jednej z największych zbrodni ubiegłego stulecia była pełniejsza.

 

MACIEJ KOZŁOWSKI

 

Niemiecka akcja propagandowa przygotowana została bardzo starannie. Już w pierwszych dniach kwietnia kilkunastu osobistościom polskim z terenów Generalnej Guberni przedstawiono relacje o odkryciu grobów, a wkrótce potem zorganizowano wyjazd polskiej delegacji do Smoleńska. W grupie tej byli: przedstawiciel Rady Głównej Opiekuńczej Edward Seyfert, znany pisarz Ferdynand Goetel, dr Tadeusz Pragłowski z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie, robotnik z fabryki Zieleniewskiego Kazimierz Prochownik i inni.

 

Ponieważ Międzynarodowy Czerwony Krzyż po sprzeciwie Sowietów, wyrażonym poprzez zerwanie stosunków z Polską, nie zdecydował się na powołanie komisji ekspertów, która sprawę katyńską bezstronnie mogłaby zbadać, Niemcy musieli zlecić przebadanie masowych grobów własnym ekspertom. Użyli też do tego celu specjalistów polskich z Polskiego Czerwonego Krzyża. 17 kwietnia wyjechała do Katynia dziewięcioosobowa tak zwana Komisja Techniczna PCK, na czele której stanął znany specjalista medycyny sądowej z Krakowa dr Marian Wodziński. Jednocześnie w Katyniu pracował trzyosobowy niemiecki zespół badawczy profesora medycyny sądowej z Wrocławia Gerharda Buhtza, którego profesor Sengelewicz określił w rozmowie z Józefem Mackiewiczem jako człowieka uczciwego, który nigdy nie podpisałby się pod fałszywą ekspertyzą. 30 kwietnia gościła w Katyniu międzynarodowa komisja lekarska; w jej składzie, obok specjalistów z krajów współpracujących z III Rzeszą, był także niezależny ekspert z Genewy dr François Naville.

Wojna propagandowa

Wszystkie trzy komisje niezależnie od siebie sporządziły raporty, z których jednoznacznie wynikało, kto za zbrodnię ponosił odpowiedzialność. Jednak wobec kategorycznych zaprzeczeń władz sowieckich, a także poważnych wątpliwości, czy wiarygodne są ustalenia dokonane pod pełną kontrolą władz niemieckich, słynących wszak z kłamliwej propagandy, sprawa budziła wśród zachodnich aliantów liczne kontrowersje.

Ponieważ Sowieci po ogłoszeniu przez Niemców komunikatu o odkryciu grobów natychmiast wyparli się jakiegokolwiek związku z tą zbrodnią i odpowiedzialnością za nią obarczyli Niemców, rozpoczęła się propagandowa wojna, w której ważne były osobiste świadectwa możliwie wysoko postawionych autorytetów.

Niemcom zależało zatem przede wszystkim na świadectwie osób, których głos ważyłby w opinii publicznej krajów sprzymierzonych. Dlatego zwozili do Katynia alianckich jeńców, wśród nich polskich.

Drugim frontem propagandowym, na którym wygrywano sprawę katyńską, była polska opinia publiczna. W prasie gadzinowej niemal codziennie publikowano artykuły dotyczące tej zbrodni. Ogłaszano listy zidentyfikowanych ofiar. Do lasku katyńskiego przywożono polskich dziennikarzy. Władysław Kawecki z „Gońca Krakowskiego” przebywał tam przez cały tydzień. Z delegacją polskich robotników z Wilna przyjechał Józef Mackiewicz.

Przywożeni do Katynia Polacy byli w szczególnie niezręcznej sytuacji. To, co mieli okazję zobaczyć, było przerażające i wstrząsające. Wszystkie możliwe poszlaki nie pozostawiały wątpliwości co do sprawców zbrodni. Z drugiej strony nie chcieli być narzędziami niemieckiej propagandy. Stąd też najczęściej odmawiali publicznych komentarzy bądź też starali się być, jak tylko można, lakoniczni. Podpułkownik Stefan Mossor, którego przywieziono do Katynia wraz z grupą polskich oficerów z niemieckich obozów jenieckich, pisał: „Sam fakt zastrzelenia tysięcy oficerów polskich na wiosnę 1940 r. w tym lesie nie ulega wątpliwości. Próbowano nas użyć do propagandy radiowo-prasowej i filmowej, czemu się kategorycznie sprzeciwiłem. Zgodziłem się jedynie na podanie naszych spostrzeżeń do bezpośredniej wiadomości polskim oficerom-jeńcom”.

Publiczne komentarze były jednak bardzo potrzebne Niemcom w toczącej się wojnie propagandowej. I tak zapewne narodził się pomysł przywiezienia do Katynia Leona Kozłowskiego, który od listopada 1941 r. przebywał w Berlinie, internowany tam po przejściu frontu niemiecko-sowieckiego.

Wizyty tej, co ciekawe, nie odnotował w swej szczegółowej relacji o pracy w Katyniu dr Marian Wodziński. Najwyraźniej pobyt byłego polskiego premiera władze niemieckie ukryły przed pracującymi w lesie katyńskim Polakami.

Także Leon Kozłowski nie spełnił zapewne wszystkich oczekiwań niemieckich, gdyż wzmianki o jego pobycie w Katyniu są w gadzinowej prasie nad wyraz lakoniczne. Dwuzdaniowa notka zamieszczona we wszystkich pismach w GG informuje jedynie bezosobowo, że „były premier polski Leon Kozłowski przebywał w ostatnich dniach w Katyniu i był wstrząśnięty widokiem tysięcy niewinnych ofiar stanowiących kwiat polskiej inteligencji”. Wiemy jednak, że udzielił on wypowiedzi dla niemieckiego radia.

Niemcy wiedzieli?

W związku z pobytem Leona Kozłowskiego pojawia się jednakowoż pewien całkowicie nowy sensacyjny wątek. Opiera się on na dość wątłej podstawie źródłowej, jednak pominąć go nie sposób, gdyby bowiem udało się go dowieść, stawiałby on zbrodnię katyńską w zupełnie nowym świetle. Kluczowym świadkiem w tej sprawie jest nieżyjący już profesor geologii Józef Zwierzycki.

Była to nadzwyczaj barwna postać. Zaraz po studiach geologicznych jako młody człowiek wyjechał do ówczesnych Indii Holenderskich – dzisiejszej Indonezji – gdzie po odkryciu złóż ropy naftowej doszedł do stanowiska naczelnego geologa tej holenderskiej kolonii. Tuż przed wojną powrócił do kraju i objął stanowisko zastępcy dyrektora Instytutu Geologicznego. Aresztowany przez Niemców trafił do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, skąd w 1942 r. został wyciągnięty i przeniesiony do Berlina, gdzie umieszczono go w tym samym hotelu, w którym przebywał Leon Kozłowski. Niewątpliwie Niemcy chcieli posłużyć się jego wiedzą w dziedzinie poszukiwań ropy naftowej. Po brawurowej ucieczce z Berlina w końcu 1944 r. do zakończenia wojny ukrywał się w Polsce, po wojnie zaś znalazł się we Wrocławiu, gdzie na tamtejszym uniwersytecie zorganizował wydział geologii.

W czasie pobytu w Berlinie prof. Zwierzycki zaprzyjaźnił się z Leonem Kozłowskim. O swych berlińskich przeżyciach i spotkaniach z Leonem Kozłowskim wiele opowiadał podczas badań terenowych w górach Kaczawskich, które prowadził z czteroosobową grupką studentów w 1948 r.

Był wśród nich dr Leszek Sawicki, który przekazał mi następującą relację:

Pod koniec maja wczesnym rankiem Leon Kozłowski został obudzony i zabrany z domu – bez płaszcza. Okazało się, że przewieziono go na lotnisko i poleciał do Smoleńska.

Po powrocie z Katynia Leon Kozłowski miał opowiedzieć swemu przyjacielowi, że przebywając na miejscu zbrodni, dzięki znakomitej znajomości rosyjskiego, miał okazję wdać się w rozmowy z miejscowymi chłopami. Opowiedzieli mu oni, że w czasie, gdy do Lasku Katyńskiego przywożono polskich jeńców wojennych i tam ich zabijano strzałem w tył głowy – jak wiemy to dziś: działo się to pomiędzy 3 a 15 kwietnia 1940 r. – w położonej nieopodal miejsca zbrodni, a należącej do NKWD willi przebywali jacyś oficerowie niemieccy. Wiadomości tej, jak dotychczas, nie udało się potwierdzić z żadnego innego źródła.

Jednak informacji tej nie można – mimo że pochodzi z trzecich ust – całkowicie odrzucić. Zarówno Niemcy jak i Sowieci włożyli bardzo wiele wysiłku w kamuflowanie i – mówiąc językiem prawniczym – w mataczenie wokół sprawy Katynia. Ponieważ zarówno w czasie trwania wojny jak i później rzecz miała ogromne znaczenie polityczne, świadkom bez ceregieli zamykano usta.

Dla Niemców, rzecz oczywista, wydostanie się na zewnątrz informacji, że o zbrodni swych dawnych sojuszników wiedzieli jeszcze przed wybuchem wojny z ZSRR, byłoby czymś nad wyraz kompromitującym. Taka informacja w ogromnej mierze zniwelowałaby całkowicie efekt propagandowy, który dzięki ujawnieniu zbrodni chcieli uzyskać. Wiadomo, że sprawą właściwego naświetlenia propagandowego sowieckiej zbrodni osobiście zainteresowany był Hitler.

Dla władz sowieckich – konsekwentnie przez kilkadziesiąt lat utrzymujących, że zbrodni tej dokonali Niemcy – jakiekolwiek ujawnienie współpracy ze swym dawnym sojusznikiem byłoby także nad wyraz niewygodne.

Leon Kozłowski przebywał w Katyniu w maju 1943 r., gdy sprawa nabierała dopiero propagandowej i politycznej wagi. Nie można więc a priori wykluczyć, że rozmawiał z kimś, z kim później nikt okazji rozmawiać już nie miał.

Wspólna akcja?

O tym, że zbrodnia katyńska mogła być wynikiem wspólnych uzgodnień między oboma okupującymi Polskę sojusznikami, świadczą też inne poszlaki.

Jesienią 1990 r. w rosyjskim tygodniku „Nowoje Wremia” ukazał się artykuł Sergieja Kuratowa i Aleksandra Poliakowa, którzy przedstawili hipotezę, że mord dokonany na polskich oficerach wiosną 1940 r. był z góry zaplanowaną i skoordynowaną wspólną akcją gestapo i NKWD. Uzgodnienia zapaść miały na naradzie, która w pierwszych dniach marca 1940 r. odbyła się w Krakowie i Zakopanem. (O naradzie tej i wspólnych uzgodnieniach, dotyczących działań przeciw polskiemu ruchowi oporu, pisze też Norman Davies w swej pracy o Powstaniu Warszawskim).

O „konferencjach metodycznych”, organizowanych pomiędzy władzami niemieckimi i sowieckimi, wiemy też z badań Sławomira Dębskiego, autora obszernej monografii „Między Berlinem a Moskwą. Stosunki niemiecko-sowieckie 1939–1941”. Podaje on nawet pewne szczegóły tych spotkań, jednak w konkluzji stwierdza, że jak dotychczas nie znaleziono przekonujących dowodów na powiązanie tych konferencji ze sprawą Katynia.

Wiadomo jednak, że zaraz po jednym z tych spotkań Niemcy rozpoczęli akcję, którą nazwali Ausserordentliche Befriedungsaktion, w skrócie AB, wymierzoną przeciw polskim elitom i inteligencji. W jej wyniku stracono w podwarszawskich Palmirach wcześniej aresztowanych działaczy politycznych i społecznych, wśród nich wieloletniego marszałka Sejmu Macieja Rataja, redaktora „Robotnika” Mieczysława Niedziałkowskiego, a także słynnego biegacza, mistrza olimpijskiego Janusza Kusocińskiego. W sumie, podczas akcji AB trwającej od kwietnia do czerwca 1940 r., zamordowano około 3500 osób, a aresztowano – jak w meldunku do Londynu informował generał Grot Rowecki – ponad 30 tys.
Część z nich rozstrzelano, część wysłano do obozów koncentracyjnych.

 

Podobieństwo tej akcji do zbrodni katyńskiej jest uderzające. I nie chodzi tu tylko o zbieżność czasową. Decyzja o zamordowaniu polskich jeńców wojennych zapadła 5 marca, a zbrodni dokonano w ciągu dwóch pierwszych tygodni kwietnia.

I w jednym, i w drugim przypadku chodziło o starannie wyselekcjonowaną grupę potencjalnych przywódców. Decyzje zapadały w trybie administracyjnym bez jakichkolwiek pozorów śledztwa czy procesu. Zdumiewa także skala obu zbrodni i pośpiech, w jakim ich dokonano.

To, że pomiędzy NKWD a władzami bezpieczeństwa Rzeszy istniała od jesieni 1939 r. do czerwca 1941 r. bliska współpraca, wiadomo z wielu źródeł. Już 28 września 1939 r. zawarty został niemiecko-sowiecki układ „O wspólnych działaniach przeciw polskim agitatorom”. Obok spotkania krakowskiego, o którym piszą Kuratow i Poliakow, odbywały się także inne spotkania między służbami bezpieczeństwa obu reżimów. Wiadomo o takich spotkaniach w Zakopanem i w Krynicy. Z jednego z nich, zimą 1940 r. w Zakopanem, zachowały się nawet fotografie. Kolejna poszlaka to fakt, że wziętych do niewoli polskich szeregowych Sowieci przekazali Niemcom. Wydaje się nieprawdopodobne, by władze niemieckie nie wiedziały o losie kilkunastu tysięcy polskich oficerów.

Wreszcie sprawa, nad którą łamią sobie głowy wszyscy zajmujący się Katyniem. O grobach katyńskich wiedziano już jesienią 1942 r. Ciała odkopali polscy robotnicy z organizacji Todta. Dlaczego Niemcy zwlekali niemal pół roku z ogłoszeniem tej wiadomości i stało się to dopiero w sytuacji, gdy było jasne, że okolice Smoleńska znów przejdą w ręce sowieckie? Czy ta powściągliwość nie brała się stąd, że o zbrodni doskonale wiedziano i dlatego starano się ją ukryć?

Wszystko to – rzecz jasna – jedynie spekulacje oparte na bardzo wątłej bazie źródłowej. Faktem jest, że jak dotychczas nikt nie podjął w tym zakresie szerszych badań. Jeśliby jednak okazało się, że istotnie zbrodnia katyńska dokonana została nie tylko przy aprobacie, ale także za wiedzą władz hitlerowskich Niemiec, i że o fakcie tym przypadkowo dowiedział się Leon Kozłowski, mogłoby to rzucić zupełnie nowe światło na jego dalsze losy.

Autor, historyk i dyplomata, wkrótce w wydawnictwie Znak opublikuje książkę o Leonie Kozłowskim.

 

 

Web7Katyn cd English . POLISH History

May 1, 1996

KATYN

The short history of the Katyn Massacre reproduced here was posted on Internet 'soc.culture.polish' by KonradX@msn.com on April 25, 1996.

"IN MEMORY OF THE KATYN MASSACRE

25,700 Polish officers, Polish citizens, Polish prisoners of II World War were murdered in the early spring of 1940 in one operation. A single shot to the back of the head on orders from the Soviet government. In Katyn Forest died 15,000 Polish officers. The other 10,000 were executed in various undisclosed places throughout Russia. The exact number of Polish deaths is not known. Anyone who might be able to attain leadership and become the future opposition against the Soviets was immediately dispatched.

World War II broke out September 1, 1939. The Germans marched into Gdansk (Danzig) and Gliwice (Gliwitz). Before they got to Poland, on September 17 the Soviets already attacked from the other side and took all of the eastern part of Poland with Vilnuis (Wilno) and Lvov (Lwow). This attack was the result of the Ribbentrop-Molotov secret pact between the Germans and the Soviets. It was dissolved by Hitler's attack on Russia on June 21, 1941.

After the German invasion on Russia, the Nazis discovered the aftermath of the Katyn Massacre. Upon the Germans telling the world of this, the Russians tried to blame the Germans. But the bodies that were found in Katyn had been decomposing for months. Evidence such as paperwork found on the dead bodies as well as the condition of the corpses, whose hands were tied together with barbed wire, pointed to the fact that they were killed in April 1940 - one year before the Germans controlled any of those areas.

50 years passed before the Russians admitted responsibility of this attrocity, which was deliberate and intentional mass genocide.

March 5, 1940 Beria Laurenti prepared A DOCUMENT OF GENOCIDE for the Central Committee of the Politburo USSR. It was signed and Approved by: Joseph Stalin, Vyacheslav Molotov, Kliment Voroshilov, Anastas Mikoyan, Lazar Kaganovich, M. T. Kalinin.

The victims' crime: Being Polish and therefore enemies of the State. The Sentence: Death by firing squad.

Oct. 11, 1951 - Dec. 1952 a select committee of the 82nd U.S. Congress investigated the Katyn massacre. The facts, evidence, and circumstances of the massacre were forwarded to United Nations.

April 13, 1996 - International Katyn Day - NO ONE WAS EVER HELD ACCOUNTABLE.

Houston, Texas - April 13, 1996"

End of article.

NOTE a): For information on Katyn: Reprinting of House Report No. 2505, 82nd Congress Concerning the Katyn Forest Massacre; Katyn, the Untold Story of Stalin's Polish Massacre (1991) by Allen Paul; Katyn, a Whisper in the Trees (1991) by Anthony A. J. Jakubowski; Jews in Poland (1993) by Iwo Cyprian Pogonowski (see index); (see bibliographies for further info)

NOTE b): Lazar M. Kaganovich was one of Stalin's Jewish henchmen.

Ref. Los Angeles Times, July 27, 1991: "The mustachioed, Ukrainian-born Jew was the last of Stalin's "faithful comrades-in-arms" - the inner Kremlin circle that included Vyacheslav Molotov, Lavrenti Beria and Georgy Malenkov - who helped create Stalin's brand of totalitarianism. ... Kaganovich, who joined the Bolshevik Party when he was 18, played a "sinister role" in the years of Stalin's terror, according to Soviet historian Roy Medvedev. ... As early as 1932, Kaganovich helped wage a ruthless terror in the northern Caucasus that resulted in the deportation en masse of the inhabitants of large Cossack villages. As first secretary of Moscow's Communist Party organization in 1930-35, he was responsible for the construction of the capital's subway and the eradication of many historical monuments and churches. ... He was head of the Communist Party's agricultural section for a time and thus personally involved in the liquidation of the private holdings of the Soviet peasantry, a long and violent operation that led to millions of deaths and badly damaged the country's ability to feed itself."

Ref. B'nai B'rith Messenger, May 21, 1993 by Si Frumkin: "I also doubt that many Jews know about the Ukrainian genocide of 1932-1933, during which close to 9 million men, women and children were starved to death by Stalin and his fellow-thugs who at the same time enforced collectivization on Russian peasants, Kazakhstan nomads, and committed other atrocities that resulted in the deaths of between 25 and 60 million innocents. ..."

NOTE c): The participation of NKVD Jews in the murder of the Polish officers was made public in an Israeli paper Ma'ariv, July 21, 1971: "Among the security service [NKVD] people in Starobielsk was a major and his name was Yehoshua Sorokin ... During his service in the camp, this Soviet Jew, the commander, became friends with Vidro [also Jewish] the prisoner. ... It happened that Major Sorokin was part of the staff in the third transport, the last one, of the Poles from Starobielsk, as the supply manager. ... On the way, when both of them were alone and talking Yiddish with each other, Major Sorokin opened his heart to his friend. It seemed as if he suffered spasm- attacks and could not control his rapid talk. ... Then told Sorokin to Vidro that the Polish officers "went", were shot, somewhere in Smolensk forests. Major Sorokin said: "What my eyes saw - the world will not believe." ... " "In February 1941 Vidro was transferred from Starobielsk to the Talitza camp, in the province of Sabradlobask which is in the Urals. ... After a year he was assigned to be the camp's "commander", (a position that was given to a prisoner) and was responsible for interior arrangements, including receiving new prisoners. Also, here he happened to hear a certain testimony relating to the Katyn affair. In 1942, a transport of 50 prisoners arrived at Talitza, among them two who displayed bizarre behaviour: Senior Lieutenant Alexander Soslov, and Junior Lieutenant Symon Tichonov. It immediately was clarified that their "papers" did not indicate, as ordinarily, the accusation and verdict, but rather the letters "N.N." were written, that their meaning was probably known just to "Kabbalists" [i. e. Jews] from the camp's government. The odd impression of Soslov and Tichonov soon was reinforced in a "subtle hint" by the camp's director to Vidro (the "commander"), not to send them to work in the forest, but rather to find an arrangement for them within the camp, because they are "not so alright". Indeed, it turned out, that the two had suffered from nervous breakdown. Vidro recalls that Soslov cried often. And once it had occurred that officer-prisoner approached Vidro and said: "I want to recount you my life. Me and Tichnov, are the most miserable people on earth. Only to you, because you are a Jew, we will tell everything. Nothing will matter to us ... I killed the Pollacks with my own hands. I myself shot them."

Vidro tried to interrogate Soslov, by telling him: "You are lying." But Soslov, in a choking voice and hysterical, insisted and continued to tell: "Among the Russian soldiers that executed the killing, there were not a few that could not take it - they threw themselves into a grave and committed suicide. Other collaborators in the operation were spread over a short while to different places." End of quoted excerpts.

In March of 1940, an NKVD mission came to Krakow to work out with the Gestapo the methods they were jointly to adopt against Polish military organizations. The Polish underground and Home Army was occupied Europe's largest and most effective resistance by far - but only in the German sphere and not in Soviet- occupied Poland. In 1939, having joined and/or worked for the NKVD, Jews in eastern Poland helped in the capture and deportation to the Soviet Union of 1.5 - 1.7 million Poles. When Germany occupied that part of Poland, Jewish bands armed by the Soviets were killing Polish anti-communist partisans.

(Many Jews were also killed by the Soviet partisans, communist and anti- communist, or not accepted by other Jews. Ref. A Partisan's Memoir (1955) by Faye Schulman (Faya Lazebnik), page 104: "A general in the Soviet Army, Vlasow had been taken prisoner by the Germans in the summer of 1942. He had persuaded them to establish an "army" recruited from among Soviet prisoners of war. This "army" was organized to fight on the side of the Nazis, overthrow the communist regime in the Soviet Union, and establish a pro-Nazi Russian state. Vlasov's army was used for operations against the partisans and took part in anti-Jewish actions. ... Hundreds of Jews were killed by our own Soviet partisans. In 1941 the partisan movement was struggling. ... [T]he commander of the Pinsk partisan units issued an order to kill every stranger in the woods who was not attached to a partisan group. Unaffiliated strangers were immediately shot. Most were Jews who had escaped from ghettos or camps and were hiding in the woods. ... Hundreds were killed before the commander realized his error; he was targeting innocent Jews and not Nazi spies. By the time he called off the order, it was too late for too many. ... "Most of the Jewish partisans were dismissed, [said a Jewish boy] sent away from the units into Nazi jaws because they did not have rifles." The order had been given by partisan headquarters." End of quote.)

After the Soviets re-occupied ("liberated" from the Germans) eastern Poland, many Jews who survived the Nazis, often by being hidden, fed or otherwise helped by the Poles, denounced them to the communists for imprisonment, torture and/or death. Together with the Soviets they hunted down Polish anti- communist partisans.

After the rest of Poland was "liberated", Jewish communists, having spent the war in the shelter of the Soviet Union, established a reign of terror in Poland killing thousands of anti-communist Poles, including those who returned to Poland after fighting the Nazis with the Western allies.

Where are those communist Jews and the collaborators in the Katyn Massacre now ? Some have died of old age, some are in Israel, some in the United States as "survivors", some as professors in U. S. universities, - most, in order to mask their foul deeds, cry "Polish anti-Semitism !"

cs: Interested parties

Dana I. Alvi

 

 

 

 

KATYŃ 2

Wspomnienia naocznych świadków – fragment 2

W Drawsku Pomorskim trafiamy na Jerzego Stankowsiego. Opuścił on Warszawę po upadku  Powstania Warszawskiego. Długo leczył powstańcze rany i szukał swojego miejsca w życiu. W 1947 roku przyjechał do Drawska Pomorskiego i nikomu się nie przyznał że  był i pozostaje oficerem AK. Kilka razy na ulicach Drawska otarł się o Stolzmana.  Stolzman po Drawsku chodził po cywilnemu , zawsze w asyście drugiej osoby- wspomina Jerzy Stankowski. Jako oficer Armii Krajowej – wiedziałem kim on jest – ale trzymałem się  jak  najdalej. Stolzman miał siatkę agentów wśród miejscowej ludności, zwłaszcza narodowości ukraińskiej. Gorliwie służyli mu miejscowi Ubecy. Pamiętam jedno zdarzenie, chyba w roku 1948 , którego byłem przypadkowym świadkiem.  Pod urząd Bezpieczeństwa w  Drawsku podjechały dwie czarne limuzyny, z których wysiedli wysocy rangą oficerowie radzieccy. Po pewnym czasie z Urzędu Bezpieczeństwa wyszedł w ich towarzystwie Izaak Stolzman. Nie było go widać kilka tygodni .Po tym znów wrócił i można go było spotkać  na ulicy. Nie jestem tego pewien ale on chyba w Drawsku nie mieszkał, a o ile tak , to chyba w strzeżonym budynku bezpieki. Jerzy Stankowski zapamiętał Stolzmana w wieku 35- 40 lat, średniego wzrostu , dobrze zbudowanego. Miał z przodu łysinę tzw. „wysokie czoło”.  Jego cechą charakterystyczną był ostry, szpiczasty nos, układający się w liniach równoległych   z czołem.  Słabo mówił po polsku. Często w prawej kieszeni trzymł chyba „  Trybunę Ludu”.  Trzymał ją też na ulicy w lewej dłoni. W kontaktach z Polakami był butny, arogancki i pewny siebie.  W pobliżu niego zawsze się kręciło dwóch tajniaków. Jerzy Stankowski jest przekonany że i do dziś poznałby Stolzmana na ulicy. Do złudzenia przypomina dzisiejszego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z  lat rochę wcześniejszych.  Nawet ich sposób wsiadania i wysiadania z samochodu jest  podobny. Znane mi są sprawy mówiące że Stolzman jest ojcem Aleksandra Kwaśniewskiego.- mówi Jerzy Stankowski. Zresztą całe Drawsko i okolice  mówią że „naszym” prezydentem jest sobowtór  Stolzmana- NKWDzisty. Uważam i jestem tego przekonany  żę Izaak Stolzman  jako półkownik i zwierzchnik  UB  na tym terenie , człowiek o nieograniczonej władzy  w latach 1945- 1956 ,wszedł w posiadanie  dyplomu Akademii Medycznej i nim się posługiwał w  czasie zamieszkania w Białogardzie.  Fakt ten można udowodnić genetycznie, gdyż Aleksander Kwaśniewski  na jednym z zebrań przedwyborzczych  twierdził , ze jest magistrem ekonomii i , że ukończył  Wydział Ekonomii na Uniwersytecie w Gdańsku.  Jabłko niedaleko pada od jabłoni a wym przypadku syn od ojca – mordercy również. Krążą też pogłoski , że lekarz o nazwisku Zdzisław Kwaśniewski zginął z rąk NKWD , a jego dyplom  mógł wpaść w ręce tego oprawcy. W tym czasie zmiana nazwiska  dla Żyda   na stanowisku tak wysoko postawionym nie stanowiła żadnego problemu. Wystawienie dyplomu ukończenia uczelni pod grożbą utraty życia również nie stanowiła problemu. Dodam że nigdy nie widziałem na oczy doktora Zdzisława Kwaśniewskiego z Białogardu. Wiem jednak że Zdzisław Kwaśniewski już jako lekarz mieszkał w Białogardzie i robił pieniądze. Dla Zdzisława Kwaśniewskiego vel Stolzmana Bogiem były pieniądze- mamona obojętnie w jaki sposób zdobyta. Władysława Zaręba człe życie przepracowała w Drawsku Pomorskim. Pracę rozpoczęła w roku 1946 i wielokrotnie mieła osobiste kontakty z oficerami Armii  Radzieckiej w tym również z oficerami NKWD.Nie wie jednak czy wśród nich był Izak Stolzman, ale to nazwisko nie jest jej obce. Mówi-moim sąsiadem  w Drawsku był  Jan Prejzner, który  pracował w NKWD jako kierowca. Czasami jak był  pijany  opowiadał , że  wielokrotnie woził  szefa do Gross Born- obecnego Bornego Solinowa na spotkanie z pułkownikiem NKWD Izaakiem Solzmanem. Spotkania odbywały się w jednym z klubów oficerskich  tuż nad jeziorem. Ja wędkowałem gdy szef pobierał naukę i instrukcje od NKWD. Wiem że mój sąsiad Jab Prejzner często wyjeżdżał nocami. Często wracał podpity i zdenerwowany jakby w alkocholu chciał utopić swoje przeżycia i tajemnice. Jego organizm nie wytrzymał tego nerwowego napięcia. Przeżył wstrząs i zwariował .Długo leczył się w zakładzie psychiatrycznym ale jego choroba się pogłębiała. Pan Janek chodził po Drawsku i opowiadał że jest Bogiem, że jest wszechmocny. Ten człowiek którego też można nazwać ofiarą NKWD i UB już nie żyje. Władysława Zaręba ma już 75 lat, przeżyła pobyt na Syberiii wiele w swoim życiu widziała i słyszała, ale prawdziwy szok przeżyła w fotelu dentystycznym. Bowiem po wyborach wybrała się do miejscowej dentystki. Pani doktor Osiecka  w czasie borowania zagadała panią Władysławę; I co wie pani o tym Stolzmanie co został prezydentem Polski ?Jan Fedorowicz  , mieszkaniec Drawska Pomorskiego,nie ma już z czym chodzić do dentysty, ale jako wieloletni doświadczony myśliwy, wielokrotnie trafił już na trop NKWD Izaaka Stolzmana. Pierwszy  raz o nim usłyszał kiedy to na początku lat pięćdziesiątych zastrzelili miejscowego UB-wca o nazwisku Owczarek. UB-oswiec ten podpadł Stolzmanowi- usłyszał od kolegów myśliwych. Z dawnej Komendy Powiatowej MO. Od tego czasu nie tylko myśliwi ale wszyscy ludzie w Drawsku mówili o tajemniczym pułkowniku NKWD. Mówiono o nim i o zastrzelonym Owczarku, o jego śmierci.  Najdłużej i najgłośniej dyskutowano podczas ostatniego miotu  po zakończonych polowaniach. Im więcej w tym czsie ostatnich miotach było wódki tym opowieści były dłuższe , bardziej szczegułowe i bardziej barwne bowiem wśród myśliwych byli także funkcjonariusze MO i UB. Oni wiedzieli najwięej szczegułów i często w towarzystwie  chcieli zabłysnąć wśród mniej wtajemniczonych. Niektórzy z nich chwalili się że ze Stolzmanem pili bruderszaft.  Wszyscy jednak zgodnie twierdzili że w lasach wokół Bornego  Solinowa jest więcej mogił pomordowanych przez NKWD  niż dzików. Jednak dopiero w roku 1990  na łamach „ Głosu Koszalińskiego” ukazała się tzw. „spowiedż UBowca „. Była to spowiedż byłego  szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Drawsku Pomorskim majora Wacława Nowaka. W spowiedzi tej, Nowak niedługo przed śmiercią , opowiada swój życiorys wspominając , że po raz ostatni spotkał sie z pułkownikiem Izaakiem Stolzmanem  w byłym Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego  w Białogardzie. Wspomina też że spotkał Stolzmana w szpitalu w Białogardzie , jako lekarza. Jan Fedorowicz  w Nowaku rozpoznał jednego z myśliwych  z Drawska Pomorskiego  który nie  tylko polował na dziki i jelenie ale również na żołnierzy i oficerów Armii Krajowej – wraz ze Stolzmanem.  Z innych ulotek Jan Fedorowicz dowiedział się że Stolzman zmienił nazwisko ze Stolzmana na Zdzisława Kwasniewskiego., że jest lekarzem i że wykonuje aborcje. Koniec świata – mówi na końcu – NKWDzista chirurgiem wykonujący aborcje! A tera z anegdota na te okoliczność:   „ Przychodzi do urzędu Żyd Stolzman z wnioskiem o zmianę nazwiska. Na jakie pyta urzędnik. No, na Wacław Jabłoński- odpowiada. Zmiana Nazwiska nastąpiła. Po trzech miesiącach ten sam Żyd składa wniosek o zmiene nazwiska. Przecież pan trzy miesiące temu zmienił nazwisko- odpowiada urzędnik.  No, tak – odpowiada Żyd ale ja teraz chciałbym się nazywać Zdzisław Kwaśniewski. Dlaczego- pyta urzędnik a Żyd  odpowiada –no panie urzędnik – a jak mnie kiedyś zapytają  o poprzednie nazwisko to co mam powiedzieć Stolzman ? O nie , panie urzędnik, odpowiem Wacław Jabłoński, zgodnie zresztą  z prawdą.” Oto żydowskie przebiegłe rozumowanie i zabezpieczające postępowanie. W ten sposób swoje nazwiska zmieniło tysiące Żydów, często złodzieji, przestępców, lichwiarzy, zdrajców i morderców. Oprawców innych narodów.

 Infonurt2 :

 A ludzie mówią że w Polsce jest demokracja –i to rzeczywiście prawda: mordercy na wolności w Izraelu, Szwecji, Anglii, POLSCE  .. ale o tym sza ! nie wolno mówić bo was demokratyczny sąd będzie ścigał..ALLWLUJA ...I DO PRZODU..

 

  Mam subiektywny stosunek do Katynia : oficer rezerwy, Inzynier ..gdybym   zyl w tamtych czasach , bybym przypuszczaalnie jednym z nich..

 BOHDAN SZEWCZYK Ja pochodzę z tej części Narodu Polskiego :

KATYN MEMORIAL WALL
POLAND - WWII

 

NEVER FORGOTTEN - NEVER FORGIVEN

KATYN MEMORIAL WALL

„ • Szczurek Mieczyslaw • Szczybrocha Jozef • Szczygielski Stanislaw • Szczyglowicz Aleksander • Szczypa Edward • Szczypa Wladyslaw • Szczypkowski Jozef • Szczyradlowski Bronislaw Mikolaj • Szczytt-Niemirowicz Kazimierz • Szczytt-Niemirowicz Leonard • Szefer Tadeusz Mieczyslaw • Szefler Stanislaw • Szegynko Tadeusz jerzy • Szejka Jozef Antoni • Szejko Wawrzyniec • Szejner Wilhelm • Szelag Piotr • Szelagowski Teodor • Szelest Stanislaw • Szeluto Jerzy • Szemanski Jan Boleslaw • Szemanski Walenty • Szemborski Jan • Szemla Jozef • Szeniawski Witold • Szenkler Walter Bruno • Szensc Wladyslaw • Szepelski Konrad • Szepet Kleofas • Szepieniec Wladyslaw • Szeps Jozef Jehuda • Szeptycki Andrzej Maria Stanislaw Aleksander • Szeptycki Jan • Szermenta Walenty • Szerski Stanislaw • Szerszeniewicz Michal Jan • Szerszenowicz Henryk • Szerszen Jerzy • Szeszko Jozef • Szewczyk Andrzej • Szewczyk Gustaw Franciszek • Szewczyk Ignacy • Szewczyk Jan • Szewczyk Jozef • Szewczyk Jozef • Szewczyk Konstanty • Szewczyk Michal • Szewczykowski Jan • Szewczynski Kazimierz • Szimala Jozef • Szkiruc Jozef • Szklany Stanislaw • Szklarski Jozef • Szklarzewski Zygmunt Teodor • Szkop Wladyslaw • Szkotnicki Tadeusz Jan • Szkudlapski Jan • Szkup Jan Witold • Szkup Kazimierz • Szkuta Stanislaw Marian • Szkwarek Pawel • Szlachetko Zygmunt • Szlachta Alojzy • Szlagowski Franciszek • Szlakowski Antoni • Szlaminski Filip • Szlaps Alfons • Szlenga Jozef • Szletynski Stefan Marian • Szlezinger Kazimierz Aleksander • Szlezniak Eugeniusz • Szlezak Jozef • Szlezak Marian • Szlapa Roman • Szlapka Stanislaw • Szlemko Sylwester • Szmagaj Antoni • Szmagier Jan  Stanisław “

 

 

Jak wysoki Sąd widzi na tej liscie jest 8  oficerów o nazwisku Szewczyk.  W większości sa to inzynierowie , lekarze  słowem oficerowie rezerwy tak jak ja zaś poniżej jest znowu 10  Polaków o nazwisku Szewczyk którzy otrzymali krzyże Vituti Militari. 

.... jest to fragment uzasadnienia mych zadan o sprawiedliwosc w dziejszej Polsce.