RUDOLF HÖSS

AUTOBIOGRAFIA

MMIII ®


Edycja komputeorwa: www.zrodla.historyczne.prv.pl Mail: historian@z.pl


MOJA DUSZA KSZTAŁTOWANIE SIĘ, ŻYCIE I PRZEŻYCIA

AUTOBIOGRAFIA

Zamierzam spróbować opisać tutaj swoje najbardziej osobiste prze­życia. Chcę spróbować wydobyć ze wspomnień, zgodnie z prawdą, wszystkie istotne wydarzenia, wszystkie wzloty i upadki mego psy­chicznego życia i przeżyć.

Aby przedstawić możliwie pełny obraz całości, muszę sięgnąć do swych najwcześniejszych przeżyć dzieciństwa.

LATA DZIECIŃSTWA (1900—1916)

Do szóstego roku mego życia mieszkaliśmy prawie za miastem. Ba-den-Baden. W dalszym sąsiedztwie naszego domu znajdowały się tylko odosobnione zagrody chłopskie. W tym czasie nie miałem żadnych to­warzyszy zabaw, wszystkie dzieci sąsiadów były o wiele starsze ode mnie. Byłem więc zdany wyłącznie na towarzystwo dorosłych. To mi niezbyt odpowiadało, starałem się więc — gdy tylko było to możliwe — uwolnić się spod nadzoru i samotnie chodzić na odkrywcze wyprawy. Szczególnie oczarował mnie wielki las wysokopiennych jodeł Schwarz-waldu, zaczynający się w pobliżu. Jednakże nie zapuszczałem, się do lasu zbyt daleko, najczęściej tylko tyle, że mogłem ze zboczy górskich widzieć naszą, dolinę. Właściwie nie wolno mi było chodzić samemu do lasu, ponieważ pewnego razu, gdy byłem jeszcze mniejszy, porwali mnie wędrowni Cyganie, kiedy znaleźli mnie bawiącego się samotnie w lesie. Przechodzący drogą chłop z sąsiedztwa zdołał odebrać mnie Cyganom i odprowadzić do domu.

Miejscem, które mnie szczególnie pociągało, był wielki zbiornik wody w mieście. Godzinami mogłem się wsłuchiwać w tajemniczy szum wody za grubymi murami i mimo objaśnień udzielanych mi przez doros­łych nie mogłem zrozumieć tego zjawiska.

Najwięcej czasu spędzałem jednak w chłopskich stajniach. Gdy mnie szukano, zaglądano najpierw do stajen. Szczególny urok miały dla mnie konie. Nigdy nie nudziło mnie głaskanie ich, mówienie do nich


i karmienie łakociami. Gdy tylko dopadłem narzędzi do czyszczenia, zabierałem się zaraz do szczotkowania i czesania zgrzebłem. Ku ciągłe­mu przerażeniu gospodarzy pełzałem wtedy między nogami koni, mimo to jednak żadne zwierzę nigdy mnie nie kopnęło, nie ubodło ani nie ugryzło. Nawet ze złośliwym bykiem jednego z gospodarzy żyłem w najlepszej przyjaźni. Nie bałem się także psów, nigdy też żaden mi nic nie zrobił. Zostawiałem nawet najpiękniejsze zabawki, gdy tylko nadarzała się sposobność wymknięcia się do stajni.

Moja matka próbowała wszystkich możliwych sposobów, aby mnie odwieść od miłości do zwierząt, która wydawała się jej tak niebez­pieczna. Wszystko na próżno. Byłem i pozostałem samotnikiem; najchęt­niej bawiłem się lub też zajmowałem, czymkolwiek wtedy, gdy nie byłem obserwowany. Nie lubiłem, żeby mi się ktoś przyglądał. Miałem także nieodpatry pociąg do wody; wciąż musiałem się myć i kąpać. Myłem i kąpałem w wannie lub w potoku przepływającym przez nasz ogród wszystko, cokolwiek się tylko dało. W ten sposób popsułem wie­le rzeczy — zarówno ubrania, jak i zabawki. Temu pragnieniu przesta­wania wiele z wodą oddaję się jeszcze dzisiaj.

Na siódmy rok mojego życia przypadło nasze przesiedlenie się w okolice Mannheimu. Znów mieszkaliśmy za miastem. Jednakże ku mo­jemu największemu zmartwieniu nie było tam żadnych stajen, ani zwie­rząt. Przez długie tygodnie, jak opowiadała później moja matka, byłem wprost chory z tęsknoty za swymi zwierzętami i swoim górskim lasem. Rodzice robili wówczas wszystko, żeby mnie odzwyczaić od zbyt wiel­kiej miłości do zwierząt. To się jednak nie udało; wyszukiwałem wszel­kie książki, w których były przedstawione zwierzęta, wchodziłem w jakiś kąt i marzyłem o swoich zwierzętach. Na siódme urodziny do­stałem Hansa — czarnego jak węgiel pony z błyszczącymi oczyma i długą grzywą. Nie posiadałem się z radości. Nareszcie znalazłem to­warzysza. Ponieważ Hans był bardzo przywiązany, chodził za mną wszędzie jak pies. Gdy rodziców nie było, brałem go nawet do swego pokoju. Z naszą służbą żyłem zawsze na dobrej stopie, toteż była wyro­zumiała dla tej mojej słabości i nigdy mnie nie zdradziła.

Teraz miałem w sąsiedztwie dość towarzyszy zabaw w moim wieku. Szalałem z nimi w jednakowych zawsze i wszędzie zabawach i grach młodzieńczych, spłatałem też wraz z nimi niejedną psotę. Najchętniej jednak jeździłem na swoim Hansie do wielkiego Haardtwaldu, gdzie byliśmy zupełnie sami, gdzie mogliśmy hasać godzinami, nie spotkawszy żywej duszy.1

1 Broszat dopatruje się w tych wynurzeniach retrospektywnej stylizacji na wzór szablo­nowego ideału hitlerowskiego „zucha" (NS-Pimpf). Jego zdaniem Höss nie pojmuje, że pewna kategoria samotników stanowi wprost masową chorobę, że jego „żyłka uduchowienia",


ligijne   traktowałem   bardzo   poważnie.   Modliłem   się   z   prawdziwie   dzie­cięcą powagą i bardzo gorliwie pełniłem obowiązki ministranta.

Rodzice wychowali mnie w taki sposób, że powinienem się odnosić ze czcią i szacunkiem do dorosłych, a szczególnie do osób starszych, bez względu na to, z jakich sfer pochodzą. Nauczono mnie, że podstawo­wym, moim obowiązkiem jest być pomocnym wszędzie, gdzie tylko jest to konieczne. Szczególny nacisk kładziono stale na to, że mam nie­zwłocznie spełniać wszelkie życzenia czy polecenia rodziców, nauczy­cieli, księży itd., wszystkich osób dorosłych, nie wyłączając służby, i że od tego nic mnie nie powinno powstrzymać. Co oni mówią, jest zawsze słuszne.

Te zasady wychowawcze weszły mi w ciało i w krew. Doskonale sobie jeszcze przypominam, że mój ojciec, fanatyczny katolik, był zde­cydowanym przeciwnikiem rządu Rzeszy i jego polityki. Wciąż mówił swoim przyjaciołom, że — mimo całej wrogości — ustawy i rozporzą­dzenia państwa powinny być bezwarunkowo przestrzegane.

Od najmłodszych lat byłem wychowywany w głębokim poczuciu obowiązku. W domu rodzicielskim ściśle przestrzegano, by wszystkie zlecenia były wykonywane dokładnie i sumiennie. Każdy miał stale pewien zakres obowiązków. Ojciec zwracał szczególną uwagę na to, że­bym stosował się jak najdokładniej do wszystkich jego zarządzeń i ży­czeń. Pamiętam jeszcze teraz, jak pewnej nocy wyciągnął mnie z łóżka, ponieważ pozostawiłem w ogrodzie derkę pod siodło, zamiast — sto­sownie do jego zarządzeń — powiesić ją w szopie, aby wyschła. Po prostu o tym zapomniałem. Wciąż mnie pouczał, że z drobnych, na pozór nic nie znaczących zaniedbań powstają najczęściej wielkie szko­dy. Wówczas niezupełnie to pojmowałem, później, nauczony gorzkim doświadczeniem, potrafiłem w pełni uznawać tę zasadę.

Między moimi rodzicami istniał stosunek pełen miłości, szacunku i wzajemnego zrozumienia. Nigdy jednak nie widziałem, aby byli wobec siebie czuli. Lecz tym bardziej nigdy nie padło między nimi żadne złe albo gniewne słowo.

Podczas gdy obie moje siostry, z których jedna była ode mnie młod­sza o cztery, a druga o sześć lat, były bardzo przymilne i wciąż kręciły się koło matki, ja sam od najwcześniejszych lat, ku żalowi matki, wszystkich ciotek i krewnych, wzdragałem się przed wszelkimi objawa­mi czułości. Uścisk dłoni i parę skąpych słów podzięki — to było wszystko, czego można było ode mnie oczekiwać.

Jakkolwiek oboje rodzice byli dla mnie bardzo dobrzy, nie umiałem nigdy znaleźć do nich drogi we wszystkich wielkich i małych troskach, które nękają młode serce. Wszystko załatwiałem sam z sobą. Moim


jedynym powiernikiem był mój Hans i on — jak sądziłem — rozumiał mnie.

Obie siostry były bardzo do mnie przywiązane i wciąż usiłowały ułożyć ze mną miłe, serdeczne stosunki. Ja jednak nigdy nie chciałem się z nimi zadawać. Bawiłem się z nimi tylko wtedy, gdy musiałem. Wówczas jednak drażniłem je tak długo, aż z płaczem biegły do matki. Spłatałem im niejednego figla. Mimo to pozostały mi najserdeczniej od­dane i żałuję — dziś jeszcze — że nigdy nie zdobyłem się w stosunku do nich na cieplejsze uczucie. Pozostały mi zawsze obce.

Moich rodziców — zarówno ojca, jak i matkę — bardzo szanowałem i otaczałem czcią. Jednakże miłości — takiej, jaką ma się dla rodziców i jaką później poznałem — nie odczuwałem nigdy. Nie umiem sobie wy­tłumaczyć, skąd to pochodziło; jeszcze i dzisiaj nie znajduję żadnych po temu powodów.

Nie byłem nigdy grzecznym, a tym mniej wzorowym chłopcem. Wyrządzałem wszelkie psoty, jakie tylko umysł dziecka w tych latach może wymyślić. Wraz z innymi chłopcami szalałem w najdzikszych za­bawach i bijatykach, jakie się nadarzyły. Chociaż stale przychodziły na mnie chwile, w których musiałem być zupełnie sam, zawsze miałem wielu towarzyszy zabaw. Nie pozwalałem sobie nic narzucać i zawsze musiałem postawić na swoim. Gdy wyrządzano mi krzywdę, nie spo­cząłem, póki nie została ona — w moim mniemaniu — pomszczona. Byłem co do tego nieubłagany i wśród moich szkolnych kolegów wzbu­dzałem lęk.

Rzecz szczególna, przez wszystkie lata szkolne siedziałem w jednej ławce z dziewczynką, Szwedką, która chciała zostać lekarką. Rozumie­liśmy się z nią jak dobrzy koledzy i nigdy nie kłóciliśmy się ze sobą. Był już taki zwyczaj w naszej szkole, że w zasadzie przez wszystkie lata szkolne wygniatało się ławę z tym samym kolegą.

Na trzynasty rok mego życia przypada wydarzenie, które muszę określić jako pierwszy wyłom w moim życiu religijnym, dotychczas przeze mnie tak poważnie traktowanym.

Podczas zwykłego szamotania się przy wejściu do hali gimnastycznej niechcący zepchnąłem ze schodów jednego z kolegów. Spadając doznał pęknięcia kostki u nogi. W ciągu lat z pewnością setki uczniów zjeż­dżało po tych schodach — ja sam także niejeden raz — bez jakichś po­ważniejszych uszkodzeń. Ten właśnie miał pecha. Ukarano mnie dwiema godzinami karceru.

Było to w sobotę przed południem. Po południu poszedłem — jak zwykle co tydzień — do spowiedzi i wyspowiadałem się także z tego uczynku dokładnie i szczerze. W domu nic o tym nie powiedziałem, aby


nie  psuć  rodzicom niedzieli.  W przyszłym tygodniu  i tak  się  o tym jesz­cze zdążą dowiedzieć.

Wieczorem przyszedł do nas w odwiedziny mój spowiednik, który był przyjacielem ojca. Następnego ranka ojciec wezwał mnie, abym wytłumaczył się z powodu opisanego zajścia, i ukarał mnie za to, że mu o tym od razu nie powiedziałem.

Byłem całkowicie zdruzgotany — nie z powodu kary, lecz wskutek niesłychanego nadużycia zaufania ze strony mojego spowiednika. Prze­cież stale uczono, że tajemnica spowiedzi jest nienaruszalna, że nie wolno wyjawić nawet najcięższych zbrodni, jeśli zostały zawierzone w czasie świętej spowiedzi. A teraz ksiądz, którego darzyłem tak wiel­kim zaufaniem, który był moim stałym spowiednikiem i znał na pamięć wszystkie moje drobne przewinienia, naruszył tajemnicę spowiedzi z po­wodu takiej drobnostki! Tylko on mógł opowiedzieć mojemu ojcu o tym wypadku, ponieważ ani ojciec, ani matka, ani nikt z domowników nie był tego dnia w mieście. Nasz telefon był zepsuty. Żaden z moich ko­legów nie mieszkał w okolicy. Także nikt z wyjątkiem spowiednika nie był u nas z wizytą. Przez długi czas ciągle badałem wszelkie związane z tym okoliczności — takie to było dla mnie okropne.

Byłem i do dzisiaj jestem głęboko przekonany, że mój spowiednik naruszył tajemnicę spowiedzi. Moje zaufanie do świętego stanu kapłań­skiego zostało zniweczone i zaczęły się budzić we mnie wątpliwości. Nigdy więcej nie poszedłem już spowiadać się u dotychczasowego spo­wiednika. Zawezwany przez niego i ojca do wytłumaczenia się z tego faktu, mogłem wymówić się tym, że spowiadam się w szkolnym kościele u naszego katechety. Ojciec zadowolił się wyjaśnieniem; jestem jednak głęboko przekonany, że spowiednik domyślał się prawdziwego powo­du. Próbował wszystkich środków, aby mnie z powrotem pozyskać, jednakże bezskutecznie. Co więcej, posunąłem się jeszcze dalej: gdy tylko było to możliwe, nie szedłem w ogóle do spowiedzi, ponieważ od czasu tego wypadku nie uważałem już duchownych za godnych zaufania.

W nauce religii powiedziano, że jeśliby ktoś poszedł do komunii świętej bez spowiedzi, to zostałby przez Boga ciężko ukarany. Zdarzało się, mówiono, że tacy grzesznicy padali martwi u stóp ołtarza. W dzie­cięcej naiwności błagałem Pana Boga o pobłażanie za to, że nie potrafię już z wiarą wyspowiadać się, i błagałem, żeby mi wybaczył moje grze­chy, które jemu wyznaję. Wierzyłem, że w ten sposób uwolniłem się od grzechów, i poszedłem z bijącym sercem do komunii w innym niż zwykle kościele i mając wątpliwości co do słuszności mojego postępo­wania. Nic się nie stało! A ja, nędzny robak, wierzyłem, że Bóg wysłu­chał mojej prośby i zgadza się z moim postępowaniem. Moja postawa


w sprawach wiary, dotychczas tak spokojna i pewna, doznała poważne­go wstrząsu. Głęboka, prawdziwa wiara dziecięca została zniweczona.

W następnym roku umarł nagle mój ojciec. Nie uprzytamniam sobie, by ta strata zbytnio mnie dotknęła. Byłem zresztą za młody, żeby zdać sobie sprawę z całej doniosłości tego faktu. A jednak śmierć ojca miała nadać mojemu życiu całkiem, inny przebieg, niż on sobie tego życzył.

Wybuchła wojna. Garnizon mannheimski wyruszył w pole. Zostały utworzone formacje zapasowe. Z frontu przybyły pierwsze pociągi z rannymi. Mało teraz przebywałem w domu. Tyle rzeczy było do zo­baczenia, których nie chciałem pominąć. Wskutek ciągłego naprzykrza­nia się uzyskałem od matki zezwolenie na zgłoszenie się w charakterze siły pomocniczej do Czerwonego Krzyża. Zbyt wiele miałem wówczas wrażeń, abym mógł sobie dziś dokładnie uprzytomnić, jak oddziałał na mnie widok pierwszych rannych. Widzę jeszcze tylko przesiąkłe krwią opatrunki na głowach i rękach, zabrudzone krwią i gliną mundury, sza­re mundury naszych żołnierzy, błękitne z czerwonymi spodniami uni­formy Francuzów z czasu pokoju. Słyszę jeszcze stłumione jęki rannych przy przenoszeniu do pośpiesznie przystosowanych do tego celu wozów tramwajowych. Biegałem wtedy wśród rannych, rozdzielając napoje orzeźwiające i wyroby tytoniowe. W czasie wolnym od nauki kręciłem się po szpitalach, koszarach i na dworcu, przyglądając się przyjeżdża­jącym transportom wojskowym lub pociągom sanitarnym i pomagając przy rozdawaniu jedzenia i upominków. Słyszałem, jak w szpitalach jęczeli ciężko ranni; prześlizgiwałem się nieśmiało obok takich łóżek. Widziałem także umierających i nawet umarłych. Doznawałem wówczas swoistego, przejmującego dreszczem uczucia. Dzisiaj jednak nie potrafił­bym go już dokładnie opisać.

Jednakże te smutne obrazy zostały wkrótce zatarte przez niezwycię­żony humor żołnierski lekko rannych. Nigdy nie miałem dość ich opo­wiadań z frontu i z ich żołnierskiego życia. Odezwała się we mnie żoł­nierska krew. Przez wiele pokoleń moi przodkowie ze strony ojca byli oficerami. Mój dziadek poległ w 1870 r. jako pułkownik na czele swego pułku. Mój ojciec był także żołnierzem z krwi i kości, jakkolwiek póź­niej, po wystąpieniu z wojska, jego religijny fanatyzm przytłumił tamtą namiętność. Chciałem zostać żołnierzem. A przynajmniej nie zmarno­wać okazji, jaką nastręczała wojna.

Moja matka, mój opiekun, wszyscy moi krewni chcieli mnie odwieść od tego zamiaru. Najpierw należałoby zrobić maturę, a potem dopiero będzie można zacząć o tym mówić. Miałem zresztą zostać duchownym. Pozwalałem im mówić, ale próbowałem wszystkiego, aby się dostać na front. Nieraz już wyjeżdżałem, ukrywając się wśród transportów woj­skowych, zawsze mnie jednak odnajdowano i mimo moich usilnych


próśb odsyłano z powodu zbyt młodego wieku do domu przez żandar­merię połową. Wszystkie moje myśli i pragnienia w tym czasie obracały się wokół tego, aby zostać żołnierzem. Szkoła, mój przyszły zawód, dom rodzicielski — wszystko zeszło na plan dalszy. Matka ze wzrusza­jącą dobrocią i niewyczerpaną cierpliwością usiłowała odwieść mnie od mego planu. Mimo to uporczywie szukałem sposobności, aby swój cel osiągnąć. Matka była wobec tego bezsilna. Krewni chcieli mnie oddać do seminarium misyjnego, ale matka sprzeciwiła się temu. W kwestiach religijnych stałem się obojętny, jakkolwiek obowiązkowe praktyki wy­pełniałem sumiennie. Brakowało mi kierownictwa mocnej ręki ojcow­skiej .

NA WOJNIE (1916—1918)

W 1916 r. udało mi się nareszcie — przy pomocy pewnego rotmis­trza, którego poznałem w szpitalu — dostać do pułku, w którym służył ojciec i dziadek, i po krótkim, przeszkoleniu pójść na front. Bez wiedzy mojej drogiej matki, której już nigdy nie miałem zobaczyć, gdyż umarła w 1917 r., przybyłem do Turcji na front iracki. Już potajemne przeszko­lenie, związane z nieustanną obawą, że znajdą mnie i znów odeślą do domu, oraz długa i urozmaicona podróż do Turcji przez wiele krajów dostarczyły niemało wrażeń niespełna 16-letniemu chłopcu. Pobyt w Konstantynopolu, wówczas jeszcze bardzo egzotycznym, i jazda, częś­ciowo konno, na odległy front w Iraku przyniosły sporo nowych wra­żeń. Nie było w nich jednak nic istotnego dla mnie i nie wryły się w mą pamięć.

Dokładnie natomiast przypominam sobie pierwszą potyczkę, moje pierwsze spotkanie z nieprzyjacielem. Wkrótce po przybyciu na front zostaliśmy przydzieleni do jednej z dywizji tureckich. Nasz oddział ka­walerii został podzielony między trzy pułki jako wsparcie. Jeszcze w czasie wcielania do pułku zaatakowały nas wojska angielskie (byli to Hindusi i Nowozelandczycy). Gdy sytuacja stała się poważna, Turcy uciekli. Nasza mała grupa niemiecka została sama na rozległych pias­kach pustyni pomiędzy złomami skał i resztkami ruin kwitnących ongiś kultur i musiała bronić własnej skóry. Amunicji nie mieliśmy wiele, główne bowiem zapasy pozostały przy koniach. Gdy pociski padały wokół nas coraz częściej i celniej, zorientowałem się od razu, że poło­żenie nasze stało się diabelnie trudne. Towarzysze jeden po drugim od­padali z walki na skutek ran, leżący tuż obok mnie nie odpowiadał na moje zawołanie. Gdy spojrzałem na niego, broczył krwią z wielkiej rany w czaszce i był już martwy. Ogarnęły mnie takie przerażenie i niesa­mowita trwoga przed podobnym losem, jakich już nigdy później nie


przeżyłem. Gdybym był sam, uciekłbym z pewnością tak jak Turcy. Musiałem wciąż spoglądać na poległego towarzysza. Pełen rozpaczy, ujrzałem nagle naszego rotmistrza leżącego wśród nas za odłamem ska­ły niczym na stanowisku w strzelnicy. Zachowując kamienny spokój, strzelał z karabinu należącego do poległego obok mnie towarzysza.

Wtedy i we mnie wstąpił nieznany mi, szczególny, tępy spokój. Stało się dla mnie jasne, że także i ja powinienem strzelać. Dotychczas jeszcze nie strzelałem i tylko patrzyłem pełen lęku na powoli podcho­dzących coraz bliżej Hindusów. Właśnie jeden z nich wyskoczył spoza stosu kamieni. Dziś jeszcze widzę go przed sobą — wielki, barczysty mężczyzna z czarną, sterczącą! brodą. Wahałem się przez chwilę — poległy obok mnie stał mi przed oczyma — potem strzeliłem i spo­strzegłem z drżeniem, jak Hindus w czasie skoku naprzód upadł i nie poruszył się więcej. Nie potrafiłbym powiedzieć, czy rzeczywiście do­brze wycelowałem. Mój pierwszy zabity! Więzy zostały zerwane. Teraz już strzelałem — może niezbyt pewnie — raz za razem, tak jak mnie nauczono w czasie szkolenia. Nie myślałem już o niebezpieczeństwie. W dodatku rotmistrz znajdował się w pobliżu i od czasu do czasu na­woływał mnie zachęcająco do akcji.

Natarcie ugrzęzło, skoro Hindusi spostrzegli, że natrafili na poważny opór. Tymczasem podpędzono Turków i doszło do przeciwnatarcia. Jesz­cze tego samego dnia odzyskaliśmy utracony duży teren. Przechodząc obejrzałem nieśmiało i z wahaniem poległego towarzysza; nie mogę po­wiedzieć, abym czuł się zupełnie dobrze w tej chwili.

Nie udało mi się stwierdzić, czy w tej pierwszej potyczce zabiłem lub zraniłem więcej Hindusów, chociaż po tym pierwszym strzale dokładnie celowałem i strzelałem do wychylających się z ukrycia. Wszystko to jeszcze zbyt mnie podniecało.

Mój rotmistrz wyraził podziw, że zachowałem się tak spokojnie w pierwszej potyczce, moim chrzcie ogniowym. Gdyby wiedział, jak to wyglądało we mnie. Później przedstawiłem mu stan, w którym znajdo­wałem się w czasie pierwszego mojego spotkania z wrogiem. Śmiał się z tego i mówił, że każdy żołnierz przeżył to mniej lub więcej podobnie.

Osobliwe było to, że do rotmistrza, mojego ojca wojennego, miałem wielkie zaufanie i bardzo go szanowałem. Łączył mnie z nim bardziej serdeczny stosunek niż z moim ojcem. On też miał mnie stale na oku, a choć w niczym nie pobłażał, był bardzo życzliwy i troszczył się o mnie, jakbym był jego synem. Niechętnie puszczał mnie na dalekie zwiady, ulegał jednak w końcu mym stałym naleganiom. Był szczególnie dumny, gdy otrzymałem odznaczenie lub awans. On sam nie występo­wał nigdy z takim wnioskiem.


Gdy na wiosnę 1918 r. poległ w drugiej bitwie nad Jordanem, boleś­nie to przeżyłem. Jego śmierć dotknęła mnie naprawdę.

Z początkiem 1917 r. nasza formacja została przeniesiona na front palestyński. Przyszliśmy do Ziemi Świętej. Nazwy tak dobrze znane z historii religii i legend odżyły znowu. Lecz jakże to wszystko było niepodobne do tych obrazów, które stworzyła sobie kiedyś młodzieńcza fantazja na podstawie ilustracji i opisów.

Najpierw obsadzono nami kolej hedżaską, a później użyto nas na froncie pod Jerozolimą. Pewnego ranka, gdy z dłuższego patrolu po­wracaliśmy konno na drugą stronę Jordanu, napotkaliśmy w dolinie Jordanu szereg chłopskich wózków naładowanych mchem. Byliśmy obowiązani kontrolować wszystkie pojazdy i zwierzęta juczne, czy nie przewożą broni, ponieważ Anglicy stale dostarczali wszystkimi możli­wymi drogami broń Arabom i mieszanej ludności Palestyny, aż nazbyt chętnej do zrzucenia tureckiego jarzma. Kazaliśmy więc chłopom wy­ładować wózki i za pośrednictwem naszego tłumacza, jakiegoś żydow­skiego chłopca, wdaliśmy się z nimi w rozmowę. Na nasze pytanie, dokąd wiozą mech, wyjaśnili, że do klasztorów w Jerozolimie na sprze­daż pielgrzymom. Nie było to dla nas całkiem jasne.

Wkrótce potem zostałem ranny i przewieziono mnie do szpitala w Wilhelma, osiedlu niemieckich kolonistów między Jerozolimą a Jaffą Tamtejsi koloniści z przyczyn religijnych wywędrowali przed wielu po­koleniami z Wirtembergii. W szpitalu dowiedziałem się od nich, że mchem, który wieśniacy przywozili w znacznych ilościach do Palestyny, uprawia się dochodowy handel. Chodzi tu o pewien gatunek islandzkie­go szarobiałego włókna z czerwonymi cętkami. Pielgrzymom sprzedawa­no drogo ten mech jako pochodzący z Golgoty, przy czym czerwone cętki miały być krwią Jezusa. Koloniści opowiadali też całkiem otwar­cię o tym, jak zyskowny interes można było prowadzić w czasie pokoju, gdy tysiące pielgrzymów wędrowało do miejsc świętych. Pielgrzymi kupowali wszystko, co w jakikolwiek sposób można było powiązać z miejscami świętymi lub z postaciami świętych. Szczególnie odznaczały się pod tym względem wielkie klasztory pątnicze w Jerozolimie. Robio­no lam wszystko, aby od pielgrzymów wyciągnąć możliwie jak najwię­cej pieniędzy.

Po zwolnieniu mnie ze szpitala przyjrzałem się sam temu procedero­wi w Jerozolimie. Z powodu wojny było wówczas niewielu pielgrzy­mów, natomiast wielu niemieckich i austriackich żołnierzy. Później wi­działem to samo w Nazarecie. Rozmawiałem o tym z wieloma kolegami ponieważ ten wulgarny handel rzekomymi świętościami, uprawiany przez przedstawicieli wszystkich osiadłych tam kościołów, budził we


mnie obrzydzenie. Większość kolegów odnosiła się do tej sprawy obo­jętnie; mówili, że jeśli istnieją głupcy, którzy dają się nabierać na takie oszukaństwa, to niech płacą za swoją głupotę. Inni uważali to geszef-ciarstwo za rodzaj przemysłu turystycznego, uprawianego powszechnie w pewnych miejscowościach. Tylko nieliczni, równie głęboko jak ja wierzący katolicy, surowo osądzali ten kościelny proceder, brzydzili się robieniem wstrętnych interesów na religijnych uczuciach pielgrzy­mów, którzy często sprzedawali całe swoje mienie, aby raz w życiu zobaczyć miejsca święte.

Przez długi czas nie mogłem dać sobie rady z tymi sprawami; przy­puszczalnie one jednak zadecydowały o moim późniejszym odwróceniu się od kościoła. Chciałbym jednak na tym miejscu zaznaczyć, że wszys­cy koledzy z mojej formacji byli głęboko wierzącymi katolikami rodem z surowego katolickiego Schwarzwaldu. W tym czasie nigdy nie słysza­łem jakiegoś wrogiego kościołowi słowa.

Na ten okres przypada również moje pierwsze miłosne przeżycie. W szpitalu w Wilhelma pielęgnowała mnie młoda niemiecka pielęgniar­ka. Miałem przestrzelone kolano, a jednocześnie przewlekłe nawroty złośliwej malarii. Musiałem więc być szczególnie starannie pielęgnowa­ny i pilnowany. W napadach gorączki przysparzałem wiele kłopotu. Pielęgniarka troszczyła się o mnie tak, że matka nie mogłaby lepiej tego robić. Z czasem jednak spostrzegłem, że to nie tylko macierzyńskie uczucie sprawiło, iż z taką miłością pielęgnowała mnie i troszczyła się o mnie.

Do tej pory miłość do kobiety jako do istoty innej płci była mi nie znana. Wprawdzie już nieraz słyszałem, jak moi koledzy rozmawiali o sprawach płciowych — a żołnierz mówi o tych sprawach dosadnie — jednak ten popęd był mi obcy, być może z braku okazji. Także i trudy tamtejszego teatru wojny nie sprzyjały wzruszeniom miłosnym.

Początkowo wprawiało mnie w zakłopotanie, gdy pielęgniarka deli­katnie mnie głaskała lub podtrzymywała dłużej, niż to było konieczne, od najwcześniejszych lat unikałem, bowiem wszelkich objawów czułości. Aż i ja wpadłem w zaczarowany krąg miłości i spojrzałem na kobietę innymi oczyma. To uczucie było dla mnie cudownym, niesłychanym przeżyciem we wszystkich jego stopniach aż do cielesnego zespolenia, do którego mnie ona doprowadziła. Ja sam nie znalazłbym w sobie tyle odwagi. To pierwsze miłosne przeżycie, pełne delikatności i wdzięku, było dla mnie wytyczną w mym całym późniejszym życiu. Nigdy nie mogłem o tych sprawach mówić w sposób trywialny, stosunek płciowy bez najserdeczniejszej sympatii stał się dla mnie czymś nie do pomy-


sienią.   W   ten   sposób   ustrzegłem   się   również   miłostek   i      domów   pu­blicznych. 2

Wojna się skończyła. Dzięki niej zmężniałem zewnętrznie i dojrza­łem wewnętrznie znacznie ponad swoje lata. Wojenne przeżycia wyci­snęły na mnie niezatarte piętno. Wyrwałem się z ciasnoty rodzicielskie­go domu. Mój widnokrąg rozszerzył się, w ciągu tych dwóch i pół lat wiele przeżyłem i widziałem w dalekich krajach, poznałem wielu ludzi z rozmaitych środowisk, zobaczyłem ich kłopoty i słabości. Z drżącego lękliwie, zbiegłego od matki ucznia, jakim byłem w czasie pierwszej potyczki, stałem się twardym, szorstkim żołnierzem. Mając siedemnaście lat, zostałem najmłodszym w armii podoficerem odznaczonym krzyżem żelaznym I klasy. Po awansie na podoficera polecano mi prawie wyłącz­nie dalekie i ważne raidy wywiadowcze oraz akcje dywersyjne. Wów­czas nauczyłem się, że dowodzenie nie jest zależne od stopnia służbo­wego, lecz od większych zdolności, że zimny i niezwzruszony spokój dowodzącego jest w ciężkich sytuacjach decydujący. Ale nauczyłem się także, jak trudno jest świecić zawsze przykładem i zachować twarz także i wtedy, gdy wewnątrz wygląda to inaczej.

Przy zawieszeniu broni, które zastało mnie w Damaszku, powziąłem mocne postanowienie, aby nie dać się internować, lecz na własną rękę przebić się do ojczyzny. W korpusie odradzano mi to. Zapytani, wszyscy żołnierze mojego plutonu zgłosili gotowość przebicia się wraz ze mną. Od wiosny 1918 r. dowodziłem samodzielnym plutonem kawa­leryjskim. Wszyscy ci ludzie mieli już trzydziestkę, a ja — osiemnaście lat. W awanturniczym pochodzie przeciągnęliśmy przez Anatolię, nędz­nym żaglowcem przybrzeżnym przepłynęliśmy Morze Czarne aż do Warny, po czym jechaliśmy przez Bułgarię i Rumunię, przebrnęliśmy w najgłębszym śniegu przez transylwańskie Alpy, następnie przez Siedmiogród, Węgry i Austrię. Po prawie trzymiesięcznej podróży na ślepo, bez map, zdani tylko na szkolną wiedzę geograficzną, rekwirując pożywienie dla koni i ludzi, przebijając się przez Rumunię, która znów przeszła do nieprzyjacielskiego obozu, dotarliśmy do ojczyzny, do na­szej zapasowej formacji. Tam nikt się nie spodziewał naszego powrotu. O ile wiem, z tego odcinka działań wojennych nie powróciła do kraju ani jedna zwarta formacja.

Jeszcze w czasie wojny budziły się we mnie wątpliwości, czy rzeczy­wiście mam powołanie do stanu duchownego. Wskutek mojego doświad-

2 Zdaniem Broszata wynurzenia te są — może mimo woli — retuszowane, na co wskazuje znamienne w tym związku przemilczenie przez Hössa intymnej afery, którą miał on mieć jako komendant Oświęcimia z pewną Żydówką. Świadectwem tej afery są zapiski sędziego SS, dra Konrada Morgena, stanowiące dokument norymberski NO-2366, i protokół przesłuchania owej Żydówki przez sędziego SS Gerharda Wiebecka (M. Broszat: op. cit., s. 19).


W KORPUSACH OCHOTNICZYCH (1919—1923)

Tak więc problem mojego zawodu został nagle rozwiązany i znów byłem żołnierzem. Znowu znalazłem dom i bezpieczne schronienie w przyjaźni koleżeńskiej. I rzecz szczególna, ja — samotnik, który musi trawić sam w sobie wszelkie wewnętrzne przeżycia, wszystko co wzru­sza — stale odczuwałem pociąg do przyjaźni koleżeńskiej, w której je­den może bezwzględnie polegać na drugim w potrzebie i niebez­pieczeństwie.

Walki w krajach bałtyckich znamionowała dzikość i zaciętość, z jaką nie spotkałem, się ani przedtem, podczas wojny światowej, ani potem, podczas innych walk korpusów ochotniczych. Właściwego frontu nie­mal nie było; nieprzyjaciel był wszędzie. A gdy dochodziło do starcia, przeradzało się ono w rzeź aż do całkowitego wyniszczenia. Szczegól­nie wyróżniali się przy tym Łotysze. Tam też po raz pierwszy widziałem okrucieństwa dokonywane na ludności cywilnej. Łotysze mścili się w okrutny sposób na swoich ziomkach, którzy przyjmowali u siebie lub zaopatrywali żołnierzy niemieckich czy rosyjskich białogwardzistów. Podpalali domy, a mieszkańców palili w nich żywcem. Niezliczone razy widywałem przerażające obrazy wypalonych chat i zwęglonych zwłok kobiet i dzieci.

Gdy ujrzałem to po raz pierwszy, skamieniałem ze zgrozy. Wierzy­łem wówczas, że ludzki obłęd niszczenia dalej nie może się już posunąć. Jakkolwiek później musiałem wciąż patrzeć na jeszcze straszliwsze obra­zy, to jednak na wpół spalona chata z wymordowaną w niej rodziną na skraju naddźwińskiego lasu dziś jeszcze stoi mi wyraźnie przed oczyma. Wówczas jeszcze mogłem się modlić i modliłem się!4

Korpusy ochotnicze w latach 1918—1921 były szczególnym zjawis-

relikwiami z miejsc świętych, znanych mi z Biblii. Ten handel i ciągnięcie zysków z miejsc, które nauczono mnie w domu i w szkole czcić jako miejsca święte, ostudził mój zapał religijny. Po powrocie do kraju natrafiłem znów na trudności ze strony mej rodziny, która koniecznie nastawała na mnie, abym został kapłanem, co ostatecznie odrzuciło mnie od Kościoła; przestałem praktykować i powoli ten płomień wiary, jaki wyniosłem z domu rodzicielskiego i ze szkoły, wygasł we mnie. Nie byłem żadnym przeciwnikiem Kościoła, tylko wiara i sprawy religijne stały się dla mnie czymś zupełnie obojętnym. Po nawiązaniu kontaktów z ludźmi, wraz z którymi wstąpiłem później do NSDAP, która była zwalczana przez katolickie Centrum, wystąpiłem w 1922 roku oficjalnie z Kościoła Katolickiego. Zrobiłem to dobrowolnie jeszcze przed wstąpieniem do partii". W toku tego przesłuchania Höss podał, że od tego czasu jest bogowiercą (Gottglaublger). Była to urzędowa nazwa używana w m Rzeszy dla osób, które przyznając się do wiary w Boga, nie należały do żadnego wyznania. W liście pożegnalnym do żony pisał H6ss, że odnalazł „swą wiarę w Boga".

4 Broszat słusznie nadmienia, że walki między oddziałami „czerwonymi'' a „białymi" w krajach bałtyckich prowadzone były z największą zawziętością i okrucieństwem przez obie strony. Niemieckie korpusy ochotnicze nie różniły się pod tym względem, co wynika nawet z niemieckich oficjalnych materiałów wydanych po 1933 roku na zlecenie Ministerstwa Wojny Rzeszy (Kommandant in Auschwitz, s. 35, przyp. 1).


kiem czasu. Każdorazowy rząd używał ich, gdy na granicach lub we­wnątrz Rzeszy znowu gorzało, a siły policji, później Reichswehry nie były wystarczające lub nie mogły wystąpić ze względów politycz­nych. Wypierano się ich, gdy niebezpieczeństwo zostało zażegnane lub gdy Francja domagała się energicznie wyjaśnień. Rozwiązywano je oraz prześladowano nowe, powstające z nich organizacje,'które oczekiwały gdzieś na dalsze akcje. Te ochotnicze korpusy składały się z oficerów i żołnierzy, którzy po powrocie z wojny światowej nie potrafili już przystosować się do mieszczańskiego trybu życia, z awanturników, któ­rzy na tej drodze chcieli próbować szczęścia, z bezrobotnych, którzy chcieli uniknąć bezczynności i opieki społecznej, wreszcie z młodych entuzjastów, którzy z miłości do ojczyzny spieszyli ochotniczo pod broń. Wszyscy oni bez wyjątku byli sprzęgnięci z osobą dowódcy korpusu ochotniczego. Na nim związek opierał się i wraz z nim upadał. Powsta­wało takie poczucie przynależności, taki duch korpusu, którego nic nie mogło złamać. Im bardziej byliśmy przez rząd prześladowani, tym moc­niej trzymaliśmy się razem. Biada temu, kto zerwał te więzy wspólnoty, kto ją zdradził.

Ponieważ rząd musiał zaprzeczać istnieniu korpusów ochotniczych, nie mógł więc także ścigać i karać przestępstw popełnianych w szere­gach tych oddziałów, jak kradzież broni, zdrada tajemnic wojskowych, zdrada kraju itp. Dlatego powstał w korpusach ochotniczych i organi­zacjach, które zajęły ich miejsce, samosąd oparty na starych niemiec­kich wzorach z podobnych sytuacji — sąd kapturowy. Każda zdrada była karana śmiercią. Tylu zdrajców zostało zgładzonych! Jednak tylko nieliczne wypadki zostały ujawnione i tylko w odosobnionych wypad­kach można było sprawców tych egzekucji ująć i osądzić przez specjal­nie w tym celu stworzony Trybunał Stanu dla Ochrony Republiki.5

W ten sposób powstała również moja sprawa: proces o mord kaptu­rowy w Parchim; w wyniku procesu zostałem skazany na 10 lat więzie­nia jako przywódca i główny uczestnik mordu. Zabiliśmy zdrajcę, który wydał Francuzom Schlagetera. Jeden z tych, który sam brał w tym udział, zdradził całą sprawę Vorwartsowi, czołowemu dziennikowi so­cjaldemokratycznemu, rzekomo dlatego, że gnębiły go wyrzuty sumie­nia, a w rzeczywistości — jak się później okazało — dla pieniędzy.

5 Trybunał został utworzony ustawą z dnia 26.6.1922 r. o ochronie Republiki (RGBI. I, s. 521) w związku z zabójstwem ministra spraw zagranicznych Wolthera Rathenaua (24. 6. 1922r), Do właściwości Trybunału należały sprawy o przestępstwa skierowane przeciwko ustrojowi republikańskiemu i przeciwko członkom rządu. Nie został on więc stworzony specjalnie w celu sądzenia sprawców mordów kapturowych — jak pisze Höss — a sprawę morderców Kadowa rozpatrywał jedynie dlatego, że byli oni członkami uznanego za sprzeczny z kon­stytucją Związku Przeszkolenia Rolniczego, który był namiastką zakazanych organizacji Rossbacha.


Jaki przebieg istotnie miała cała sprawa, tego sądowi nie udało się wyjaśnić. Donosiciel nie był w czasie zajścia na tyle trzeźwy, żeby mógł sobie dokładnie przypomnieć szczegóły. Ci, którzy je znali, zachowali milczenie. Ja wprawdzie brałem w tym udział, nie byłem jednak ani prowodyrem, ani też głównym sprawcą. Gdy w czasie śledztwa spo­strzegłem, że towarzysz, który był właściwym sprawcą, mógł być ob­ciążony tylko przeze mnie, wziąłem winę na siebie, a on został zwolnio­ny jeszcze w okresie śledztwa.

Nie muszę podkreślać, że z wyżej przedstawionych pobudek zgadza­łem się na śmierć zdrajcy. Schlageter był przy tym moim starym, do­brym druhem, z którym brałem udział w niejednej walce w krajach bałtyckich i w Zagłębiu Ruhry, z którym, pracowałem na Górnym Ślą­sku za nieprzyjacielskimi liniami i z którym załatwiałem niejedną ciem­ną sprawę przy dostawach broni. Byłem wówczas — i także dziś jestem — głęboko przekonany, że ten zdrajca zasłużył na śmierć. Ponieważ według wszelkiego prawdopodobieństwa żaden sąd niemiecki nie ska­załby go, osądziliśmy go według niepisanego prawa, które ustanowiliśmy sami jako zrodzone z ówczesnej konieczności. Będzie to zrozumiałe prawdopodobnie dla tego, kto sam przeżył te czasy lub potrafi się wczuć w owe zamieszki.

W WIĘZIENIU (1923—1928)

W czasie dziewięciomiesięcznego aresztu śledczego, a także podczas procesu nie uświadamiałem sobie dokładnie swego położenia. Wierzy­łem mocno, że nie dojdzie do żadnej rozprawy sądowej, a jeśli nawet to nastąpi, to w każdym razie nie będę musiał odbywać kary. Politycz­ne stosunki w Rzeszy w 1923 r. tak się zaostrzyły, że musiało dojść do przewrotu, wszystko jedno z której strony. Liczyłem się poważnie z tym, że we właściwym czasie zostaniemy oswobodzeni przez naszych towa­rzyszy. Nieudany pucz Hitlera w dniu 9 listopada 1923 r. powinien był być dla mnie należytą nauczką. Wierzyłem jednak ciągle w jakiś ko­rzystniejszy układ stosunków.

Moi obaj obrońcy zwrócili mi uwagę w sposób nie pozostawiający wątpliwości na powagę mego położenia, na to, że muszę się liczyć na­wet z wyrokiem śmierci ze względu na nowy skład polityczny Trybuna­łu Stanu, 6 jak również zaostrzone prześladowanie wszystkich nacjona­listycznie nastawionych organizacji, co najmniej zaś powinienem się

6 Trybunał orzekał w składzie dziewięcioosobowym. Wszystkich członków Trybunału powoływał prezydent Rzeszy; trzech z nich musiało być członkami Reichsgerichtu, od pozo­stałych nie wymagano kwalifikacji sędziowskich. W zasadzie, a także i w sprawie Hössa, przewodniczył prezydent senatu Reichsgerichtu.


liczyć  z  wysoką karą pozbawienia  wolności.   Nie  mogłem  i  nie  chciałem w to uwierzyć.

W areszcie śledczym mieliśmy wszelkie możliwe udogodnienia, po­nieważ, patrząc według orientacji politycznej, było znacznie więcej aresztowanych lewicowców — głównie komunistów — niż prawicow­ców. 7 Nawet saski minister sprawiedliwości Zeigner siedział we włas-nym więzieniu za obrzydliwe paskarstwo i naginanie prawa. Mogliśmy wiele pisać, a także otrzymywać listy i paczki, mogliśmy prenume­rować dzienniki i w ten sposób wiedzieliśmy o wszystkim, co się działo na świecie. Jednakże izolacja w więzieniu była bardzo surowa, tak na przykład stale wiązano nam oczy przy wyprowadzaniu z celi. Z kolega­mi można się było porozumiewać tylko dorywczo przez okno. W czasie procesu rozmowy, wspólne przebywanie z kolegami podczas przerw i transportu były dla nas o wiele, wiele ważniejsze i bardziej interesu­jące niż sam proces.

Także ogłoszenie wyroku nie wywarło ani na mnie, ani na           moich
towarzyszach żadnego wrażenia. Weseli i rozbawieni, śpiewając       nasze
stare pieśni bojowe, jechaliśmy do więzienia. Czy był to humor        wisiel­
czy, wątpię, jeśli o mnie chodzi. Po prostu nie chciałem wierzyć         w ko­
nieczność odbycia kary.

Rychło nastąpiło bolesne obudzenie po przeniesieniu do więzienia karnego. Otworzył się przede mną nowy, dotychczas nie znany świat.

Odsiadywanie kary w pruskim więzieniu nie było wówczas bynaj­mniej pobytem w miejscu wypoczynkowym. Całe życie uregulowane było ściśle aż do najdrobniejszych szczegółów. Dyscyplina wojskowa. Największy nacisk kładziono na jak najdokładniejsze wypełnienie i naj-staranniejsze wykonanie dokładnie wyliczonej dziennej normy pracy. Każde wykroczenie było surowo karane, a skuteczność tych kar porząd­kowych potęgował jeszcze fakt, że na konferencjach urzędników wię­ziennych odrzucano ewentualnie zamierzone ułaskawienie, a więc skró­cenie kary, jeżeli więzień miał kary porządkowe.

7     Między   innymi   dlatego,   że   po   puczu   Hitlera   w   dniach   819   listopada   1923   roku   wyjęto
spod   prawa   Komunistyczną   Partię   Niemiec    (23.11.1923    r.)    i    aresztowano    6    500   jej    członków.
A.    Norden:    Czego    nas    uczą   dzieje    Niemiec,    Warszawa    1949,    s.    96;    W.
     Pieck:    Z    dziejów
Komunistycznej Partii Niemiec, Warszawa 1950, s. 20.

8     Dr   Erich   Zeigner   utworzył   dnia   10.    10.   1923   r.   w   Saksonii   rząd   komunistyczny.   W   dniu
29.    10.    1923   r.   został   on   przez   prezydenta   Rzeszy   odwołany   ze   stanowiska   premiera   i   ministra
sprawiedliwości.    Oskarżony    wkrótce    potem    o    nadużycie    władzy,    został    w    dniu    29.3.1924    r.
skazany    na    3    lata    aresztu.    Zdaniem    Broszata    stosunkowo    surowa    kara    wymierzona    Zeigne-
rowi    za    polityczne    w    zasadzie    przestępstwo   jest   jednym    z    przykładów    świadczących    o    tym,
że    sprawiedliwość    republiki    weimarskiej     rozstrzygała    raczej    korzystniej    w    sprawach    sprawców
z   „ojczyźnianej"   prawicy   niż   z   lewicy   (Kommandant   in   Auschwitz,   s.   33   przyp.    1).   W   sprawie
Zeignera    patrz    również    -    F.    K.    Kaul:    Justiz    wird    zum    Verbrechen,    Berlin    1953,    s.     112;
G. Ruhle: Das Dritte Reich, Die Kampfjahre 1918—1933, s. 56, 97.


Jako przestępca polityczny 9 — tak mnie zakwalifikowano — miałem wówczas jedynie ten przywilej, że siedziałem w pojedynczej celi. Po­czątkowo wcale mi się to nie podobało — miałem już dosyć tych dzie­sięciu miesięcy w Lipsku — później jednak byłem za to wdzięczny, mimo wielu drobnych korzyści, które daje życie w wielkich, wspólnych salach. Ale w swojej celi byłem, niezależny i mogłem, po wypełnieniu przepisanych obowiązków, podzielić sobie dzień tak, jak chciałem. Nie musiałem też liczyć się z jakimś współwięźniem i uniknąłem terroru przestępczej wspólnoty, panującego w tych salach. Ten terror, rozciąga­jący się niemiłosiernie na wszystkich nie należących do przestępczego cechu czy nie hołdujących jego poglądom, poznałem wprawdzie tylko po­wierzchownie i z daleka. Nawet dobrze nadzorowany pruski zakład karny nie mógł złamać tego terroru.

Dotychczas wydawało mi się, że nic z tego, co ludzkie, nie może mi być obce, skoro w rozmaitych i odległych krajach poznałem ludzi róż­nego rodzaju, wszelkich warstw społecznych oraz ich obyczaje, a bar­dziej jeszcze ich nieobyczajność, skoro w moim młodym życiu wiele już przeżyłem   i   przeszedłem.   Przestępcy   w   więzieniu   karnym   pouczyli   mnie

0       czymś   innym.   Chociaż   siedziałem   sam   w   swojej   celi,   to  jednak   co­
dziennie   stykałem  się  z  innymi  więźniami  w  związku  z  różnymi  okolicz­
nościami     na   spacerze   na   podwórku,   przy   doprowadzaniu   do   poszcze­
gólnych    oddziałów    zarządu    więzienia,    w    kąpieli,    przez    kalifaktorów

1       fryzjerów,    przez   więźniów,    którzy   przynosili    lub    odnosili   materiały
robocze,   i   przy   wielu   innych   jeszcze   okazjach.   Przede   wszystkim   sły­
szałem   wieczorami   ich   rozmowy   przy   oknach,   a   te   zorientowały   mnie
dostatecznie  w  sposobie  myślenia  i  psychice  tej   sfery:   otwarła  się  przede
mną otchłań ludzkich błędów, zbrodni i namiętności.

Zaraz na początku odsiadywania kary słyszałem któregoś wieczoru, jak w sąsiedniej celi ktoś opowiadał o napadzie rabunkowym na leśni­czówkę. Opowiadający przekonał się wpierw, że leśniczy przebywa w gospodzie i zamordował siekierą najpierw służącą, a potem żonę leś­niczego będącą w ciąży, wreszcie czworo małych dzieci, które krzycza­ły, przy czym tak długo bił głowami o ścianę, aż dzieci przestały ,,piać". Opowiadał o tej haniebnej zbrodni, używając tak ordynarnych, bez­czelnych wyrażeń, że najchętniej udusiłbym go. Tej nocy nie zaznałem spokoju. Później słyszałem jeszcze okrutniejsze rzeczy, ale nie wytrą­ciły mnie one z równowagi w tym stopniu jak pierwsze opowiadanie. Opowiadający był wielokrotnie skazanym na śmierć mordercą rabun­kowym, którego zawsze ułaskawiano. W czasie odsiadywania przeze

9 W oryginale: politischer Uberzeugungstater — dosłownie: przestępca z przekonań politycznych.


mnie kary uciekł on któregoś wieczoru przy powrocie do celi, zabił kawałkiem żelaza zagradzającego mu drogę urzędnika i umknął przez mur; został jednak zastrzelony przez ścigających go policjantów w chwili, gdy powalił na ziemię jednego z przechodniów, aby zrabować jego ubranie, i gdy przypuścił wściekły atak na policjantów.

W więzieniu brandenburskim zebrano elitę wielkomiejskich prze­stępców Berlina od międzynarodowych kieszonkowców aż do szczytów tego towarzystwa — renomowanych kasiarzy, sutenerów, szulerów, oszustów w wielkim stylu i przestępców seksualnych o wszelkiego ro­dzaju zezwierzęceniu.

Odbywało się tam regularne szkolenie przestępców. Młodsi, nowicju­sze w danym ,,fachu", byli gorliwie wprowadzani przez starszych w tajemnice cechu; istotne jednak, najbardziej indywidualne chwyty utrzymywano w najściślejszej tajemnicy. Za naukę starzy łotrowie oczywiście kazali sobie dobrze płacić: tytoniem, najczęściej używanym pieniądzem więziennym (palenie było wprawdzie surowo zakazane, mimo to jednak każdy palacz zdobywał tytoń w nielegalny sposób, dzieląc się po połowie z młodszymi funkcjonariuszami), lub usługami seksualnymi, również przyjętym środkiem płatniczym, a także defini­tywnie ułożonym udziałem w planowanych już teraz „przedsięwzię­ciach" po zwolnieniu. Wiele przestępstw na wielką skalę poczęło się właśnie w ten sposób jeszcze w czasie odsiadywania kary za poprzednio popełnione przestępstwa.

Homoseksualizm był bardzo rozpowszechniony. Młodsi, przystojni więźniowie byli bardzo pożądani, o te ,,piękności" toczyły się dzikie walki i intrygi. Bardziej wyrafinowani spośród nich kazali sobie za to drogo płacić. Moim zdaniem — do którego doszedłem na podstawie wie­loletnich doświadczeń i obserwacji — rozpowszechniony w więzieniach homoseksualizm w rzadkich tylko wypadkach jest wrodzoną czy choro­bliwą skłonnością: ludzi o silnym popędzie płciowym skłania do tego seksualna potrzeba, w znacznie większym jednak procencie powstaje on z pogoni za jakąś podniecającą czynnością, ,,aby także coś mieć z ży­cia", w otoczeniu, w którym nikt już nie nakłada sobie żadnych ha­mulców.

W tej masie przestępców z popędu i ze skłonności znajdowała się także znaczna część ludzi, którzy w tych czasach — tak ciężkich pod względem gospodarczym latach powojennych, w latach inflacji — sta­wali się złodziejami i oszustami powodowani nędzą, ludzi nie dość sil­nych, aby mogli się oprzeć pokusie łatwego zysku, ludzi, którzy wskutek jakiegoś nieszczęśliwego zbiegu wypadków porwani zostali w wir prze­stępstwa. Wielu z nich walczyło uczciwie i dzielnie, aby się wyzwolić spod społecznego oddziaływania atmosfery przestępców i aby po odcier-


pieniu kary znów rozpocząć normalne życie. Wielu jednak było zbyt słabych, by móc się oprzeć wieloletniemu aspołecznemu naciskowi i terrorowi; ulegali mu i już na całe życie zostawali przestępcami.

Pod tym względem więzienie celkowe było prawdziwym konfesjona­łem. Już w Lipsku, w więzieniu śledczym, słyszałem niektóre rozmowy przez okno. Rozmowy, w których mężczyźni i kobiety skarżyli się na swą niedolę i pocieszali się wzajemnie. Rozmowy, w których współ­winni oskarżali się gorzko o zdradę. Rozmowy, które były w najwyż­szym stopniu interesujące dla prokuratora i dzięki którym niejedna zagadkowa zbrodnia zostałaby wyjaśniona. Już wtedy dziwiłem się, że więźniowie tak swobodnie i lekkomyślnie zwierzają się przez okno z tego, co powinno być jak najgłębiej ukrywane i utrzymywane w ta­jemnicy. Czy był to wewnętrzny przymus nawiązywania łączności, zro­dzony z niedoli pojedynczej celi, czy też wypływało to z ogólnoludzkiej potrzeby komunikowania się z innymi? Jednakże w areszcie śledczym rozmowy przez okno były bardzo ograniczone i zagrożone nieustanną kontrolą cel przez dozorców. W więzieniu karnym natomiast nie trosz­czył się o to żaden dozorca, chyba że rozmowa stawała się zbyt głośna.

W więzieniu brandenburskim w oddzielnych celach przebywały trzy kategorie więźniów: 1) przestępcy polityczni młodzi, karani po raz pierwszy — to był ich przywilej; 2) przestępcy o usposobieniu gwał­townym, powodujący konflikty — nie do zniesienia w dużych salach ogólnych; 3) więźniowie, którzy się narazili współwięźniom, ponieważ nie chcieli się poddać terrorowi przestępców, i tacy, którzy popełnili jakąkolwiek denuncjację 10 i teraz obawiali się zemsty — w tym wypad­ku był to rodzaj aresztu ochronnego. Co wieczór mogłem się przysłu­chiwać ich rozmowom i dały mi one głęboki wgląd w psychikę więźniów odsiadujących karę. Później, w ostatnim roku mojego pobytu w więzie­niu, gdy jako pierwszy pisarz zatrudniony byłem w magazynie i w ten sposób w codziennym obcowaniu z więźniami poznałem ich jeszcze bliżej, moje poglądy wielokrotnie się potwierdziły.

Prawdziwy przestępca zawodowy z upodobania lub skłonności wy­rzekł się społecznej wspólnoty. Przestępca taki zwalcza ją swoim zbrodniczym działaniem, nie chce wrócić do społeczeństwa, kocha swoją przestępczość, swój ,,zawód". Poczucie wspólnoty znane mu jest tylko z motywów wyrachowania lub też niewolniczego poddaństwa. W po­dobny sposób przywiązuje się prostytutka do swego sutenera, choćby najgorzej nawet ją traktował. Pojęcia moralne, jak wierność i wiara, są dla niego śmieszne, podobnie jak wszelkie pojęcie własności.

10 Höss używa ta zwrotu Lampen machen z gwary więziennej, w której oznacza on de-nuncjowanie, donoszenie, zdradzanie (W. Polzer: Gauner-Worterbuch, Monachium, Berlin, Lipsk 1922, s. 50).


Wyrok i kara są dla niego potknięciem się w zawodzie, nieszczęś­liwym wypadkiem w interesie, czymś w rodzaju kraksy samochodowej, niczym więcej. Stara się o to, aby odsiadywanie kary było możliwie najbardziej urozmaicone. Ponieważ zna wiele zakładów karnych i ich właściwości, ich starych urzędników, stara się więc uzyskać przenie­sienie do najbardziej mu odpowiadającego więzienia.

Uważam, że jest on niezdolny do subtelniej szych odruchów serca. Odrzuca wszelkie próby wychowawcze, wszelkie usiłowania naprowa­dzenia go dobrocią na właściwą drogę, choćby nawet od czasu do czasu, ze względów taktycznych, dla skrócenia kary, udawał skruszonego grzesznika. W ogóle jest on nieokrzesany i nikczemny. Największą przyjemność sprawia mu, gdy może deptać to, co dla kogoś innego jest święte.

Przykład dla ilustracji. W latach 1926—1927 został wprowadzony, także w ciężkich więzieniach, humanitarno-postępowy system wykony­wania kary. Między innymi w niedzielne przedpołudnie odbywały się w kościele więziennym imprezy muzyczne, w których brały udział naj­lepsze siły estrad berlińskich. Któregoś dnia słynna berlińska artystka wykonała Ave Maria Gounoda tak znakomicie i z taką tkliwością, jak rzadko słyszałem. Większość więźniów była głęboko wzruszona, nawet najbardziej zatwardziałymi mogła wstrząsnąć ta melodia. Ale nie wszy­stkimi. Ledwie przebrzmiały ostatnie tony, gdy za mną jakiś stary, cy­niczny osobnik powiedział do sąsiada: ,,Ty, Edek, na brylanty to ja lecę". Tak oddziałało to głęboko wzruszające serca dzieło sztuki na przestępcę — aspołecznego w najistotniejszym znaczeniu tego słowa.

W tej masie typowych przestępców zawodowych znajdowała się jed­nak wielka liczba więźniów, których nie można było do nich zaliczyć; były to przypadki z pogranicza. Tacy, którzy już się staczali do nęcą­cego, awanturniczego świata przestępczego, i inni, którzy z całej siły bronili się przeciwko sidłom zwodniczych ponęt. Wreszcie byli i tacy, którzy potknęli się po raz pierwszy, słabi z natury, duchowo rozdarci zewnętrznymi wpływami więzienia i wewnętrznymi przeżyciami. Psy­chika tych ludzi nosiła na sobie wielorakie piętna, przechodziła przez wszystkie stopnie i tonacje ludzkich uczuć, wpadała często z jednej krańcowości w drugą.

U natur płochych i lekkomyślnych kara przemijała bez wrażenia, nie obciążała ich duchowo; wesoło żyli dalej, nie martwili się o przyszłość. Ci będą prześlizgiwać się przez życie tak samo jak dotychczas, dopóki znowu nie wpadną.

Całkiem inaczej zachowywały się poważniejsze natury. Kara gnębiła ich niesłychanie, nie mogli sobie dać z tym rady. I oni usiłowali uciec od złej atmosfery panującej w ogólnych salach. Jednakże większość


z nich nie wytrzymywała życia w odosobnieniu; obawiali się samotności, nieustannych rozmyślań i zgłaszali się z powrotem znowu do bagna wielkich sal. Istniała wprawdzie w więzieniu również możliwość prze­bywania we trójkę w jednej celi. Trudno jednak było znaleźć trzech więźniów, którzy by przez dłuższy czas wytrzymali z sobą w tej ścisłej wspólnocie. Te małe wspólnoty musiały być ciągle rozwiązywane. Nie przypominam sobie, aby choć jedna trwała dłużej. Długotrwałe więzie­nie czyni nawet najbardziej dobrotliwych ludzi wrażliwymi i nieznoś­nymi, a nawet bezwzględnymi. A należy przecież liczyć się z innymi, jeśli chce się żyć w tak ścisłej wspólnocie.

Nie tylko więzienie jako takie — monotonna jednostajność wszyst­kich codziennych czynności, stały przymus i ucisk niezliczonych prze­pisów, nieustanne krzyki i wymyślania personelu nadzorczego z byle jakiego powodu, wszystko to przytłaczało poważniej myślących więź­niów. Jeszcze bardziej jednak przytłaczała ich myśl o przyszłości, o dalszym życiu po odcierpieniu kary. Rozmowy ich obracały się głów­nie wokół tego tematu. Ich troska polegała na tym, czy odnajdą drogę do społeczeństwa, czy też zostaną przez nie odepchnięci. Jeśli byli żo­naci, dołączała się jeszcze dręcząca troska o rodzinę. Czy żona dochowa wierności podczas tak długiej rozłąki? Wszystkie te sprawy wywoły­wały u tego rodzaju ludzi głębokie przygnębienie; nawet codziennie wykonywana praca lub lektura poważniejszych dzieł w wolnym czasie nie mogła ich uwolnić od tego przygnębienia. Nierzadko kończyło się to stanem zupełnego zamroczenia lub samobójstwem bez żadnego bez­pośredniego powodu. Przez bezpośredni powód rozumiem złe wiado­mości z zewnątrz, rozwód, śmierć najbliższych, odrzucenie prośby o ułaskawienie itp.

Także i ludzie chwiejni, o zmiennych charakterach niełatwo znosili więzienie. Na ich stan psychiczny miały zbyt wielki wpływ podniety zewnętrzne. Parę kuszących słów ze strony starego łotra, paczuszka tytoniu — to mogło zachwiać wszelkimi dobrymi postanowieniami i do­prowadzić do ich zapomnienia. I na odwrót: dobra książka, poważnie spędzona godzina odpoczynku zmuszały takie natury do zastanawiania się nad sobą i opamiętania się.

Moim zdaniem wielu więźniów można byłoby z powrotem sprowa­dzić na właściwą drogę, gdyby wyżsi funkcjonariusze więzienni byli bardziej ludźmi niż urzędnikami. Szczególnie dotyczy to duszpasterzy obu wyznań, którzy już dzięki samemu cenzurowaniu listów byli zorien­towani w charakterach i stanie psychicznym swoich owieczek. Ale wszyscy ci urzędnicy osiwieli i otępieli przy pełnieniu wiecznie tej sa­mej służby. Nie widzieli wewnętrznej niedoli kogoś, kto naprawdę wal­czył poważnie o to, by stać się lepszym. Jeśli zdarzyło się, że któryś


z więźniów zdobył się na odwagę poproszenia duszpasterza o radę w swoich duchowych konfliktach, uważane to było po prostu za chęć odgrywania roli skruszonego grzesznika w celu uzyskania ułaskawienia.

Urzędnicy więzienni czerpali swe doświadczenia z omyłek popełnio­nych wobec osób niegodnych ich zrozumienia i współczucia. Nawet naj­bardziej frywolni przestępcy stawali się nagle bardzo pobożni, gdy nadchodził okres badania możliwości ułaskawienia i gdy mieli choćby znikome tego szansę.

Niezliczone razy słyszałem, jak rozmawiający więźniowie skarżyli się na brak pomocy w swych wewnętrznych niedolach ze strony kie­rownictwa więzienia. U tych poważnie myślących ludzi, którzy rzeczy­wiście chcieli się poprawić, psychiczna udręka była karą o wiele więk­szą niż jakiekolwiek fizyczne dolegliwości związane z pobytem w wię­zieniu. W porównaniu z naturami lekkomyślnymi byli oni ukarani po­dwójnie.

Po ustaleniu się stosunków politycznych i gospodarczych, po okresie inflacji zapanowały w Niemczech bardziej demokratyczne poglądy. Oprócz wielu innych rządowych zarządzeń w tych latach wprowadzono również humanitarno-postępowy system wykonywania kary. Wierzono, że za pomocą dobroci i odpowiedniego wychowania można pozyskać z powrotem dla społeczeństwa tych osobników, którzy wykroczyli prze­ciwko ustawom państwowym. Wychodząc z założenia, że każdy czło­wiek jest produktem, swojego środowiska, usiłowano stworzyć przestęp­cy po odcierpieniu kary takie warunki gospodarcze, aby mogły one być dla niego podnietą do wzniesienia się na wyższy poziom społeczny i aby ustrzegły go przed dalszymi błędnymi krokami. Należyta opieka spo­łeczna miała zmienić jego aspołeczną postawę i przeszkodzić ponow­nemu dostaniu się do środowiska przestępczego. Moralny poziom zakła­dów karnych miał zostać podniesiony dzięki powszechnemu stosowaniu takich metod wychowawczych, jak imprezy muzyczne, które miały po­ruszyć serca, odpowiednie odczyty o podstawowych prawach moral­nych ludzkiego społeczeństwa, o zasadach etyki itp. Wyżsi urzędnicy zakładów mieli się bardziej troszczyć o poszczególnych więźniów i ich duchowe potrzeby. Sam więzień — na podstawie trzystopniowego sy­stemu wprowadzającego nieznane dotychczas, daleko idące ulgi —miał przechodzić stopniowo, dzięki dobremu sprawowaniu, pilnej pracy i wy­kazywaniu swej wewnętrznej przemiany, aż do trzeciego stopnia i w ten sposób mógł osiągnąć przedterminowe zwolnienie uwarunko­wane dobrym zachowaniem się. W najbardziej pomyślnych wypadkach mogła zostać darowana w ten sposób połowa kary.

Spośród około 800 więźniów zakładu karnego pierwszy przeszedłem do trzeciego stopnia. Do chwili mojego zwolnienia nie znalazło się wie-


cej niż dwunastu takich więźniów, których na konferencjach urzędni­ków uznano za godnych noszenia na rękawach trzech pasków. Ja od­powiadałem z góry wszystkim warunkom.: nie miałem żadnych kar dys­cyplinarnych ani ostrzeżeń, stałe osiągałem wyższe normy robocze niż były ustalone, byłem karany po raz pierwszy, nie zostałem skazany na utratę czci i byłem zakwalifikowany jako przestępca polityczny. Ponie­waż jednak jako przestępca polityczny byłem skazany przez Trybunał Stanu, mogłem zostać przedterminowo zwolniony tylko w wyniku aktu łaski prezydenta Rzeszy lub na podstawie amnestii.

Już w pierwszych dniach odbywania kary uświadomiłem sobie wresz­cie jasno swoje położenie. Oprzytomniałem.. Niewątpliwie musiałem się liczyć z odcierpieniem kary dziesięciu lat więzienia. List jednego z mo­ich obrońców utwierdził mnie w tym przeświadczeniu, do którego wreszcie sam doszedłem. Całkowicie nastawiłem się psychicznie na dzie­sięć lat. Opamiętałem się. Dotychczas żyłem dniem bieżącym, brałem życie tak, jak się układało, nie myśląc poważniej o przyszłości. Teraz miałem dość wolnego czasu, aby przemyśleć swe dotychczasowe życie, poznać swe błędy i słabości i przygotować się do dalszego, bogatszego w treść życia.

Pomiędzy poszczególnymi akcjami korpusu ochotniczego wyuczyłem się wprawdzie zawodu, do którego miałem zamiłowanie i ochotę i w któ­rym mógłbym się wydoskonalić. Miałem wielkie zamiłowanie do rol­nictwa i osiągnąłem już dobre wyniki, co stwierdzały moje świadectwa. A jednak brakowało mi prawdziwej treści życia; tego, co naprawdę może wypełnić życie, wówczas jeszcze nie zaznałem. Zacząłem więc jej poszukiwać za więziennymi murami i — choć to wydawać się może niedorzeczne — znalazłem ją później.

Będąc od młodości przyzwyczajony przez wychowanie do bezwzględ­nego posłuszeństwa, pedantycznego porządku i czystości, nie miałem pod tym względem szczególnych trudności w przystosowaniu się do twardego, więziennego życia. Sumiennie wypełniałem przepisane mi obowiązki, wykonywałem żądaną pracę i, ku zadowoleniu majstrów, najczęściej jeszcze więcej niż żądano, utrzymywałem moją celę stale we wzorowej czystości i porządku, tak że nawet najbardziej złośliwe cczy nie mogły znaleźć nic, co by można mi było zarzucić.

Przyzwyczaiłem się nawet do nieodmiennie jednostajnego przebiegu dnia, który rzadko przerywało jakieś wydarzenie, choć było to przeciw­ne mej niespokojnej naturze. Mój dotychczasowy żywot był przecież dostatecznie niespokojny i ruchliwy.

Szczególnym wydarzeniem było na przykład w pierwszch dwóch latach przyjście dozwolonego co kwartał listu ze świata. Interesowałem się nim już na wiele dni przedtem, przemyśliwałem i rozpatrywałem,


jaką treść może zawierać. List dostawałem, od "narzeczonej" (została nazwana narzeczoną dla kierownictwa zakładu); nigdy nie widziałem tej dziewczyny, siostry mojego kolegi, i nic też o niej nie słyszałem. Po­nieważ mogłem pisać tylko do krewnych czy tylko od nich otrzymywać listy, jeszcze w Lipsku koledzy postrali się dla mnie o „narzeczoną". Ta zacna dziewczyna pisała do mnie stale przez wszystkie długie lata, spełniała wszystkie moje życzenia, informowała mnie dokładnie o wszyst­kich wydarzeniach wśród moich znajomych i przekazywała dalej wia­domości ode mnie.

Nie mogłem jednak przyzwyczaić się do małostkowych i wyrafino­wanych szykan niższych urzędników więziennych; zwłaszcza gdy były celowo wymyślane i złośliwe, wprawiały mnie zawsze w głębokie wew­nętrzne wzburzenie. Wyżsi urzędnicy, aż do dyrektora więzienia włącz­nie, traktowali mnie poprawnie, podobnie jak i większość niższych urzędników, z którymi w ciągu tych lat miałem do czynienia. Jednak było wśród nich trzech, którzy ze względów politycznych — byli socjal­demokratami — szykanowali mnie, jak tylko mogli; często były to dro­bne ukłucia, ale dla mnie bardzo dotkliwe. Każda z tych szykan raniła mnie bardziej, niż gdyby mnie wy chłostano. Każdy więzień o wrażliwej psychice cierpi bardziej wskutek nieuzasadnionych, złośliwych i umyśl­nych szykan, psychicznych zniewag niż wskutek fizycznych. Odczuwa je jako coś, co bardziej hańbi i przygnębia niż wszelkie maltretowanie cielesne. Nieraz usiłowałem stać się na to niewrażliwy — nie udało mi się nigdy.

Przyzwyczaiłem się do szorstkiego tonu niższych funkcjonariuszy, którzy im bardziej byli prymitywni, tym bardziej samowolnie wyżywali się w rozkoszy władzy. Przyzwyczaiłem się także i do tego, aby polece­nia dawane mi przez takich ograniczonych pod każdym względem funk­cjonariuszy, często najniedorzeczniejsze, wypełniać chętnie i bez wew­nętrznego oporu, a nawet z wewnętrznym uśmieszkiem. Przyzwyczai­łem się do nieokrzesanego, ordynarnego sposobu mówienia, z jakim spotykała się tam większość więźniów.

Nigdy jednak nie mogłem się przyzwyczaić, choć działo się to co dzień, do ordynarnych, frywolnych i ohydnych kpin więźniów z tego wszystkiego, co jest piękne i dobre i co dla wielu było święte; kpin szczególnie bolesnych wówczas, gdy wiedzieli, że współwięźniowi mogło to sprawić cierpienie. Słuchając tego zawsze się oburzałem.

Dobra książka była zawsze moim dobrym przyjacielem, lecz w niepo­koju mego dotychczasowego życia nigdy nie miałem na nią dosyć cza­su. W samotności celi stała mi się wszystkim, szczególnie w pierwszych dwóch latach odsiadywania kary. Była moim wytchnieniem, przy niej mogłem zapomnieć o swojej sytuacji.


Po upływie dwóch lat, które spędziłem bez szczególnych wydarzeń, w nieodmiennie jednakowy sposób, wpadłem nagle w swoisty stan. Sta­łem się bardzo podniecony, nerwowy i wzburzony. Ogarnął mnie wstręt do pracy (wówczas zajmowałem się krawiectwem i robiłem to całkiem chętnie). Nie mogłem zupełnie jeść, każdy kęs, który łykałem przemocą, wracał z powrotem. Nie mogłem wcale czytać ani w ogóle skupić się. Jak dzikie zwierzę miotałem, się po celi tam i z powrotem. Nie mogłem już spać — dotychczas spałem zawsze mocno i prawie bez marzeń sen­nych przez całą noc. Teraz musiałem wstawać i krążyć po celi, nie mo­gąc znaleźć spokoju. Gdy wreszcie z wyczerpania padałem na łóżko i zasypiałem, po krótkim czasie znowu się budziłem zlany potem od po­gmatwanych, koszmarnych snów. W tych bezładnych snach byłem wciąż ścigany, zabijany, rozstrzeliwany albo spadałem w przepaść. Noce stały się dla mnie męką. Godzina po godzinie słyszałem bicie wieżo­wych zegarów. Im bliżej było do rana, tym, większa ogarniała mnie groza przed dniem, przed ludźmi, którzy znów się ukażą — a ja nie chciałem, nie mogłem nikogo widzieć.

Usiłowałem przemocą wziąć się w karby — nie mogłem jednak nic na to poradzić. Chciałem się modlić — nie wydobyłem z siebie nic wię­cej, jak tylko żałosny bełkot trwogi, oduczyłem się modlitwy — nie odnalazłem już drogi do Boga. W tym stanie wierzyłem, że Bóg już nie chce mi pomóc, ponieważ Go opuściłem. Dręczyło mnie moje oficjalne wystąpienie z kościoła w 1922 r. A przecież było to tylko ostateczne wyciągnięcie konsekwencji ze stanu, w którym się znajdowałem od czasu zakończenia wojny. Wewnętrznie odszedłem od kościoła — jak­kolwiek działo się to stopniowo — już w ostatnich latach wojny.

Czyniłem sobie bardzo gorzkie wyrzuty, że nie posłuchałem rodzi­ców i nie zostałem duchownym. Dziwne, że właśnie to wszystko tak mnie w owym stanie dręczyło. Moje wzburzenie wzrastało z dnia na dzień, nawet z godziny na godzinę. Byłem bliski szaleństwa. Fizycznie podupadałem coraz bardziej. Mojego majstra uderzyło obce mi dotych­czas roztargnienie; najprostsze rzeczy robiłem wręcz na opak i chociaż zaciekle pracowałem, nie wyrabiałem już normy. Od paru dni głodowa­łem, ponieważ przypuszczałem, że potem będę mógł znowu jeść. Wtedy właśnie przyłapał mnie dozorca naszego oddziału na wyrzucaniu obiadu do kubła. Nawet jemu, który zwykle pełnił służbę obojętnie, niemal nie zwracając uwagi na więźniów, rzuciły się w oczy mój wygląd i zacho­wanie. Z tego powodu bacznie mnie obserwował, jak mi potem kiedyś sam powiedział.

Natychmiast zaprowadzono mnie do lekarza. Ów starszy pan, dzie­siątki lat pracujący w zakładzie, wysłuchał mnie spokojnie, przejrzał moje papiery, po czym powiedział z największym spokojem: ,,Psychoza


więzienna. To przejdzie, nie jest tak źle". Wzięto mnie do szpitala, do celi obserwacyjnej; tam zrobiono mi zastrzyk i zimne kompresy, po czym zapadłem natychmiast w najgłębszy sen. W ciągu następnych dni otrzymywałem środki uspokajające i wikt szpitalny. Stan ogólnego pod­niecenia zmniejszał się i znowu wziąłem się w karby. n Powróciłem do swojej celi na własne życzenie; zamierzano przenieść mnie do wspól­nej celi, błagałem jednak, aby pozwolono mi zostać samemu.

W tym okresie dyrektor więzienia zakomunikował mi, że wskutek dobrego sprawowania i wydajnej pracy zaszeregowano mnie do drugie­go stopnia i że odtąd będą mi przysługiwały różne ulgi. Mogłem pisać co miesiąc i mogłem otrzymywać tyle listów, ile do mnie. wysyłano. Wolno było przysyłać dla mnie książki i pomoce naukowe. Mogłem mieć kwiaty na swym oknie i palić światło do dziesiątej wieczór. Mo­głem w niedzielę i dni świąteczne przebywać w ciągu wielu godzin z innymi więźniami.

Perspektywa tych wszystkich udogodnień szybciej niż wszystkie uspokajające środki pomogła mi zwalczyć depresję. Mimo to echa tego stanu długo się jeszcze we mnie odzywały. Istnieją rzeczy pomiędzy niebem i ziemią, których się nie doświadcza w codziennym kieracie, nad którymi jednak człowiek w zupełnej samotności poważnie się zasta­nawia. Czy istnieje łączność z tymi, którzy odeszli? W godzinach najsil­niejszego wzburzenia, zanim się jeszcze zmąciły moje myśli, często widziałem żywych rodziców i rozmawiałem z nimi tak, jakbym był jeszcze pod ich opieką. Jeszcze dzisiaj nie potrafię sobie tych spraw wyjaśnić. Nie rozmawiałem też o nich nigdy i z nikim.

W ciągu następnych lat mojego pobytu w więzieniu mogłem jeszcze nieraz obserwować psychozę więzienną. Wiele przypadków kończyło się w celi dla szaleńców, inne prowadziły do zupełnego zamroczenia duchowego. Znani mi więźniowie, którzy przez tę psychozę przeszli i przetrwali ją, jeszcze przez długi, długi czas byli potem nieśmiali, przybici i pesymistyczni. Kilku z nich nigdy się już nie pozbyło głębo­kiego przygnębienia.

Większość samobójstw, które się tam zdarzyły, przypisuję psycho­zie więziennej. W tym stanie zawodzą wszystkie rozsądne argumenty, odpadają wszelkie hamulce, które w normalnym życiu nie dopuszczają do samobójstwa. Straszne podniecenie, opanowujące wówczas człowie­ka, doprowadza go do ostateczności, byle zakończyć tę mękę, byle zna­leźć spokój.

Na podstawie swojego doświadczenia uważam, że przypadki symu-

11 Prof. Batawia określa przebytą przez Hössa psychozę więzienną jako krótkotrwale „ostre zaburzenia psychiczne o charakterze reaktywnym" (prof. dr S. Batawia: Rudolf Höss, komendant obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, Biuletyn VII GKBZH. s. 36).


lowania stanów szałowych i obłędu w celu wydostania się z więzienia zachodzą niezmiernie rzadko, gdyż z chwilą przeniesienia do zakładu dla umysłowo chorych następuje zawieszenie wykonania kary aż do chwili, gdy chory znowu jest zdolny do jej odbywania (w przeciwnym wypadku pozostaje do końca życia w zakładzie psychiatrycznym). Rzecz szczególna, większość więźniów odczuwa niemal zabobonny lęk przed chorobą psychiczną

Po tej depresji, po tym załamaniu moje życie w zakładzie karnym upływało bez szczególnych wydarzeń. Stawałem się coraz spokojniejszy i coraz bardziej zrównoważony. W wolnych chwilach uczyłem się z za­pałem angielskiego, kazałem przysłać sobie podręczniki, a potem bieżąco zamawiałem, dla siebie angielskie książki i czasopisma; w rezultacie na­uczyłem się tego języka w ciągu około jednego roku bez niczyjej po­mocy. To był zarazem znakomity sposób zachowania dyscypliny wew­nętrznej .

Od kolegów i znajomych rodzin stale otrzymywałem dobre i wartoś­ciowe książki z wszelkich dziedzin. Szczególnie jednak interesowała mnie historia oraz nauka o rasach i dziedziczności i tym się najchętniej zajmowałem.12 W niedzielę grywałem w szachy z więźniami, którzy mi odpowiadali. Właśnie ta gra, będąca poważnym pojedynkiem ducho­wym, nadaje się szczególnie do utrzymania i odświeżania sprawności umysłu, która przecież wciąż jest zagrożona przez monotonię życia za kratami.

Obecnie dzięki różnorodnym i wielostronnym kontaktom ze świa­tem, listom, dziennikom i czasopismom otrzymywałem pożądane nowe podniety.

Gdy czasami zjawiały się u mnie posępne nastroje i zniechęcenie, wówczas wspomnienie przebytego ,,martwego punktu" działało jak pod­cięcie biczem i szybko rozpędzało nadciągające chmury. Obawa przed nawrotem choroby była zbyt silna.

Zaszeregowanie mnie w czwartym roku uwięzienia do trzeciego stop­nia przyniosło mi nowe ulgi. Co 14 dni pisanie listu na niewięziennym papierze i o nie ograniczonej objętości. Teraz już nie istniał dla mnie przymus pracy; pracowałem dobrowolnie i sam sobie mogłem wybierać pracę, otrzymywałem też za nią wyższe wynagrodzenie. Dotychczasowe "wynagrodzenie za pracę" wynosiło za dzienną normę roboczą 8 feni-gów, z czego 4 fenigi można było zużyć na zakup dodatkowych środków

12 „Do przeczytanej treści ustosunkowywał się tak samo, jak do wszystkiego, co wchłaniał jego umysł — bezkrytycznie. Na niektórych książkach figurowały zresztą nazwiska profesorów uniwersytetu, kwestionowanie więc tez autorów było w ogóle nie do pomyślenia. Treść książek harmonizowała poza tym ze wszystkim, o czym ciągle słyszał w ostatnich latach w korpusie Rossbacha, a zwłaszcza ze sloganami, które padały stale z ust towarzyszy par­tyjnych" (S. Batawia: op. cit., s. 36).


żywności (w najlepszym wypadku funt tłuszczu miesięcznie). Na trze­cim stopniu wynagrodzenie za dzienną normę pracy wynosiło 50 feni-gów, które można było w całości zużyć na własne potrzeby. Oprócz tego można było jeszcze wydać z własnych pieniędzy 20 marek mie­sięcznie. Dla trzeciego stopnia wprowadzono również słuchanie radia i palenie tytoniu w określonych godzinach.

Ponieważ właśnie w tym czasie opróżniło się stanowisko pisarza w magazynie, zgłosiłem swoją kandydaturę. W ten sposób miałem teraz przez cały dzień urozmaicone zajęcie, wiele widziałem i słyszałem od odchodzących i nowo przybyłych więźniów, a także od więźniów z wszy­stkich oddziałów, którzy przychodzili do magazynu codziennie w spra­wie zmiany ubrania, bielizny i sprzętu. Słyszałem też niemało od peł­niących służbę urzędników więziennych o wszystkim, co się wydarzyło w codziennym życiu więziennym. Magazyn był zbiornicą wiadomości wszelkiego rodzaju — zarówno różnych nowin, jak i plotek. Tam po­znałem powstawanie i błyskawiczne rozszerzanie się plotek wszelkiego rodzaju oraz ich oddziaływanie. Nowina i plotka, rozpowszechniana da­lej szeptem w sposób możliwie najbardziej tajemniczy, to eliksir życia w niewoli. Im bardziej odosobniony jest więzień, tym, skuteczniejsza jest plotka; im bardziej jest prymitywny, tym bardziej jest łatwowierny.

Jeden z moich „współpracowników", a więc jeden z więźniów za­trudnionych tak jak i ja w magazynie, pracujący tam już przeszło 10 lat i należący już poniekąd do inwentarza, znajdował szatańską radość w tym, by wymyślać wyssane z palca plotki, szeptem podawać je dalej i patrzeć, jakie będą tego skutki. Ponieważ jednak postępował przy tym bardzo przebiegle, nie można go więc było zdemaskować, gdy stwarzał niekiedy poważne sytuacje.

Ja sam padłem raz ofiarą tego rodzaju plotki. Rozeszła się pogłoska, że życzliwi mi wyżsi urzędnicy więzienni umożliwili mi przyjmowanie w nocy wizyt kobiet w celi. Jakiś więzień za pośrednictwem pewnego urzędnika przemycił tę wiadomość na zewnątrz w formie zażalenia do, wyższych władz nadzorujących wykonanie kary. Pewnej nocy zjawił się nagle w mojej celi dyrektor departamentu więziennictwa z kilku wyższymi urzędnikami i dyrektorem więzienia wyciągniętym z łóżka, aby na własne oczy przekonać się o prawdziwości denuncjacji.

Mimo drobiazgowego śledztwa nie można było wykryć ani donosi­ciela, ani autora plotki. Dopiero przy moim zwolnieniu mój „współpra­cownik" powiedział, że to on wymyślił tę plotkę, a więzień z sąsiedniej celi napisał doniesienie, po czym on sam przemycił list na zewnątrz — wszystko w tym celu, aby zrobić na złość dyrektorowi więzienia za to, że odrzucił jego prośbę o ułaskawienie. Oto przyczyna i skutek. Złośliwi mogą w ten sposób narobić wiele złego.


Szczególnie interesowali mnie tam nowo przybyli więźniowie.

Bezczelny, pewny siebie i impertynencki przestępca zawodowy, któ­rego nawet najcięższa kara nie mogła umitygować, był optymistą. Wie­rzył, że i dla niego może w jakiś sposób powstać korzystna sytuacja. Często był zaledwie parę dni na wolności, niby na urlopie. Więzienie stopniowo stawało się dla niego stałym miejscem pobytu.

Przygnębieni, nieśmiali, przeważnie smutni, małomówni, często zalęk­nieni — to ci, którzy potknęli się po raz pierwszy lub też z powodu przeciwności losu po raz drugi czy trzeci zostali skazani. Z twarzy ich można było odczytać nieszczęście, nędzę i rozpacz. Dość materiału dla psychoanalityka lub socjologa.

Po tym wszystkim, co widziałem i słyszałem w ciągu dnia, rad by­łem, gdy mogłem wieczorem powrócić do samotności swej celi. Rozmyś­lałem w spokoju nad zdarzeniami dnia i wyciągałem z nich wnioski. Zagłębiałem się w książki i czasopisma lub czytałem listy otrzymane od drogich, dobrych ludzi. Czytałem o planach i zamiarach w stosunku do mnie po zwolnieniu z więzienia i uśmiechałem się, gdy chcieli mi dodać odwagi i otuchy. Nie było mi to już potrzebne; stopniowo doszedłem do tego, że w piątym roku zżyłem się z więzieniem i celą. Miałem do od­siedzenia jeszcze pięć lat bez widoków na najmniejsze choćby skrócenie kary. Wiele podań o ułaskawienie, pochodzących od wpływowych oso­bistości, zostało odrzuconych ze względów politycznych, nawet osobiste przedstawienie prośby o ułaskawienie przez człowieka stojącego blisko prezydenta Rzeszy von Hindenburga. Nie liczyłem więc na wyjście z więzienia przed upływem dziesięciu lat. Byłem jednak głęboko prze­konany, że resztę mojej kary przetrwam w fizycznym i moralnym zdro­wiu. Miałem też plany co do dalszych prac w zakresie nauki języków i dalszego kształcenia zawodowego. Myślałem o wszystkim możliwym, tylko nie o przedterminowym zwolnieniu.

A zwolnienie przyszło w ciągu jednej nocy! W Reichstagu znalazła się większość złożona z przedstawicieli naj skraj niej szej prawicy i lewi­cy, które w równej mierze były zainteresowane w uzyskaniu zwolnie­nia swoich więźniów politycznych. Niemal bez przygotowania została uchwalona amnestia dla politycznych i zostałem zwolniony wraz z wie­loma innymi więźniami.13

PRACA NA ROLI (1929—1934)

Po     sześciu    latach    znowu    na    wolności,     znów    przywrócony    życiu! Jeszcze dziś widzę siebie stojącego na wielkich schodach Dworca

13   Ustawa o amnestii z dnia 14. 7. 1928 r. (RGBI. I, s. 195).


Poczdamskiego w Berlinie, spoglądającego z zainteresowaniem na ciżbę na Placu Poczdamskim. Długo musiałem tak stać, aż zagadnął mnie jakiś pan pytając, dokąd chcę się udać. Zapewne dość głupio na niego spoj­rzałem i niedorzecznie mu odpowiedziałem, gdyż szybko się oddalił. Dla mnie cały ten ruch był czymś nierzeczywistym; zdawało mi się, że jestem w kinie i patrzę na film. Zwolnienie z więzienia przyszło zbyt nagle i nieoczekiwanie, wszystko wydawało mi się tak nieprawdopo­dobne, tak obce.

Dostałem telegraficzne zaproszenie do jednego z zaprzyjaźnionych domów berlińskich. Choć dobrze znałem Berlin, a do owego mieszkania łatwo można było dotrzeć, potrzebowałem długiego czasu, aby się tam, dostać. W pierwszych dniach zawsze mi ktoś towarzyszył, gdy odważa­łem się wyjść na ulicę, ponieważ nie zwracałem uwagi na znaki komu­nikacyjne ani na szalejący ruch wielkomiejski. Poruszałem się jak we śnie.

Minęło wiele dni, zanim zdołałem dojść do ładu z sobą i rzeczywi­stością. Chciano mi wyświadczyć wiele dobrego, wyciągano mnie na fil­my, do teatrów, do wszystkich możliwych miejsc rozrywkowych i na zebrania towarzyskie. Krótko mówiąc, raczono mnie tym wszystkim, co mieszkaniec wielkiego miasta uważa za niezbędne do życia. Runęło to na mnie z łoskotem — zbyt wiele było tego dobrego. Byłem oszołomio­ny i tęskniłem za spokojem. Chciałem jak najprędzej wyrwać się z ha­łasu i pośpiechu wielkiego miasta. Wyrwać się na wieś.

Po dziesięciu dniach opuściłem Berlin, aby objąć posadę urzędnika rolnego. Wprawdzie miałem jeszcze wiele zaproszeń na wypoczynek, lecz chciałem pracować — miałem już dość wypoczynku.

Liczne i różnorodne były zamiary, którymi chciały mnie uszczęśliwić zaprzyjaźnione rodziny i koledzy. Wszyscy chcieli pomóc, stworzyć mi egzystencję i ułatwić przejście do normalnego życia. Projektowano, abym pojechał do Afryki Wschodniej, do Meksyku, Brazylii, Paragwaju, do Stanów Zjednoczonych. Wszystko w dobrej intencji usunięcia mnie z Niemiec, abym znowu nie zaplątał się w walki polityczne skrajnej prawicy.

Inni znowu, przede wszystkim moi dawni koledzy, chcieli koniecznie widzieć mnie w pierwszych szeregach organizacji bojowych NSDAP.

I jedno, i drugie odrzuciłem. Jakkolwiek od 1922 r. byłem członkiem partii przekonanym o słuszności celów partii i zgadzałem się z nimi, to jednak zdecydowanie potępiałem masową propagandę, targowanie się o względy tłumu, granie na najniższych instynktach mas, przemawianie ich językiem. Poznałem już „masy" w latach 1918—1923. Chciałem wprawdzie zostać członkiem partii, lecz bez jakiejkolwiek funkcji; nie


chciałem   też   przystąpić   do   żadnej    z   pomocniczych   organizacji   partii. Miałem inne zamiary.

Również mało pociągał mnie wyjazd za granicę. Chciałem pozostać w Niemczech i pomagać tutaj w odbudowie planowanej długofalowo i z daleko sięgającym celem. Pragnąłem osiedlić się na roli.

W ciągu długich lat w osamotnieniu mej celi uświadomiłem sobie, co następuje: istniał dla mnie tylko jeden cel, dla którego warto było pracować i walczyć — zdobyte własną pracą gospodarstwo rolne ze zdrową, liczną rodziną. To miało stać cię treścią i celem mego życia.

Zaraz po zwolnieniu mnie z więzienia nawiązałem kontakt ze Związ­kiem Artamanów. Ze związkiem tym i jego celami zapoznałem się za pośrednictwem publikacji jeszcze w czasie odsiadywania kary i bardzo się nim zainteresowałem. Była to wspólnota młodych chłopców i dziew­cząt wyłoniona z ruchów młodzieżowych wszystkich nacjonalistycznych kierunków partyjnych, wspólnota ludzi, którzy chcieli przede wszystkim powrócić z niezdrowego, pełnego rozkładu i powierzchownego życia miasta do zdrowego, twardego, lecz naturalnego sposobu życia na wsi. Gardzili oni alkoholem i nikotyną, jak zresztą wszystkim, co nie służy zdrowemu rozwojowi ducha i ciała. Poza tym wyznając zasadę całko­witego powrotu do ziemi, z której wyszli ich przodkowie, chcieli po­wrócić do źródła życia niemieckiego narodu — do zdrowego, chłopskie­go osadnictwa.

To była również moja droga, mój długo poszukiwany cel. Porzuci­łem posadę urzędnika rolnego i przyłączyłem się do wspólnoty ludzi podobnie myślących. Zerwałem wszelkie stosunki z dawnymi kolegami, ze znajomymi i zaprzyjaźnionymi rodzinami, ponieważ nie mogli oni ze względu na swoje tradycyjne poglądy zrozumieć mojego kroku, a także dlatego, że chciałem zacząć nowe życie bez jakichkolwiek przeszkód.

Już w pierwszych dniach poznałem tam swoją przyszłą żonę, która ożywiona podobnymi ideałami, wraz ze swym bratem znalazła drogę do Artamanów.

Już przy pierwszym spotkaniu mocno odczuliśmy wzajemną nie­złomną przynależność do siebie. Znaleźliśmy taką harmonię zaufania i zrozumienia, jak gdybyśmy od dzieciństwa żyli razem. Nasze poglądy na życie były zgodne we wszystkich dziedzinach. Uzupełnialiśmy się pod każdym względem. Znalazłem taką żonę, jaką sobie wymarzyłem w czasie długich lat samotności.

Przez wszystkie lata naszego       współżycia aż do dnia dzisiejszego
trwała ta wewnętrzna harmonia,          nie zakłócana przypadkowymi wyda­
rzeniami, wszelkimi zewnętrznymi wpływami, jednakowa w doli i nie­
doli.


Jedno tylko było i pozostało stałą troską mojej żony: wszystko, co poruszało mnie najgłębiej, załatwiałem sam z sobą, nawet jej nie mo­głem tego ujawnić.

Pobraliśmy się, gdy tylko było to możliwe, aby wspólnie zacząć na­sze twarde życie, które wybraliśmy dobrowolnie z najgłębszego naszego przekonania. Jasno widzieliśmy oboje długą, ciężką i męczącą drogę do naszego celu. Nic nie miało nas od tego odwieść.

Życie nasze w ciągu następnych pięciu lat rzeczywiście nie było lekkie, lecz nawet największe trudności nie mogły nas zniechęcić. By­liśmy szczęśliwi i zadowoleni, gdy nasz przykład i osiągnięcia pozyski­wały wciąż nowych wyznawców dla naszej idei.

Urodziło nam się już troje dzieci — na nowe jutro, na nową przy­szłość. Wkrótce miano nam przydzielić ziemię.

Stało się jednak inaczej.

W czerwcu 1934 r. otrzymałem wezwanie Himmlera, abym wstąpił do czynniej służby w SS. Miało mnie to sprowadzić z drogi, po której dotychczas szedłem tak pewnie i z taką świadomością celu.

Długo, długo nie mogłem powziąć żadnej decyzji — wbrew moim normalnym zwyczajom. Pokusa, by znowu zostać żołnierzem, była jed­nak zbyt silna. Silniejsza niż wątpliwości mojej żony, czy ten zawód potrafi wypełnić mi życie i dać wewnętrzne zadowolenie. Jednakże zgodziła się widząc, jak bardzo pociągała mnie perspektywa zostania znowu żołnierzem.

Ponieważ dano mi nadzieję na szybki awans i związane z tym finan­sowe korzyści, oswoiłem się z myślą, że wprawdzie będę musiał zejść z naszej dotychczasowej drogi, lecz mimo to będę mógł trwać przy na­szym, celu. Ten cel życia — gospodarstwo rolne jako ostoja rodziny, jako przybytek nasz i naszych dzieci — był dla nas czymś niewzruszal­nym także i w późniejszych latach. Nigdy od tego nie odstąpiliśmy. Po wojnie chciałem wystąpić z czynnej służby i stworzyć gospodarstwo rolne.

Po długich, pełnych wątpliwości rozważaniach zdecydowałem się przejść do aktywnej służby w SS.

Dziś głęboko żałuję, że opuściłem ówczesną drogę. Moje życie i ży­cie mojej rodziny biegłoby inaczej, chociaż obecnie również nie mieli­byśmy własnego domu ani gospodarstwa. Mielibyśmy jednak za sobą lata pracy dającej wewnętrzne zadowolenie. Któż jednak może prze­widzieć bieg ludzkich losów wzajemnie się o siebie zazębiających? Co jest słuszne, a co błędne?


OBÓZ KONCENTRACYJNY W DACHAU (1934—1938)

Przy powołaniu mnie przez Himmlera do aktywnej służby w SS, do oddziału wartowniczego przy obozie koncentracyjnym, 14 nie zastana­wiałem się nad założeniami, obozów koncentracyjnych. Pojęcie takiego obozu było mi zbyt obce: nic nie mogłem sobie wyobrazić. W samot­ności naszego wiejskiego życia na Pomorzu niewiele słyszeliśmy o obo­zach koncentracyjnych. Miałem wciąż przed oczyma tylko czynną służ­bę żołnierską, życie wojskowe.

Przybyłem do Dachau. Stałem się znowu rekrutem, ze wszystkimi radościami i przykrościami tego okresu.15 Zostałem sam instruktorem. Życie żołnierskie porwało mnie. W czasie wykładów i pouczeń słysza­łem o ,,wrogach państwa" — więźniach za drutami, o obchodzeniu się z nimi i ich pilnowaniu, o użyciu broni i niebezpieczeństwie grożącym ze strony tych „wrogów państwa" — jak ich nazywał Eicke, 16 inspek­tor obozów koncentracyjnych.

Widywałem więźniów przy pracy, przy wychodzeniu z obozu i po­wrocie; słyszałem o nich od kolegów, którzy pełnili służbę w obozie już od 1933 r.

Pamiętam dokładnie pierwszą karę chłosty, którą widziałem. Sto­sownie do zarządzenia Eickego przy wykonaniu tej kary musiała być obecna co najmniej jedna kompania SS. Dwaj węźniowie zostali skazani na 25 kijów za kradzież papierosów w kantynie. Oddział pod bronią ustawił się w otwarty czworobok. W środku stał kozioł do wymierzania chłosty. Obaj więźniowie zostali przyprowadzeni przez Blockführerów. Ukazał się komendant obozu. Schutzhaftlagerführer i najstarszy stopniem Kompanieführer złożyli meldunek, a Rapportführer odczytał zarządzenie o wymiarze kary.

Pierwszy musiał się położyć na koźle więzień małego wzrostu, za­twardziały, aspołeczny przestępca. Dwóch żołnierzy załogi trzymało mocno głowę i ręce, a dwaj Blockführerzy na zmianę wymierzali karę, cios po ciosie. Więzień nie wydał głosu. Inaczej było z drugim— moc­nym, barczystym przestępcą politycznym. Już po pierwszym uderzeniu

14       Pierwszy  taki  oddział  utworzył  Eicke w  obozie  koncentracyjnym  Dachau  z  początkiem
1934  roku.  Był  to  Oddział  Wartowniczy  Górna Bawaria  (Wachtruppe  Oberbayern),   który  sta­
nowił  wówczas jeszcze jednostkę   ogólnej   SS   (Allgemeine  SS).   Dopiero  w  lipcu   1934   r.   po
mianowaniu    Eickego    inspektorem    obozów    koncentracyjnych    i    oddziałów    trupich    główek
(Totenkopfverbande)    wyłączono    te    oddziały    z    szeregów    ogólnej    SS.    Z    dotychczasowej
Wachtruppe    Oberbayern    der   Allgemeinen    SS    powstała    SS-Totenkopfstandarte    Oberbayern
(Dok. Norymb. NO-2329).

15         Aczkolwiek,   wstępując   do   oddziałów   wartowniczych,   Höss   miał   w   Allgemeine   SS
podoficerski  stopień SS-Unterscharführera,  został on wcielony  do tego oddziału jako  SS-man i
przeszedł   rekruckie   przeszkolenie   w   piechocie   (wyjaśnienia   Hössa   z   dnia   28.   9.   1946   r.).
W związku z tym patrz relacja Hössa o rangach w SS i wykaz stopni w SS.

16       Theodor Eicke — patrz charakterystyka na s. 269.


dziko wrzasnął i chciał się wyrwać. Krzyczał aż do ostatniego ciosu chociaż komendant wielekroć go nawoływał, aby był cicho. Stałem w pierwszym rzędzie i byłem zmuszony dokładnie przyglądać się całe­mu przebiegowi kary chłosty. Mówię „zmuszony", bo gdybym, stał w tylnym szeregu, nie patrzyłbym na to. Robiło mi się zimno i gorąco, gdy zaczęły się krzyki. Całe wydarzenie już od początku przyprawiło mnie o dreszcze. Później, na początku wojny, nie byłem tak wstrząśnię­ty przy pierwszej egzekucji, jak wówczas przy chłoście. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.

Aż do rewolucji 1918 r. w ciężkim więzieniu była stosowana kara chłosty, lecz później została zniesiona. Funkcjonariusz, który stale wy­konywał tę karę, pełnił jeszcze służbę; nazywano go ,,łamaczem kości". Nieokrzesany, „obrzydliwy osobnik, zawsze śmierdzący alkoholem wszyscy więźniowie byli dla niego tylko numerami. Łatwo można go było sobie wyobrazić, jak chłoszcze więźniów. W piwnicy więziennej widziałem też kiedyś kozioł do chłosty i kije. Przechodziły mnie ciarki, gdy wyobraziłem sobie w związku z tym ,,łamacza kości".

Przy następnych karach chłosty (przy których musiałem być obecny, dopóki byłem w oddziale) zawsze stawałem z tyłu. Później, gdy byłem już Blockführerem, uchylałem się od asystowania przy wykonywaniu tej kary, jeśli tylko było to możliwe, a w każdym razie od bicia. Łatwo mi się to udawało, ponieważ kilku Blockführerów chętnie się tym trud­niło. Jako Rapportführer, jako Schutzhaftlagerführer musiałem być obecny przy karaniu chłostą. Nie robiłem tego chętnie. Gdy jako ko­mendant sam stawiałem wniosek o karze chłosty, rzadko byłem przy jej wykonywaniu. Na pewno nie stawiałem wniosku tych kar lekko­myślnie. 17

Dlaczego tak się wzdragałem przed wymierzaniem kary chłosty? Mimo najlepszej woli nie potrafię powiedzieć.

W tym czasie był jeszcze jeden Blockführer, z którym działo się zu­pełnie to samo co ze mną i który również stale się uchylał od wyko­nywania   kary   chłosty;   był   on   później   Schutzhaftlagerführerem   w   Brze-

1 Q

zince i Ravensbruck — Schwarzhuber.

17        W   sprawie   kary   chłosty   -   patrz   Regulamin   obozów   koncentracyjnych.   Formularz,   na
którym   sporządzano   wniosek   o   zatwierdzenie   wymiaru   tej   kary,   przewidywał   od   5   do   25
uderzeń.   Zachowały   się  akta  w  sprawie  kary  chłosty  wymierzonej   więźniowi   oświęcimskiemu
nr   122060  za.   to,   że  pozwolił  wyrwać   sobie  złoty  ząb,   za  który   otrzymał   chleb.   Oświęcim
postawił wniosek o 20 kijów, WVHA zatwierdził 10.

18         SS-Obersturmführer   Johann   Schwarzhuber   należał   do   SS   od   1933   r.   Pełnił   kolejno
służbę  w  obozach  koncentracyjnych  w Dachau,   Sachsenhausen,   Oświęcim-Brzezinka  i  Ravens-
briick.   W   tych   ostatnich   był   Lagerführerem.    Gdy   dnia   12.    1.    1945   r.   objął      funkcję
w  Ravensbruck,   liczba  więźniarek  wynosiła   około   25   tysięcy,   a  gdy   hitlerowcy   w   3   i   pół
miesiąca    później    obóz    ten    rozwiązali,    było   już    tylko    12    tysięcy    więźniarek.    Zaledwie
Schwarzhuber   przybył   do   Ravensbruck   z   niedobitkami   Oświęcimia,   natychmiast   rozpoczęły
się masowe mordy. Przyznał on, że rozstrzeliwane kobiety patrzyły śmierci w oczy z taką


Blockführerzy. którzy kwapili się do wykonywania chłosty, to nie­mal bez wyjątku podstępne, nieokrzesane, gwałtowne, często ordynar­ne kreatury; zachowywali się w podobny sposób również w stosunku do kolegów i swoich rodzin. Dla nich więźniowie nie byli ludźmi. (Trzech z nich powiesiło się w areszcie, gdy w późniejszych latach w innych obozach zostali pociągnięci do odpowiedzialności za maltretowanie więźniów).

Także i wśród szeregowych SS-manów było wielu takich, którzy wy­konywanie kary chłosty traktowali jako interesujące widowisko, jako rodzaj wesołej zabawy ludowej. Ja z pewnością do nich nie należałem.

Jeszcze za moich rekruckich czasów w Dachau przeżyłem następują­cy wypadek: Podoficerowie SS razem z więźniami dokonali w rzeźni malwersacji na wielką skalę. Czterech członków SS zostało skazanych przez sąd monachijski (sądów SS wówczas jeszcze nie było) na wyso­kie kary pozbawienia wolności. Zostali oni w pełnym umundurowaniu przeprowadzeni przed batalionem, wartowniczym i osobiście przez Eicke-go zdegradowani oraz w sposób hańbiący wyrzuceni z SS. Zerwał on im własnoręcznie wyłogi i dystynkcje, kazał ich przeprowadzić przed po­szczególnymi kompaniami, po czym przekazał wymiarowi sprawiedli­wości w celu odbycia kary.

Wypadek ten posłużył Eickemu za temat do wygłoszenia dłuższego pouczenia i ostrzeżenia. Powiedział: „Najchętniej przebrałbym tych czterech w więzienne ubiory, ukarał chłostą i posłał do ich wspólników za drutami. Jednakże Reichsführer SS nie zgodził się na to. Podobny los oczekuje każdego, kto się zadaje z więźniami za drutami. Wszystko jedno, czy w zamiarach przestępnych, czy z powodu współczucia. I jed­no, i drugie jest równie godne nagany. Każdy minimalny objaw współ­czucia pokazuje wrogom państwa słabą stronę, z której nie omieszkają zaraz skorzystać. Jakiekolwiek współczucie dla wrogów państwa jest niegodne członka SS. Dla ludzi miękkiego serca nie ma miejsca w sze­regach SS i dobrze by zrobili, gdyby jak najszybciej wstąpili do klasz­toru. W SS potrzebni są tylko ludzie twardzi, zdecydowani, słuchający ślepo każdego rozkazu. Nie darmo noszą trupią główkę i stale nabitą broń! Są oni jedynymi żołnierzami, którzy również w czasie pokoju mają dniem i nocą stać w obliczu nieprzyjaciela, nieprzyjaciela za drutami".

Już degradacja i wyrzucenie z SS było bolesnym wydarzeniem, które musiało bardzo dotknąć każdego żołnierza, a szczególnie mnie, przeży­wającego to po raz pierwszy. Lecz jeszcze więcej refleksji nasunęło mi pouczenie Eickego. Nie mogłem, jednak wyrobić sobie zdania o tych

odwagą, iż „asystując przy jednej z egzekucji, był tym głęboko poruszony" (Lord Russell of Liverpool: Pod biczem swastyki, Czytelnik 1956, s. 229). Schwarzhuber został w dniu 3. 2. 1947 r. skazany na karę śmierci i w dniu 3. 5. 1947 r. stracony.


„wrogach   państwa",   „wrogach   za   drutami"      przecież   ich   dotychczas nie znałem. Wkrótce miałem ich poznać dostatecznie dokładnie.

Po półrocznej służbie w oddziale przyszedł nagle rozkaz Eickego, w myśl którego wszyscy starsi wiekiem oficerowie i podoficerowie mają opuścić oddziały i objąć stanowiska w obozie. Między nimi byłem i ja. Zostałem przeniesiony jako Blockführer do obozu koncentracyjnego. Wcale mi się to nie podobało. Wkrótce potem, gdy przybył Eicke, zgło­siłem się do raportu. Przedstawiłem mu prośbę, aby zechciał mnie wy­jątkowo przenieść z powrotem do oddziału. „Jestem z krwi i kości żołnierzem i tylko możność zostania znowu żołnierzem mogła mnie w ogóle skłonić do aktywnej służby w SS". Eicke znał dokładnie koleje mego życia i dlatego właśnie uważał, że nadaję się szczególnie do tej służby, gdyż na własnej skórze doświadczyłem niegdyś, jak się obcho­dzono z więźniami. Jego zdaniem nikt inny nie był bardziej odpowiedni do pracy w obozie koncentracyjnym niż właśnie ja. Eicke dodał, że nie będzie robić żadnych wyjątków, jego rozkaz jest zasadniczy i nie­odwołalny.

Musiałem słuchać, bo byłem przecież żołnierzem! Sam tego chciałem. W tej chwili zatęskniłem za ciężką pracą na roli i za ciężką ale swo­bodną drogą, którą szedłem dotychczas. Lecz nie było już powrotu!

Ze szczególnym uczuciem, wstępowałem w nowy krąg mego działa­nia, w nowy świat, z którym miałem pozostać złączony i mocno związa­ny przez następnych dziesięć lat.

Wprawdzie sam byłem przez sześć lat więźniem i znałem dostatecz­nie życie więźniów, ich przyzwyczajenia, ich jasne, a jeszcze bardziej ciemne strony, wszystkie uczucia i niedole, ale obóz koncentracyjny był dla mnie jednak czymś nowym. Zasadniczą, olbrzymią różnicę między życiem w areszcie, więzieniu a życiem w obozie koncentracyj­nym miałem dopiero poznać. Poznałem ją gruntownie, często tak grun­townie, że nie było to dla mnie przyjemne.

Wraz z dwoma innymi nowicjuszami Schwarzhuberem i Remmele,19 późniejszym Kommandoführerem w hucie Zgoda,20 postawiono mnie w obliczu więźniów bez dokładniejszych instrukcji Schutzhaftlagerfuh-rera czy Rapportführera. Dosyć onieśmielony stałem przy wieczornym apelu przed powierzonymi mi więźniami skazanymi na pracę przymuso­wą, którzy przyglądali się ciekawie nowemu Kompanieführerowi (jak

19     SS-Hauptscharführer Josef Remmele (ur. 3. 3. 1903 r.) był Rapportführerem w Dachau. Później
zostai przeniesiony do Oświęcimia.

20     przy Hucie Zgoda  (Eintrachtshutte)  w  Świętochłowicach na  Śląsku znajdował  się jeden
z licznych oświęcimskich obozów pracy. Więźniowie tego obozu pracowali dla huty. W obozie
znajdowało  się 2000 więźniów,  a planowano go na pomieszczenie  dalszych  3000.  Początkowo
nosił nazwę Lager Swientochlowitz, którą później zmieniono na Lager Eintrachtshutte.


nazywali    się   wówczas   Blockführerzy).    Jakie   pytanie   malowało    się   na ich twarzach — mogłem zrozumieć dopiero później.

Mój Feldwebel (tak wówczas nazywano blokowego) miał pod swoją opieką kompanię, zwaną później blokiem. On, podobnie jak pięciu jego kaprali (sztubowych), byli więźniami politycznymi, starymi, ideowymi komunistami, dawnymi żołnierzami, którzy chętnie opowiadali o swych żołnierskich czasach. Uczyli oni więźniów, przeważnie rozwiązłych i wy­kolejonych, porządku i czystości, do czego nie potrzebowałem się zu­pełnie wtrącać. Również sami więźniowie starali się usilnie o to, aby nie podpaść Od ich zachowania się i wyników pracy zależało bowiem, czy zostaną zwolnieni po pół roku, czy też zostaną zatrzymani w celach wychowawczych na dalszy kwartał lub półrocze.21

W krótkim czasie poznałem dokładnie swoją kompanię składającą się z około 270 ludzi i mogłem wyrobić sobie pogląd na to, czy dojrzeli oni do zwolnienia. Było zaledwie kilku takich, których w okresie kie­rowania blokiem musiałem kazać zakwalifikować do aresztu ochronnego jako niepoprawnych, aspołecznych. Kradli jak kruki, uchylali się od wszelkiej pracy i byli hultajami pod każdym względem. Większość więźniów — poprawieni — odchodziła po upływie wyznaczonego dla nich terminu. Recydywistów prawie nie było.

Więźniów, którzy nie byli przedtem karani lub w inny sposób obcią­żeni jako aspołeczni, przygnębiał areszt; szczególnie ludzie starsi, którzy nigdy nie mieli konfliktów z prawem, wstydzili się. Teraz zostali naraz ukarani, ponieważ z głupoty, z bawarskim uporem wielokrotnie uciekali z pracy, zanadto smakowało im piwo albo inne powody skłoniły ich do łazikowania, a Urząd Pracy — do wysłania ich do obozu. Wszyscy jednak przechodzili mniej lub bardziej łatwo do porządku nad złymi stronami obozu, wiedzieli bowiem, że po upływie ich czasu znowu będą wolni.

Inaczej jednak przedstawiała się sprawa reszty, dziewięciu dziesią­tych obozu: jednej kompanii Żydów, emigrantów, homoseksualistów i badaczy Pisma św., jednej kompanii aspołecznych i siedmiu kompanii więźniów politycznych, przeważnie komunistów.

Jeśli chodzi o tych więźniów politycznych, to czas ich uwięzienia był zupełnie nieokreślony, zależał od nieobliczalnych czynników. Więź­niowie ci wiedzieli o tym, i dlatego tak ciężko znosili tę niepewność. Już

21 Jedynie w pierwszym okresie istnienia obozów koncentracyjnych więźniowie byli w nich osadzani na ustalony okres. Od 1936 r. o zwolnieniu decydowała placówka, na której rozkaz więzień został osadzony w obozie. Decyzja zapadała na podstawie opinii kierownictwa obozu. Po wybuchu wojny w 1939 r. przyjęta została zasada osadzania więźniów w obozach koncentracyjnych na czas nie określony, w zasadzie aż do czasu zakończenia wojny. Wyjątek stanowili więźniowie skierowani do obozu ,,na wychowanie" (Erziehungshaft-linge), których czas pobytu był określony, jakkolwiek mógł być dowolnie przedłużany.


choćby dlatego życie w obozie było dla nich męką. Rozmawiałem o tym z wieloma rozsądnymi, rozumnymi więźniami politycznymi. Oświadczali oni jednomyślnie, że mogliby się pogodzić ze wszystkimi przykrościami obozu, z samowolą SS-manów lub więźniów funkcyjnych, twardą dys­cypliną obozową, wieloletnią koniecznością współżycia w grupie, jedno-stajnością wszystkich codziennych czynności — z tym wszystkim moż­na się uporać, ale nie z niepewnością, jak długo będą uwięzieni. To był czynnik najbardziej rozkładowy, osłabiający nawet najmocniejszą wolę. Niepewność co do czasu uwięzienia, zależnego często od samowoli pod­rzędnych funkcjonariuszy, była — według moich obserwacji — tym czynnikiem, który wywierał najgorszy i najsilniejszy wpływ na psychi­kę więźniów.

Zawodowy przestępca skazany na przykład na 15 lat więzienia wie­dział, że najpóźniej po upływie tego czasu, a przypuszczalnie o wiele wcześniej, wyjdzie na wolność.

Natomiast więzień polityczny, którego często aresztowano jedynie na podstawie nie udowodnionego doniesienia osobistego wroga, kiero­wany był do obozu koncentracyjnego na czas nieokreślony. To mogło trwać zarówno rok, jak i dziesięć lat. Badanie co kwartał spraw więź­niów, ustalone dla niemieckich więźniów, było czystą formalnością. De­cydujący głos miał organ zarządzający internowanie, a ten w żadnym razie nie chciał się przyznać do popełnionych błędów. Ofiarą pozostawał więzień, którego dola i niedola zależne były cd poglądu na sprawę przy­syłającej go placówki. Nie mógł on wnieść ani sprzeciwu, ani skargi. Szczęśliwy zbieg okoliczności tylko w wyjątkowych wypadkach dopro­wadzał do „ponownego badania" kończącego się niespodziewanym zwolnieniem. Były to jednak wszystko wyjątki. Zasadniczo czas uwię­zienia pozostawiony był kaprysowi losu.

Istnieją trzy kategorie osób wśród personelu nadzorczego, niezateż-nie od tego, czy chodzi o areszt śledczy, więzienie czy obóz koncentra­cyjny. Mogą one uczynić życie więźnia piekłem, ale mogą również ułat­wić i znośniej ukształtować jego ciężką egzystencję.

Złośliwe, z gruntu złe, nieokrzesane, nikczemne natury widzą w więź­niach tylko przedmiot, na którym mogą wyładowywać bez żadnych hamulców i sprzeciwów swe zboczone popędy, złe nastroje i kompleksy niższości. Nie znają ani współczucia, ani żadnych cieplejszych uczuć sympatii. Korzystają z każdej nadarzającej się okazji, aby dręczyć po­wierzonych im więźniów, zwłaszcza tych, których nie mogą znieść, ścier-pieć; dręczą ich począwszy od drobnych dokuczliwości przez całą skalę obrzydliwych machinacji wynikających ze zboczonych popędów aż do najcięższego maltretowania, zależnie od skłonności tego rodzaju typów. Szczególne zadowolenie znajdują w psychicznym dręczeniu swych ofiar.


Nawet najsurowszy zakaz nie wstrzymuje ich od takich praktyk. Tylko ścisły nadzór może ich hamować w stosowaniu pewnych rodzajów drę­czenia. Stale poszukują nowych metod tortur zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Biada powierzonym im więźniom, jeśli tego rodzaju kreatury mają przełożonych pobłażających ich złym skłonnościom, albo nawet zachęcających do tych praktyk, gdy sami mają podobne uspo­sobienie.

Druga kategoria funkcjonariuszy — przeważająca większość — to osobnicy obojętni, indyferentni, którzy pełnią służbę z tępotą, a swoje naj komiczniej sze obowiązki wypełniają dobrze lub niedbale. Więźnio­wie są dla nich przedmiotami, które mają nadzorować i pilnować. Nie zastanawiają się nad więźniami ani nad ich życiem. Dla własnej wygody stosują się do wydanych przepisów, trzymając się martwej litery za­rządzeń. Postępowanie w duchu przepisów jest dla nich zbyt męczące. Najczęściej są to ludzie ograniczeni, którzy w zasadzie nie chcą doku­czać więźniom, ale przez swoją obojętność, wygodnictwo i ograniczenie wyrządzają wiele szkody; dręczą i ranią niektórych więźniów fizycznie i psychicznie w sposób nie zamierzony. Oni właśnie przede wszystkim umożliwają więźniom panowanie nad współwięźniami, często w naj­bardziej zgubny sposób.

Trzecia kategoria dozorców to ludzie dobroduszni z natury, o dobrym sercu, zdolni do współczucia i zrozumienia czyjejś niedoli. Jednakże i oni bardzo się różnią między sobą. Istnieją tacy, którzy surowo i su­miennie stosują się do przepisów i nie tolerują u więźniów żadnych uchybień, ale dobre serce i dobra wola każą im interpretować przepisy na korzyść więźniów i próbować — o ile to leży w ich mocy — ulżyć położeniu lub przynajmniej niepotrzebnie nie utrudniać położenia więź­niów. Dalej idzie wiele odmian ludzi aż do naiwnie dobrodusznych, któ­rych naiwność jest wręcz zdumiewająca, którzy z dobroduszności i bez­granicznego współczucia pozwalają więźniom na wszystko, spełniają każde ich życzenie, pomagają im, jak tylko mogą, którzy nie mogą uwierzyć, że wśród więźniów znajdują się również i źli ludzie.

Surowość idąca w parze z życzliwością i zrozumieniem działa na ogół na więźnia uspokajająco, ponieważ poszukuje on ciągle ludzkiego zrozumienia, i to tym bardziej, im cięższe jest jego położenie. Dobre spojrzenie i dobre słowo, dobrotliwe skinienie głową sprawiają często cuda, zwłaszcza u natur wrażliwych. Jeśli odczuwa, że uwzględnia się jeszcze jego stan i jego sytuację, to skutek bywa wręcz nieoczekiwany. Nawet najbardziej zrozpaczeni i zrezygnowani więźniowie nabierają znów chęci do życia, gdy zobaczą lub odczują choćby najdrobniejszą oznakę ludzkiej życzliwości.

Każdy więzień próbuje korzystniej ukształtować swój los i poprawić


swe położenie. Korzysta z okazanej mu dobroci, z ludzkiego zrozumie­nia. Więźniowie o charakterze bezwzględnym decydują się wtedy na wszystko i próbują w tym kierunku dokonać wyłomu i przełomu. Po­nieważ więzień pod względem umysłowym na ogół przewyższa niższy personel strażniczy i nadzorczy, szybko znajduje słabą stronę u natur dobrodusznych, lecz ograniczonych. I to jest odwrotna strona okazywa­nia zbyt wielkiej dobroduszności i ufności w stosunku do więźniów. Nieraz jeden tylko dowód ludzkiej wyrozumiałości ujawniony wobec więźnia o silnej woli może pociągnąć za sobą cały łańcuch służbowych uchybień kończący się poważnym, a nawet najcięższym ukaraniem. Za­czyna się to od niewinnego przemycania listów, a kończy na pomocy w ucieczce spod straży lub z obozu.

Niech kilka przykładów zilustruje, jak postępowanie w tej samej sprawie dozorców trzech wyżej opisanych kategorii wywołać może róż­ne skutki.

W więzieniu śledczym. Przeziębiony więzień prosi dozorcę, aby bar­dziej odkręcił prowadzący do celi przewód centralnego ogrzewania. Złośliwy dozorca zamyka zupełnie kaloryfer i obserwuje, jak więzień wskutek zimna biega po celi i wykonuje ćwiczenia gimnastyczne. Na nocną służbę przychodzi inny dozorca, typ obojętnego funkcjonariusza. Więzień znów prosi o ogrzanie celi. Obojętny na wszystko dozorca od­kręca kaloryfer i przez całą noc nie troszczy się o celę. Po godzinie cela jest tak przegrzana, że więzień musi przez całą noc trzymać otwarte okno i w rezultacie przeziębią się jeszcze bardziej.

W więzieniu karnym. Kąpiel o różnych porach roku. Więźniów pro­wadzi do kąpieli złośliwy dozorca. Każe w środku zimy szeroko otworzyć okna w rozbieralni, ponieważ jest zbyt wiele pary. Poganiając wrzaskiem więźniów do pośpiechu, pędzi wszystkich pod prysznice, odkręca je cał­kiem, na gorąco, tak, że nikt nie może wytrzymać, a potem zmienia na zimno i wszyscy muszą stać pod prysznicami dłuższy czas. Uśmiechając się szyderczo, patrzy, jak więźniowie z zimna ledwo mogą się ubrać.

Innym razem, również w zimie, prowadzi więźniów do kąpieli dozor­ca obojętny. Więźniowie rozbierają się, a on siada i czyta gazetę. Po dłuższym czasie decyduje się wreszcie przerwać lekturę i odkręcić wodę. Nastawia na gorąco i zaczyna znowu czytać gazetę. Nikt nie może wejść pod strumienie wrzątku. Nawoływania więźniów nie prze­szkadzają dozorcy. Dopiero po przeczytaniu gazety wstaje i zakręca kurki. Nie umywszy się wszyscy więźniowie znów się ubierają. Dozor­ca spogląda na zegarek — jeśli chodzi o czas, obowiązek swój spełnił.

W obozie koncentracyjnym w żwirowni. Dobroduszny nadzorca troszczy się o to, aby wagony kolejki nie były przeładowane, aby pod gorę pchała podwójna załoga, aby szyny mocno przylegały do ziemi,


a  zwrotnice   były   nasmarowane.   Dzień   przechodzi   bez   krzyków,   a  mimo to wymagana norma pracy zostaje osiągnięta.

Złośliwy natomiast nadzorca każe wagony nadmiernie przeładowy­wać, musi je pchać pod górę pojedyncza obsada, a przez całą drogę pchanie wagonów odbywa się biegiem. Uważa za zbyteczne, aby jeden z więźniów kontrolował i smarował szyny. Skutek jest taki, że wagony wciąż się wykolejają, kapo wie 22 mają okazję do bicia, a znaczna część więźniów z powodu okaleczeń stóp już w południe nie może ruszyć do pracy. Przez cały czas rozlegają się dzikie wrzaski wszystkich pilnują­cych nadzorców. W rezultacie okazuje się wieczorem, że została wy­konana zaledwie połowa normy.

Wreszcie obojętny nadzorca. Ten w ogóle nie troszczy się o drużynę roboczą? pozwala działać kapo, którzy robią, co się im podoba; wyróż­niani przez nich więźniowie nic nie robią przez cały dzień, inni zaś muszą pracować wiele ponad normę. Strażnicy nic nie widzą, dowódca straży wciąż jest nieobecny.

Te trzy przykłady wybrałem z mnóstwa do nich podobnych, przeży­tych osobiście. Można by nimi zapełnić całe tomy. Mają one tylko wy­kazać w jaskrawy sposób, jak bardzo życie więźnia zależne jest od za­chowania się i charakteru poszczególnych strażników i dozorców, nie­zależnie od wszystkich przepisów i zarządzeń wydawanych i w dobrej wierze.

Życie więźnia czynią tak ciężkim nie dolegliwości fizyczne, lecz głów­nie i przede wszystkim przeżycia czysto psychiczne nie dające się za­trzeć, powstające wskutek samowoli, nikczemności i złośliwości jed­nostek spośród personelu strażniczego lub nadzorczego — złych lub obojętnych na wszystko. Przed bezwzględną, lecz sprawiedliwą suro­wością więzień umie się bronić, natomiast samowola i jawnie niespra­wiedliwe postępowanie godzą w jego psychikę jak ciosy maczugi. Jest bezsilny wobec nich i musi je znosić cierpliwie.

Dozorców i więźniów należy na ogół uważać za dwa wrogie sobie światy. Więzień jest zazwyczaj stroną atakowaną: z jednej strony przez

22Wyraz kapo z włoskiego capo (naczelnik, szef) — zapożyczony został od robotników włoskich, zatrudnionych przy budowie dróg w południowej Bawarii. W obozach koncentracyjnych wyraz kapo oznaczał więźnia, który pełnił funkcję nadzorcy nad innymi więź­niami. Wyraz ten został po raz pierwszy wprowadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, a wobec tego, ze obóz ten stał się pierwowzorem dla wszystkich innych obozów, przyjął się w oficjalnej terminologii hitlerowskich obozów koncentracyjnych.

W ostatnim opracowaniu niemieckiego żargonu przestępców podane jest następujące objaśnienie tego wyrazu: Kapo to więzień obozu koncentracyjnego (1933—1945), któremu obo­zowa komendantura SS zleciła rozkazywanie więźniom jakiejś drużyny roboczej. Jest to skrót francuskiego wyrazu caporal (Gefreiter). Żołnierze w czasie wojny 1939—1945 nazywali kapem każdego podoficera (Unterführer). Vorarbeiter cieślów ]uż od dawna nazywany jest kapo [SA. Wolf : Worterbuch des Rotwelschen. Deutsche Gaunersprache (cyt. dalej jako: Worterbuch des Rotwelschen), Mannheim 1956, s. 152, hasło 2460].


samo życie więzienne, z drugiej przez zachowanie się dozorców. Gdy chce się utrzymać na powierzchni, musi bronić swej skóry. Nie mogąc atakować tą samą bronią, musi znaleźć sobie inne środki i sposoby, aby się obronić. Zależnie od usposobienia albo pozwala, by wszystkie ataki przeciwnika rozbiły się o pancerz jego gruboskórności, i kroczy mniej lub bardziej niewzruszenie swoją własną drogą, albo staje się podstęp­ny, skryty i fałszywy i, wprowadzając w błąd przeciwnika, uzyskuje w ten sposób ulgi i ułatwienia, albo przechodzi do obozu nieprzyjaciela i zostaje kalifaktorem, kapo, blokowym itp. i w ten sposób stwarza sobie kosztem współwięźniów znośną egzystencję, albo stawia wszystko na jedną kartę i ucieka, albo wreszcie poddaje się, załamuje, podupada fizycznie coraz bardziej i popełnia w końcu samobójstwo.

To wszystko wydaje się nieprawdopodobne, a jednak jest prawdziwe.

Uważam, że na podstawie moich przeżyć, moich wieloletnich do­świadczeń i obserwacji mogę te sprawy należycie osądzić.

Praca w życiu więźnia odgrywa wielką rolę: może ona służyć do tego, aby mu stworzyć znośniejsze życie, lecz może prowadzić do jego zguby.

Dla każdego zdrowego więźnia — w normalnych warunkach — pra­ca jest potrzebą, wewnętrzną koniecznością. Jednakże nie dla notorycz­nych nierobów, próżniaków i innych aspołecznych darmozjadów; ci mogą doskonale wegetować bez pracy bez najmniejszych wewnętrz­nych cierpień.

Praca pomaga wypełnić pustkę życia w niewoli, pozwala na zmniej­szenie wszystkich niedoli powszedniego dnia więziennego. Gdy więzień wykonuje pracę dobrowolnie — rozumiem przez to wewnętrzną goto­wość — daje mu ona zadowolenie. Gdy znajdzie jeszcze możliwość za­trudnienia w swoim zawodzie lub pracę, która mu się podoba i odpo­wiada jego uzdolnieniom, wówczas zdobywa oparcie psychiczne nie dające się tak łatwo zburzyć nawet w najbardziej nie sprzyjających okolicznościach.

Praca w więzieniu i obozie koncentracyjnym jest wprawdzie obo­wiązkiem, przymusem, ale na ogół każdy więzień, przy właściwym za­trudnieniu go, daje dobrowolnie z siebie dość dużo. Natomiast wew­nętrzne niezadowolenie z pracy może jego całe życie uczynić bardzo uciążliwym. Ilu przykrości, cierpień, a nawet nieszczęść dałoby się uniknąć, gdyby inspektorzy i kierownicy pracy uwzględniali te fakty i chodzili po warsztatach i miejscach pracy z otwartymi oczyma!

Przez całe moje życie pracowałem chętnie i ochoczo. Często w naj­trudniejszych warunkach życiowych wykonywałem ciężką pracę fizycz-


ną: w szybie węglowym, w rafinerii nafty, w cegielni, ścinałem drzewa, ciosałem podkłady, kopałem torf. Nie istnieje w rolnictwie ważniejszy rodzaj pracy, którego bym osobiście nie wykonywał. Nie tylko jednak pracowałem, ale obserwowałem dokładnie ludzi wykonujących wraz ze mną te prace: ich postępowanie, przyzwyczajenia, warunki życia.

Mam prawo twierdzić, że wiem,, co to znaczy pracować, i potrafię pracę należycie ocenić. Zadowolony z siebie byłem zawsze tylko wtedy, gdy się porządnie napracowałem.

Od moich podwładnych nie wymagałem nigdy więcej pracy, niż ja sam byłem zdolny wykonać.

Nawet w areszcie śledczym w Lipsku, gdzie tyle rzeczy zaprzątało moją uwagę — samo śledztwo, obfita korespondencja, dzienniki i od­wiedziny — odczuwałem brak pracy. Wreszcie poprosiłem o zatrudnie­nie i uzyskałem zezwolenie. Kleiłem torebki. Chociaż praca była bardzo jednostajna, jednak wypełniała mi całkowicie znaczną część dnia i zmu­szała do pewnej regularności. Dobrowolnie włożyłem na siebie twardy obowiązek i to było istotne.

W więzieniu wybierałem w miarę możliwości takie prace, które zmu­szały także do skupienia uwagi, a więc nie czysto mechaniczne. Tego rodzaju praca chroniła mnie przez wiele godzin dnia od niepotrzebnych, rozkładowo działających rozmyślań. Wieczorem miałem uczucie zado­wolenia nie tylko dlatego, że znowu minął jeden dzień, ale i z tego powodu, że wykonałem sporo pracy. Najcięższą karą byłoby odebranie mi pracy.

Właśnie w obecnym więzieniu bardzo brak mi pracy. Jakże wdzięcz­ny jestem za zaproponowaną mi pracę pisania, która pochłania mnie całkowicie.23

Rozmawiałem o pracy z wielu towarzyszami w więzieniu, a później z wielu więźniami w obozach koncentracyjnych, szczególnie w Dachau.

23 Zdaniem Broszata takie ustosunkowanie się Hössa do danej mu możności pisania odbija się w treści i w stylu jego relacji. Są one produktem sumiennie wykonanej pracy więźniarskiej. Chcąc je jak najsolidniej podbudować, pisze w nich z pedantyczną skrupu­latnością także o tym wszystkim, co uważa za swój szczególny dorobek praktyczny, o długoletniej dokładnej znajomości psychologii więziennej i obozowej, o mentalności dozorców i więźniów. Bez wyczucia, jak takie pouczające sentencje nie przy stoją komen­dantowi Oświęcimia, Höss przeplata swoją autobiografię takimi «fachowymi» wywodami, pisanymi w stylu obrotnego funkcjonariusza więziennego, które wykazują te same cechy gadulstwa i dyletanckiej jałowości, co i biurokratyczna niemczyzna tylu sprawozdań grup uderzeniowych (Einsatzgruppen) i SD, które nadchodziły prawie codziennie do RSHA. Interesujące jest w tym chyba to, że w zasadzie wszystkie one obracają się wokół jednego zagadnienia — mianowicie techniczno-psychologicznego problemu możliwie najbardziej efek­tywnego obchodzenia się z więźniami. Stanowią niejako wskazówki na temat «problem kierowania więźriami w więzieniach i obozach» i mogłyby być równie dobrze skierowane do Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych" (M. Broszat: Wstęp do edycji „Kommandant in Auschwitz", s. 21).


Wszyscy byli przekonani, że życie za kratami i za drutami byłoby na dłuższą metę nie do zniesienia bez pracy, byłoby najcięższą karą.

Praca w niewoli jest nie tylko skutecznym środkiem utrzymania dys­cypliny (w dobrym znaczeniu tego słowa) ze względu na to, że pomaga więźniowi samemu utrzymać się w karbach, aby mógł się lepiej oprzeć demoralizującemu wpływowi więzienia; jest ona także środkiem wy­chowawczym dla więźniów o słabej woli, dla takich, których trzeba przyzwyczajać do wytrwałości, oraz dla tych, których dzięki błogosła­wionym skutkom pracy można jeszcze wyrwać z przestępczego śro­dowiska.

Wszystko, co poprzednio zostało powiedziane, ma znaczenie tylko w odniesieniu do normalnych warunków. W ten sposób należy rozumieć dewizę: praca czyni wolnym.24 Eicke zmierzał do tego, aby tych więź­niów, którzy wyróżnili się wytrwałą i pilną pracą zwalniano z obozów, nawet gdyby Gestapo i policja kryminalna były przeciwnego zdania. Kilka takich przypadków istotnie miało miejsce. Wojna zniweczyła jed­nak te dobre zamiary.

Napisałem tak obszernie o pracy, ponieważ sam nauczyłem się cenić jej wartość psychiczną i chcę wykazać, jak silnie oddziałuje ona na psy­chikę więźnia oraz jak ja to oddziaływanie ujmowałem.25

O tym, co uczyniono z pracy więźniów, zdam sprawę później.

Jako Blockführer w Dachau zetknąłem się bezpośrednio z poszcze­gólnymi więźniami nie tylko z mojego bloku. Do obowiązków Block-führerów należało wówczas cenzurowanie odchodzącej poczty więźniów. Kto przez dłuższy czas czyta listy więźnia, ten, posiadając dostateczną znajomość ludzi, uzyskuje dokładny wizerunek jego psychiki. Każdy więzień stara się w tych listach do żony lub matki przedstawić mniej lub bardziej otwarcie, zależnie od usposobienia, swoje potrzeby i troski. Na dłuższą metę żaden więzień nie potrafi ukryć swych myśli. Na dłuż-

24       W języku   niemieckim:   Arbeit  macht frei.   Höss   kazał  umieścić  taki   napis   nad  bramą
wejściową  do   obozu   oświęcimskiego.   Zachowany   do   dzisiaj,   świadczy   on   o   cynizmie   wład­
ców   SS   w   Oświęcimiu.   „Wynurzenia   Hössa   wskazują,   że   po   prostu   brakowało   mu   organu
dla   zrozumienia   cynizmu   takiej    «sentencji»   nad   bramą   obozu   oświęcimskiego   i   że   przy
swoim    ograniczonym    sposobie    myślenia    i    odczuwania    brał    on      w    pewnym    stopniu
poważnie"   (M.   Broszat   w   edycji:   Kommandant   in   Auschwitz,   s.   63,   przyp.    1).   To   samo
odnosi    się   do   rozmieszczanych   po   blokach   i   wymalowanych   na   dachu   kuchni   obozowej
w   Oświęcimiu   „kamieni   milowych   na   drodze   do   wolności"   o   następującej   treści:   „Istnieje
tylko  jedna   droga   do   wolności!   Kamieniami   węgielnymi   na   niej   są:   czystość,   punktualność,
posłuszeństwo, prawdomówność, pilność, ofiarność, miłość ojczyzny".

25       Höss  opiera  to  twierdzenie  na  swoim  osobistym  doświadczeniu  z  pobytu  w  więzieniu
przedhitlerowskim.    Badania    nad    szerzącą    się    w    hitlerowskich    obozach    koncentracyjnych
chorobą  głodową  i   nad  zmuzułmanieniem   wykazały,   że  u   ludzi   w  posuniętym   stanie   zagło­
dzenia  następuje  zarówno   destrukcja  i   zanik  wszystkich  organów,  jak  i   osłabienie,   zwłaszcza
psychicznych    procesów    życiowych.    Muzułman    znajduje    się    w    stadium    zamierania    także
i    pod   względem   psychicznym.    Normalne   zainteresowanie    otoczeniem   zanika   w   coraz   to
większym stopniu, aż w końcu wygasa także zainteresowanie własnym losem.


szą   metę   nie   potrafi   się   w   więzieniu   maskować   i   oszukać   wprawnego spojrzenia doświadczonego obserwatora. Podobnie i w listach.

Eicke wpoił w swoich SS-manów pojęcie ,,niebezpiecznych wrogów państwa" tak gruntownie i przekonująco, w ciągu lat tyle wygłosił na ten temat kazań, że każdy z SS-manów, który nie miał należycie wy­robionego poglądu, był całkowicie przesiąknięty nauką Eickego. I ja temu wierzyłem,. Szukałem więc teraz „niebezpiecznych wrogów państ­wa" i starałem się dociec, co ich czyniło tak niebezpiecznymi. I zna­lazłem niewielką liczbę zawziętych komunistów i socjaldemokratów, którzy — gdyby tylko udało się im wyjść na wolność — na pewno wywołaliby niepokój wśród ludności, którzy pdjęliby się wszystkiego, by prowadzić skutecznie robotę nielegalną. Przyznawali to zresztą otwarcie. A sama masa — byli to także działacze komunistyczni i so­cjaldemokratyczni, którzy również walczyli o swoją ideę, prowadzili robotę i osobiście przynieśli idei narodowej i NSDAP wiele uszczerbku, wyrządzając mniej lub więcej szkody. Lecz przy bliższym przyjrzeniu się i w codziennym współżyciu okazywali się niegroźnymi, spokojnymi ludźmi, którzy poznawszy, że ich świat legł w gruzach — pragnęli już tylko wziąć się spokojnie do pracy zapewniającej im byt oraz wrócić do rodziny.

Jestem przekonany, że w latach 1935—1936 śmiało można było zwol­nić z Dachau trzy czwarte wszystkich więźniów politycznych, nie wy­rządzając tym Trzeciej Rzeszy najmniejszej szkody. Jedna czwarta więźniów była jednak fanatycznie przekonana, że jej świat znowu od­żyje. W stosunku do tej części trzeba było nadal stosować środek za­bezpieczający. Na nią to składali się owi ,,niebezpieczni wrogowie pań­stwa". Łatwo było ich rozpoznać, nawet wówczas, kiedy nie przyznawali się otwarcie do swoich poglądów i usiłowali się maskować.

O wiele niebezpieczniejsi dla państwa i narodu jako całości byli za­wodowi przestępcy i osobnicy aspołeczni karani już uprzednio 20—30 razy.

Eicke przez nieustanne pouczanie i odpowiednie rozkazy o prze­stępczości więźniów i o tym, jak niebezpieczni są oni, dążył do nasta­wienia SS-manów przeciwko więźniom, wywołania wrogiego do nich stosunku, tłumienia z góry jakichkolwiek odruchów współczucia. Stale oddziałując w tym kierunku, wyhodował właśnie w naturach prymityw­nych antypatię i nienawiść do więźniów, jakiej ludzie postronni nie są w stanie sobie wyobrazić. Takie nastawienie rozszerzyło się na wszyst­kie obozy koncentracyjne, na wszystkich pełniących tam służbę SS-ma­nów i oficerów; była to spuścizna Eickego działająca wiele lat po jego odejściu ze stanowiska inspektora. Tą pełną nienawiści postawą tłuma-


czy   się   maltretowanie   więźniów   i   wszystkie   ich   udręki   w  obozach   kon­centracyjnych.

Tę zasadniczą postawę wobec więźniów zaostrzył jeszcze wpływ wywierany przez starych komendantów, jak Loritz 26 i Koch,27 dla któ­rych więźniowie nie byli ludźmi, lecz „Ruskami" albo ,,Kanakami".

Więźniowie oczywiście zdawali sobie sprawę z tej nienawiści sztucz­nie hodowanej. Fanatyków i ludzi zawziętych umacniało to w ich posta­wie, ludzi dobrej woli raniło i odpychało.

Każde „pouczenie" Eickego dawało się zaraz odczuć w obozie. Na­strój więźniów natychmiast się pogarszał; z lękiem obserwowano każde poruszenie SS-manów. Roiło się od pogłosek i plotek obozowych o za­mierzonych zarządzeniach; powstawał powszechny niepokój. Bynajmniej nie dlatego, by wprowadzano od razu gorsze traktowanie ogółu więź­niów. Nie, tylko więźniowie odczuwali bardziej wrogą postawę prze­ważającej części personelu wartowniczego i nadzorczego.

Muszę stale podkreślać, że więźniów w ogóle, a więźniów obozów koncentracyjnych szczególnie przygnębiały, dręczyły i doprowadzały do rozpaczy nie tyle fizyczne dolegliwości, ile przeżycia psychiczne. Dla większości więźniów nie jest obojętny fakt, czy dozorcy odnoszą się do nich wrogo, obojętnie czy życzliwie. Nawet wówczas, gdy do­zorca nie przysparza więźniowi cierpień fizycznych, sama jego wroga i nienawistna postawa, samo jego ponure spojrzenie zatrważa, przygnę­bia i dręczy więźnia. Jakże często więźniowie w Dachau zadawali mi pytania: „Dlaczego SS tak nas nienawidzi, przecież i my jesteśmy ludźmi!" Już to powiedzenie wystarcza, aby wyjaśnić, jaki stosunek panował ogólnie między SS a więźniami.

Nie wierzę, aby Eicke osobiście tak nienawidził „niebezpiecznych

26     Hans Loritz (ur.  21.   12.   1895  r.),  członek NSDAP (nr 298668) i  SS (nr 4165), był do
kwietnia    1930    r.    w    stopniu    SS-Standartenführera    komendantem    obozu    koncentracyjnego
w   Esterwegen,   następnie,   po   awansowaniu   na   SS-Oberführera,   został   na   miejsce   SS-Ober-
führera Keinricha Deubela (ur.   19.  2.   1890  ,  r.,  nr  SS   186)  komendantem  obozu w Dachau,
a od początku 1940 r. do 31. 8.1942 r. był komendantem obozu w Sachsenhausen.

27      Karl  Otto Koch (ur.  2.  8.   1897 r.),  członek NSDAP (nr 475586) i  SS  (nr  14830), był
w   1935   r.   dowódcą załogi  wartowniczej   obozu  w  Esterwegen,   został  w tymże  roku  komen­
dantem   obozu   koncentracyjnego   Columbia-Haus   w   Berlinie,   a   z   dniem   3.4.1936   r.,   jako
następca  Loritza,   komendantem   obozu  w  Esterwegen.   W  dniu   1.   8.1937  r.   objął  Koch jako
SS-Standartenführer   obóz   koncentracyjny   w   Buchenwaldzie,   który   dopiero   pod  jego   rządami
został   w   zasadzie   wybudowany   i   którego   komendantem   pozostał      do   grudnia   1941    r.
Z  powodu  nadużyć  natury  finansowej   oraz  despotycznego  i  barbarzyńskiego — nawet według
kryteriów   prawnych    SS       terroru   w   Buchenwaldzie    musiał    wreszcie    zostać    odwołany.
Aresztowany z końcem   1941   r.,  został za wstawiennictwem Himmlera zwolniony i  mianowany
komendantem   obozu   koncentracyjnego  na  Majdanku   pod  Lublinem,   skąd  w   sierpniu   1942   r.
przeszedł do straży pocztowej.  Aresztowany ponownie w grudniu  1943  r., został  skazany przez
sąd SS na karę śmierci i z początkiem 1945 r. stracony (Dok. Norymb. NO-2366).


wrogów państwa" i tak nimi pogardzał, jak to nieustannie przedsta­wiał oddziałom wartowniczym. Sądzę raczej, że jego ciągłe podjudzanie przeciwko więźniom miało tylko na celu zmuszanie SS-manów do näj-baczniejszej uwagi, do ciągłej czujności i gotowości. Tle złego to wy­rządzi i jak daleko sięgać będą skutki świadomego „podjudzania" — nad tym, się już nie zastanawiał.

Tak wychowany i wyszkolony w duchu Eickego, miałem pełnić służ­bę w obozie koncentracyjnym: w charakterze Blockführera, Rapport-führera, zarządcy magazynu, i tutaj muszę przyznać, że pełniłem zawsze służbę sumiennie i starannie, ku zadowoleniu wszystkich; nie pobłaża­łem więźniom, byłem surowy, a często twardy, ale sam byłem zbyt dłu­go więźniem, aby nie widzieć ich niedoli. Nie bez wewnętrznego współ­czucia odnosiłem się do wszystkich „wydarzeń" w obozie.

Zewnętrznie zimny, wręcz kamienny, lecz wewnętrznie najgłębiej wzburzony, uczestniczyłem w wizjach lokalnych z okazji samobójstw, zastrzeleń przy próbie ucieczki (dobrze potrafiłem przy tym rozpoznać, które z nich było sfingowane, a które rzeczywiste), wypadków przy pracy, „pójścia na druty", przy sądowych oględzinach zwłok w pokoju sekcyjnym; uczestniczyłem przy karach chłosty i wykonaniu innych kar, które Loritz wyznaczał i najczęściej osobiście nadzorował, przy „jego" robotach karnych, przy „jego" wykonywaniu kary. Z powodu mojej ka­miennej maski Loritz był głęboko przekonany, że nie potrzebuje mnie „hartować", jak to czynił z upodobaniem w stosunku do tych SS-manów, którzy wydawali mu się zbyt łagodni.

I tu właśnie zaczyna się moja wina. Uświadomiłem sobie wyraźnie, że nie nadawałem się do tej służby, gdyż nie zgadzałem się wewnętrznie z takim życiem i postępowaniem w obozie koncentracyjnym, jakiego wymagał Eicke. Byłem wewnętrznie zbyt mocno związany z więźniami, ponieważ zbyt długo sam żyłem ich życiem, sam przeżywałem ich niedolę.

Wówczas powinienem był udać się do Eickego lub do Reichsführe-ra SS i powiedzieć im, że nie nadaję się do służby w obozie koncentra­cyjnym, gdyż mam zbyt wiele współczucia dla więźniów. Nie zdobyłem się na tę odwagę! Nie chciałem bowiem kompromitować się, nie chcia­łem przyznać się do mojej miękkości; byłem zbyt uparty, aby się przy­znać, że poszedłem błędną drogą, gdy odstąpiłem od zamiaru osiedlenia się na roli.

Do aktywnej służby w SS poszedłem dobrowolnie, czarny mundur stał się dla mnie zbyt drogi, abym mógł chcieć go zrzucić w taki spo­sób. Przyznanie się, że jestem zbyt miękki do służby w SS, pociągnęłoby


za   sobą   niewątpliwie   usunięcie   z   szeregów,   a   co   najmniej   zwykłą   dy­misję. A tego nie zniósłbym.

Długi czas walczyło we mnie moje wewnętrzne przekonanie z po­czuciem obowiązku wierności wobec przysięgi SS i uroczystego ślubo-wania führerowi.28   Czy miałem zostać dezerterem?

Nawet moja żona nic nie wie o tej mojej rozterce, o tym przekona­niu. Do tej pory stanowiło to moją tajemnicę.

Jako stary narodowy socjalista byłem głęboko przekonany o ko­nieczności istnienia obozów koncentracyjnych. Prawdziwi wrogowie państwa musieli zostać internowani; aspołeczni i zawodowi przestępcy, których na podstawie obowiązujących wówczas praw nie można było ukarać, powinni byli zostać pozbawieni wolności, aby zabezpieczyć na­ród przed ich zgubnym działaniem. Byłem również głęboko przekonany, że zadanie to przeprowadzić może tylko SS jako siła ochronna nowego państwa.

Nie zgadzałem się jednak z poglądami Eickego na mieszkańców obo­zu, z rozbudzaniem przez niego w personelu strażniczym najniższych uczuć nienawiści, z jego polityką personalną polegającą na tym, że przydzielał do służby ludzi bez kwalifikacji, że pozostawiał na stano­wiskach ludzi nieodpowiednich, często wręcz nie do zniesienia. Nie zgadzałem się z samowolą, od której zależał czas trwania uwięzienia.

Jednakże na skutek pozostania w obozie koncentracyjnym przyswoi­łem sobie obowiązujące tam poglądy, rozkazy i zarządzenia. Pogodzi­łem się z moim losem, który dobrowolnie sobie wybrałem, wierząc skrycie, że później dostanę przecież inny przydział służbowy. Na razie jednak nie można było o tym myśleć, gdyż według opinii Eickego na­dawałem się do pracy wśród więźniów.

Przyzwyczaiłem się wprawdzie do wszystkiego, czego w obozie kon­centracyjnym nie można było zmienić, nigdy jednak nie stępiałem na ludzką niedolę. Widziałem i odczuwałem ją zawsze. Najczęściej musia­łem jednak przechodzić nad nią do porządku, ponieważ nie wolno mi było być miękkim. Chciałem, by mnie okrzyczano jako twardego, po­nieważ nie chciałem uchodzić za miękkiego.

28 Tekst przysięgi składanej przez członków formacji wojskowej SS brzmiał: „Składam przed Bogiem świętą przysięgę, że będę bezwzględnie posłuszny führerowi Rzeszy i narodu niemieckiego Adolfowi Hitlerowi - naczelnemu dowódcy Wehrmachtu i że jako dzielny żołnierz będę gotów w każdej chwili w imię tej przysięgi oddać życie". Tekst ślubowania miał następujące brzmienie: „Przysięgam ci, Adolfie Hitlerze, jako führerowi i kanclerzowi Rzeszy, że będę ci wierny oraz mężny, i ślubuję tobie oraz wyznaczonym przez ciebie przełożonym posłuszeństwo aż do poświęcenia życia. Tak mi dopomóż Bóg!" Członkowie SS składający przysięgę czy ślubowanie podpisywali jednocześnie protokoły zawierające ich teksty.


OBÓZ KONCENTRACYJNY W SACHSENHAUSEN (19381940)

Przeszedłem do Sachsenhausen jako adiutant.29 Tam zaznajomiłem się z Inspektoratem Obozów Koncentracyjnych, jego pracą, jego zwy­czajami. 30 Poznałem bliżej Eickego i jego wpływ na obóz i załogę. Zet­knąłem się z Gestapa.31 Z korespondencji poznałem związki, które łączyły wyższe placówki SS. Krótko mówiąc, uzyskałem szerszy ho­ryzont.

Przez kolegę ze sztabu łączności Hessa 32 słyszałem o wielu sprawach z otoczenia führera. Pewien długoletni mój towarzysz zajmował kie­rownicze stanowisko w Urzędzie do Spraw Młodzieży,33 inny w sztabie Rosenberga 34 jako referent prasowy, jeszcze inny w Izbie Lekarskiej. Z tymi dawnymi kolegami z czasów korpusu ochotniczego 35 spotykałem się teraz często w Berlinie i lepiej niż dotychczas poznałem i zostałem wtajemniczony w idee partii i jej zamiary.

W owych latach dawał się zauważyć w Niemczech ogromny postęp: przemysł i handel znajdowały się w rozkwicie, jakiego nigdy przedtem nie było, sukcesy Adolfa Hitlera w polityce zagranicznej były dosta-

29     Zadania   adiutanta   opisał   Höss   w  Regulaminie   obozów   koncentracyjnych.   Najogólniej
można   je   określić   jako   zadania   kierownika   biura   komendanta   obozu   (Seschäftsführer   des
Kommandanten).

30     Siedzibą Inspektoratu był obóz koncentracyjny w Oranienburgu,  założony już w  1933  r.
przez   berlińską   SA.    Oddalony   o   kilka   kilometrów   znacznie   większy   obóz   koncentracyjny
w   Saćhsenhausen   został   utworzony   przez   SS   w  latach   1935-1936.   Po jego   założeniu   obozy
w   Oranienburgu,   Esterwegen   i   Columbia-Haus   utraciły   samodzielność   organizacyjną.    Część
więźniów   z  tych   obozów   przeniesiono   do   obozu   w   Sachsenhausen,   z   resztą  więźniów   pod­
legały   cne   temu   obozowi  jako   obozy   poboczne   (Aussenkommandos).   Ze   względu   na   bliskie
sąsiedztwo   obóz   w   Sachsenhausen   podlegał   w   szczególnej    mierze   bezpośredniej    kontroli
i nadzorowi Eickego.

11

Patrz Wykaz niemieckich terminów i skrótów — Gestapo i RSHA.

32     Rudolf Hess  (ur.  25.11.   1900  r.),  członek NSDAP  od   1920  r.,  a od   1933  r.  zastępca
Hitlera  jako  führera   tej   partii.   W   maju   1941   r.   zbiegł   samolotem   do   Anglii,   gdzie   był
internowany   do   końca  wojny.   Wyrokiem   Międzynarodowego   Trybunału   Wojskowego   (MTW)
w Norymberdze z dnia 1.10. 1946 r. został skazany na karę dożywotniego więzienia.

Informatorem Hössa mógł być ówczesny SA-Standartenführer Mackensen, który również wstąpił do partii w 1922 r. i w 1939 r. był Stabsgeschäftsführerem w placówce „zastępcy führera" w Monachium.

33        Retchsjugendfuhrung        naczelna    placówka    organizacyjna    młodzieży    hitlerowskiej
z  Baldurem  von   Schirachem  na  czele.   Schirach   skazany  został  w Norymberdze  przez  MTW
na karę 20 lat wiezienia.

34      Alfred  Rosenberg,   autor  osławionej   pracy   „Mit  XX  wieku'',   był  teoretykiem  ideologii
hitleryzmu.   W   1934   r   został   mianowany   zastępcą  Hitlera   do   spraw   wychowania   członków
NSDAP   w   światopoglądzie   narodowosocjalistycznym.   W   czasie   wojny   został   powołany   na
stanowisko   ministra   Rzeszy   dla   okupowanych   terenów   wschodnich.   Wyrokiem   MTW   został
skazany na karę śmierci i stracony za udział w spisku i za zbrodnie przeciwko pokojowi.

35      Patrz Wstęp  i  uwagi  G.  Reitlingera,  który  pisze,  że brak jest wyraźnej   granicy,  gdzie
kończą   się   korpusy   ochotnicze,   a   zaczynają  hitlerowskie   SA   i   SS.   Hitlerowcy   nie   wstąpili
na   miejsce   członków   korpusów,   lecz   ci   zostali   wciągnięci   przez   partię   hitlerowską  i   zlali
się   z   nią.   Partia   przejęła   od   korpusów   ochotniczych   swastykę,    sposób   pozdrawiania   się,
brunatne  koszule  i   skomplikowane   stopnie  w   SA  i  w   SS.   Rudolf Höss  był  produktem  kor­
pusów   ochotniczych,    a   prawie   każdy   znaczniejszy    oficer   SS   z   pewnych   roczników   był
członkiem tych Korpusów (G. Reitlinger: Die SS, s. 12, 15, 16, 278).


tecznie oczywiste, aby zamknąć usta każdemu niedowiarkowi czy prze­ciwnikowi. Partia opanowała państwo. Sukcesy były niezaprzeczalne. Droga i cel NSDAP były słuszne. Wierzyłem w to mocno i bez najmniej­szej wątpliwości. Moja wewnętrzna udręka — czy mam nadal pozostać w obozie koncentracyjnym, mimo że się do tego nie nadaję — ustąpiła na plan dalszy, ponieważ nie stykałem się już tak bezpośrednio z więź­niami jak w Dachau. Poza tym w Sachsenhausen nie było takiej atmo­sfery nienawiści, jaka panowała w Dachau, mimo iż na miejscu była placówka Eickego. Inna jednak była załoga: wielu młodych rekrutów, wielu młodych oficerów ze szkół junkierskich. Starzy ,,dachauowcy" byli nieliczni.

Komendant był inny.36 Wprawdzie bardzo surowy i twardy, ale przecież obdarzony dużym poczuciem sprawiedliwości i fanatycznym poczuciem obowiązku. Jako stary oficer SS i narodowy socjalista stał się dla mnie wzorem. Widziałem w nim nieustannie własne odbicie w powiększonym formacie. Także i on miewał momenty, kiedy wystę­powała na jaw jego dobroduszność, jego miękkie serce, a mimo to we wszystkich sprawach służbowych był twardy i nieubłaganie surowy.

W ten sposób unaoczniał mi on stale, jak wymagana w SS twarda konieczność powinna zmuszać do milczenia wszystkie odruchy łagod­ności.

Nadeszła wojna, a wraz z nią wielka zmiana w życiu obozów kon­centracyjnych. Lecz któż. mógł wówczas przewidzieć, jakie straszliwe za­dania zostaną powierzone w ciągu wojny obozom koncentracyjnym?

W pierwszym dniu wojny Eicke wygłosił przemówienie do dowód­ców formacji zapasowych, które zluzowały jednostki czynnej SS na terenie obozów. Podkreślił w nim, że teraz twarde prawa wojny sta­wiają swe żądania: każdy SS-man bez względu na dotychczasowe życie musi całkowicie oddać się sprawie. Każdy rozkaz musi być uważany za święty i nawet najcięższy i najtrudniejszy ma być wykonany bez wahania. Reichsführer SS wymaga od każdego oficera SS wzorowego poczucia obowiązku i poświęcenia się dla narodu i ojczyzny aż do zu­pełnego wyrzeczenia się siebie. Głównym zadaniem SS w tej wojnie jest ochrona państwa Adolfa Hitlera, przede wszystkim wewnątrz kraju, przed każdym niebezpieczeństwem. Rewolucja, jak w 1918 r., strajk ro­botników fabryk amunicji, jak w 1917 r.,37 są wykluczone. Każdy po-

36       Komendantem   obozu   koncentracyjnego   w   Sachsenhausen   był   od   początku    1938   r.
SS-Standartenführer Hermann Baranowski (ur.   11.  6.   1884 r., nr NSDAP 34321, nr SS 24009),
który   poprzednio   (od    1936   r.)   pełnił   pod   kierownictwem   Loritza   funkcje   Schutzhaftlager-
führera  
w   Dachau.   Baranowski   zmarł   w   1939   r.   Jego   następcami   w   Sachsenhausen   byli:
SS-Standarteuführer Walter Eisfeld, członek NSDAP (nr 4802) i SS (nr 1996), a następnie Loritz.

37     Chodzi prawdopodobnie o strajk w styczniu 1918 r.


jawiający się przeciwnik państwa, każdy sabotaży sta wojenny powinien być zniszczony. führer żąda od SS, aby broniła ojczyzny przed wszel­kimi wrogimi knowaniami.

Dlatego on, Eicke, żąda, aby dowódcy wychowywali żołnierzy z for­macji zapasowych, pełniących teraz służbę w obozach, w duchu nie­ubłaganej surowości w stosunku do więźniów. Będą musieli wykony­wać najcięższą służbę i twarde rozkazy. Ale po to są teraz tutaj. SS ma pokazać, że słuszne było surowe wychowanie, które otrzymała w czasie pokoju. Tylko SS może uchronić państwo narodowosocjalistyczne od wszelkich niebezpieczeństw wewnętrznych. Wszystkim innym organiza­cjom brakuje niezbędnej do tego surowości.

Tego samego wieczoru wykonano w Sachsenhausen pierwszą egze­kucję wojenną. Pewien komunista odmówił udziału w pracach przy obronie przeciwlotniczej w zakładach Junkersa w Dessau. Wskutek doniesienia straży fabrycznej został aresztowany przez miejscowe Sta-po, przewieziony do Gestapo w Berlinie i poddany przesłuchaniu. Ra­port przedstawiono Reichsführerowi SS, który zarządził natychmiastowe rozstrzelanie. W myśl tajnego rozkazu mobilizacyjnego wszystkie egze­kucje zarządzone przez Reichsführera. SS lub przez Gestapa miały być wykonywane w najbliższym obozie koncentracyjnym.

O godzinie 22 zatelefonował Müller z Gestapa, że kurier z rozka­zem jest w drodze. Rozkaz ma być natychmiast wykonany. Wkrótce potem nadjechało auto osobowe z dwoma urzędnikami policji i jednym cywilem w kajdanach. Komendant otworzył awizowane pismo; znajdo­wały się w nim tylko następujące słowa: ,,N.N. ma być rozstrzelany na rozkaz Reichsführera SS. Należy mu to oznajmić w areszcie, a w go­dzinę potem rozkaz wykonać".

Komendant zakomunikował skazanemu otrzymany rozkaz. Skazany był całkowicie opanowany, jakkolwiek nie liczył się z rozstrzelaniem, jak to później powiedział. Mógł napisać do rodziny i otrzymał papiero­sy, o które prosił.

Eicke został zawiadomiony przez komendanta i przyszedł w oznaczo­nym terminie. Jako adiutant byłem szefem sztabu komendy i w tym charakterze — stosownie do tajnego rozkazu mobilizacyjnego—miałem przeprowadzić egzekucję.

Gdy rankiem po ogłoszeniu o wybuchu wojny komendant otworzył rozkazy mobilizacyjne, obaj nie myśleliśmy, że przepis o egzekucjach znajdzie zastosowanie już tego samego dnia.

Wyszukałem szybko trzech starszych, spokojnych podoficerów szta­bu, powiedziałem im, co ma nastąpić, pouczyłem o zachowaniu się i przeprowadzeniu egzekucji. Na dziedzińcu szybko wkopano pal.


Zaraz też nadjechały auta. Komendant polecił skazanemu, aby ustawił się przy palu. Podprowadziłem go. Ustawił się spokojnie. Cofnąłem się i dałem rozkaz ognia, skazany upadł, a ja oddałem strzał dobijający. Lekarz stwierdził trzy rany przestrzałowe serca. Oprócz Eickego było obecnych przy egzekucji jeszcze kilku oficerów formacji zapa­sowych. 39

Po rannym przemówieniu Eickego nikt z nas nie myślał, że zapo­wiedź stanie się tak szybko surową rzeczywistością. Nawet Eicke, jak sam powiedział po egzekucji.

Byłem tak bardzo zajęty przygotowaniami do egzekucji, że dopiero po niej opamiętałem się naprawdę. Wszyscy oficerowie obecni przy egzekucji siedzieli potem jeszcze chwilę w kasynie. Rzecz charakterys­tyczna, że nie nawiązała się między nimi żadna prawdziwa rozmowa; każdy zajęty był własnymi myślami. Każdy przypominał sobie instruk­cje Eickego i każdemu stawała przed oczyma z całą wyrazistością sro-gość wojennych wydarzeń. Wszyscy obecni — z wyjątkiem mnie — byli to starsi panowie, którzy brali udział jako oficerowie w wojnie światowej, byli od dawna oficerami SS i jeszcze w czasie bójek wieco­wych w bojowym okresie NSDAP dowiedli swej odwagi. Wszyscy jed­nak pozostawali pod silnym wrażeniem egzekucji i ja nie mniej od nich.

W ciągu następnych dni oczekiwało nas dosyć podobnych prze­żyć. Prawie dzień w dzień musiałem występować ze swym oddziałem egzekucyjnym.

Chodziło głównie o jednostki uchylające się od pełnienia służby woj­skowej oraz o sabotaży stów. Powodów egzekucji można się było dowie­dzieć tylko od urzędników policji towarzyszących skazanym, ponieważ w rozkazie egzekucyjnym nie były one podawane.

Jeden wypadek szczególnie mnie poruszył. Pewien oficer SS, urzęd­nik policji, z którym miałem często do czynienia, przyprowadzał bowiem do obozu szczególnie ważnych więźniów lub oddawał komendantowi Ważne, tajne pisma, został pewnej nocy nagle dostarczony do obozu w celu natychmiastowego rozstrzelania. Jeszcze poprzedniego dnia sie­dzieliśmy razem w kasynie i rozmawialiśmy także o egzekucjach. Teraz przyszła kolej na niego samego, a ja musiałem wykonać rozkaz! Nawet dla mojego komendanta było tego za wiele. Po egzekucji obaj długo chodziliśmy po terenie, aby się uspokoić.

39 Według Broszata chodzi najprawdopodobniej o egzekucję Johanna Heinena z Dessau, wymienionego na pierwszym miejscu na liście Ministerstwa Sprawiedliwości stanowiącej Dokument Norymberski NO-190. Jako przyczynę egzekucji podano w tej liście, że Heinen otrzymał zlecenie wzięcia udziału w pracach ziemnych przy budowie urządzeń lotniczych i zleceniu temu odmówił twierdząc, że jest bezpaństwowcem. W liście Ministerstwa podany jest 7. 9. 1939 r. jako dzień egzekucji (Kommandant in Auschwitz, s. 69, przyp. 2). Patrz również M. Broszat: Żur Perversion der Strafjustiz im III Reich (cyt dalej jako: Zur Perversion der Strafjustiz), „Vierteljahrshefte für Zeitgeschichte" 1958, nr 4.


Dowiedzieliśmy się od urzędnika towarzyszącego skazanemu, że ten ostatni otrzymał polecenie aresztowania byłego funkcjonariusza komu­nistycznego i dostarczenia go do obozu. Oficer SS od dłuższego czasu znał dobrze w wyniku inwigilacji owego osobnika, który zachowywał się zawsze bardzo spokojnie. Z dobroduszności pozwolił mu udać się do mieszkania, aby mógł się przebrać i pożegnać z żoną. Podczas gdy oficer i jego towarzysz rozmawiali w sąsiednim pokoju z żoną aresztowanego, ten uciekł przez drugi pokój. Gdy stwierdzono ucieczkę, było już za późno.

Oficer SS został natychmiast aresztowany w Gestapa w czasie skła­dania meldunku o ucieczce, a Reichsführer SS zarządził natychmiasto­wą rozprawę sądu wojennego. W godzinę później zapadł przeciwko oficerowi wyrok śmierci. Jego towarzysz został skazany na długoletnią karę pozbawienia wolności. Reichsführer SS odrzucił nawet wstawien­nictwo Heydricha 40 i Müllera o ułaskawienie. Pierwsze poważne prze­winienie służbowe w czasie wojny ze strony oficera SS miało być ukarane w sposób odstraszająco surowy. Skazany był przyzwoitym, człowiekiem, lat około trzydziestu, żonatym, ojcem trojga dzieci; dotych­czas pełnił służbę sumiennie i wiernie, a teraz padł ofiarą swej ufności i dobroci serca. Poszedł na śmierć opanowany i spokojny.

Nie mogę jednak pojąć do dnia dzisiejszego, jak ja mogłem spokoj­nie dać rozkaz ognia. Trzej żołnierze, którzy strzelali, nie wiedzieli, kogo mają zastrzelić; dobrze, że nie wiedzieli, może zadrżałyby im ręce. Wewnętrzne wzburzenie ledwie pozwoliło mi przyłożyć skazanemu pi­stolet do skroni, aby oddać strzał dobijający. A jednak potrafiłem się tak opanować, że obecni nie zauważyli nic szczególnego. W parę dni później rozmawiałem z jednym z trzech podoficerów oddziału egzeku­cyjnego i spytałem go o to.

Ta egzekucja wciąż stoi mi przed oczyma w związku z nieustannym żądaniem od nas przezwyciężania się i nieugiętej surowości. Wówczas myślałem, że było to już zbyt nieludzkie, a Eicke wciąż prawił kazania, że trzeba być jeszcze twardszym. SS-man musi umieć zgładzić nawet najbliższych krewnych, gdy wykroczą przeciwko państwu lub idei Adolfa Hitlera. ,,Ważne jest tylko jedno: rozkaz!" To był nagłówek jego listów.

Co to znaczyło i co Eicke przez to rozumiał — dowiedziałem się

40 SS-Obergruppenführer Keinhard Heydrich (ur. 7.3. 1904 r.) był członkiem NSDAP (nr 544916) i SS (nr 10120). W 1936 r. został powołany na Szefa Policji Bezpieczeństwa i Służ­by Bezpieczeństwa, a w 1939 r. - na szefa RSHA. Po rozbiorze Czechosłowacji we wrześniu 1938 r. i utworzeniu tzw. Protektoratu Czech i Moraw Heydrich został mianowany zastępcą protektora (von Neuratha). W czerwcu 1942 r. podczas pobytu w Pradze Heydrich został zgładzony przez czeski ruch oporu. Żona Heydricha — Lina pobiera pensję jako wdowa po „poległym" generale SS.


w   tych   pierwszych   tygodniach   wojny.   Nie   tylko   ja,   lecz   także   wielu starych oficerów SS.

Niektórzy z nich, mający wysoki stopień służbowy i od dawna nale­żący do SS, mieli odwagę powiedzieć w kasynie, że ta katowska robota hańbi czarny mundur SS. Doniesiono o tym Eickemu. Wezwał ich do wytłumaczenia wypowiedzianych słów, potem zwołał zebranie wszyst­kich oficerów należących do jego oranienburskiej placówki i zwrócił się do zebranych mniej więcej w ten sposób:

Uwagi tych osób o katowskiej robocie SS świadczą, że mimo dłuż­szej przynależności do SS nie pojęły one jeszcze jej zadań. Najważniej­szym zadaniem SS jest ochrona nowego państwa za pomocą wszystkich możliwych środków. Każdy przeciwnik — zależnie od stopnia swego niebezpieczeństwa — musi być albo należycie izolowany, albo zniszczo­ny. I jedno, i drugie może być wykonane tylko przez SS. Jedynie w ten sposób da się zapewnić państwu bezpieczeństwo do czasu stworzenia no­wych ustaw rzeczywiście chroniących państwo i naród. Zniszczenie wroga państwa wewnątrz kraju jest takim samym obowiązkiem jak zniszczenie go na froncie, a więc nigdy nie może być nazywane obelżywie. Poczy­nione wypowiedzi wskazują na obciążenie dawnymi, mieszczańskimi poglądami, które wskutek rewolucji Adolfa Hitlera stały się od dawna przestarzałe. Wypowiedzi te świadczą o miękkości i niegodnym oficera SS uczuciowym mazgajstwie, które może się stać nawet niebezpieczne. Dlatego też musi on winnych zameldować Reichsführerowi SS do uka­rania. Wyprasza sobie raz na zawsze takie ślamazarne nastawienie. W swoich szeregach potrzebuje tylko ludzi bezwzględnie twardych, którzy rozumieją znaczenie trupiej główki noszonej jako szczególna od­znaka honorowa.

Reichsführer SS nie ukarał wprost tych oficerów. Zostali tylko ostrzeżeni przez niego osobiście i odpowiednio pouczeni. Nie awanso­wali jednak i przez całą wojnę pozostali tylko Obersturmführerami i Hauptsturmführerami w SS. Musieli też pozostać w zasięgu władzy inspektora obozów koncentracyjnych aż do końca wojny. Ponieśli ciężkie konsekwencje, nauczyli się jednak milczeć i spełniać swoje obowiązki z zaciśniętymi zębami.

Na początku wojny więźniowie obozów koncentracyjnych godni no­szenia broni stanęli przed komisjami poborowymi okręgowych komend wojskowych. Uznanych za zdolnych do służby wojskowej zgłaszano do Gestapa lub do RKPA; urzędy te albo kierowały takie osoby do służby wojskowej, albo też zatrzymywały je.

W Sachsenhausen było wielu badaczy Pisma św. Wielu z nich odmó­wiło pełnienia służby wojskowej, za co zostali skazani na śmierć przez


Reichsführera SS. Rozstrzelano ich w obozie w obecności wszystkich więźniów ustawionych w szeregach.41 Badacze Pisma św. musieli przy­patrywać się egzekucji z pierwszych szeregów.

Poznałem już wielu religijnych fanatyków: w miejscach odpusto­wych i w klasztorach w Palestynie, Hedżasie, Iraku i Armenii, kato­lików i prawosławnych, muzułmanów, szyitów i sunitów. Lecz badacze Pisma św. w Sachsenhausen, a szczególnie dwaj z nich, przewyższali to wszystko, co dotychczas widziałem. Ci dwaj, szczególnie fanatyczni, odmawiali udziału we wszystkim, co miało jakikolwiek związek ze sprawami wojskowymi. Nie stawali na baczność, a więc nie zsuwali obcasów, nie przykładali rąk do szwów spodni, nie zdejmowali czapek. Mówili, że oznaki czci należą się tylko Jehowie, a nie człowiekowi. Nie istnieją dla nich żadni przełożeni, jedynym ich przełożonym może być tylko Jehowa. Tych dwóch osobników trzeba było usunąć z bloku badaczy Pisma św. i zamknąć w areszcie, ponieważ wzywali innych badaczy Pisma św. do podobnego postępowania.

Eicke skazał ich kilkakrotnie na karę chłosty z powodu ich niezdys­cyplinowanego zachowania się. Karę chłosty przyjęli z takim entuzjaz­mem, że można ich było posądzać niemal o perwersyjne usposobienie. Prosili komendanta o dalsze kary, aby tym lepiej mogli służyć swej idei i Jehowie. Po przeglądzie wojskowym, który — jak to zresztą było do przewidzenia — całkowicie zbojkotowali (odmówili nawet jakiegokol­wiek podpisu na dokumencie wojskowym), zostali także skazani na śmierć przez Reichsführera SS.

Gdy im w areszcie oznajmiono o wyroku, wpadli w niepohamowaną radość i zachwyt; nic mogli doczekać się egzekucji. Wciąż składali ręce, patrzyli z zachwytem w górę i wołali bezustannie: „Już wkrótce będzie­my u Jehowy, cóż za szczęście, że jesteśmy wybrańcami losu!" Parę dni przedtem byli obecni przy egzekucji swych współwyznawców i wtedy nie można ich było utrzymać — chcieli, aby również i ich rozstrzelano. Na to opętanie nie można było patrzeć. Przembcą musiano ich zabrać do aresztu. Na swoją egzekucję biegli niemal kłusem. W ża­den sposób nie chcieli dać się związać, aby tylko móc wznosić, ręce do Jehowy. W olśnieniu i zachwycie nie mającym już w sobie nic ludz­kiego stali przed drewnianą ścianą, czekając na rozstrzelanie. W ten sposób wyobrażałem sobie pierwszych chrześcijańskich męczenników czekających na arenie, aby rozszarpały ich dzikie zwierzęta. Szli na śmierć z rozjaśnionym obliczem, z oczyma skierowanymi ku niebu, ze złożonymi do modlitwy wzniesionymi rękami.

41 Nazwiska rozstrzelanych wówczas badaczy Pisma św. zawiera Dok. Norymb. NO-190. Patrz również E. K o g o n: Der SS-Staat, 1946, s. 211 i n.


Wszyscy, którzy widzieli ich śmierć, byli wzruszeni; nawet na plu­tonie egzekucyjnym zrobiło to wrażenie. Badacze Pisma św. tą męczeń­ską śmiercią swych współwyznawców zostali jeszcze bardziej umocnieni w swej wierze jako świadkowie Jehowy. Liczni z tych, którzy już pod­pisali zobowiązanie, że nie będą się więcej zajmować zdobywaniem no­wych wyznawców dla swej wiary — zobowiązanie to miało im pomóc do wyjścia na wolność — wycofali je, gdyż chcieli nadal cierpieć dla Jehowy.

Badacze Pisma św., zarówno mężczyźni, jak i kobiety, byli w życiu codziennym spokojnymi, pracowitymi i łatwymi w obcowaniu ludźmi, zawsze chętnymi do udzielania innym pomocy. Przeważnie byli to rze­mieślnicy, w Prusach Wschodnich także wielu chłopów należało do tej sekty. Dopóki w czasie pokoju ograniczali się do modłów, nabożeństw i zebrań, byli nieszkodliwi i nie byli niebezpieczni dla państwa. Gdy jednak od 1937 r. dał się zauważyć wzmożony werbunek do sekty, wów­czas poddano ją inwigilacji i zatrzymano działaczy, którzy dostarczyli dowodów, że nieprzyjaciel starał się świadomie i jak najgorliwiej o pro­pagowanie idei badaczy Pisma św., aby przy pomocy ideologii religijnej podkopać w narodzie wolę walki orężnej. Na początku wojny okazało się, na jak wielkie niebezpieczeństwo narażano by się, gdyby już od 1937 r. nie internowano naj czynniej szych funkcjonariuszy i najbar­dziej fanatycznych wyznawców tej sekty, kładąc w ten sposób tamę propagandzie świadków Jehowy.

W obozie badacze Pisma św. byli pilnymi i zasługującymi na zaufa­nie pracownikami. Można ich było wysyłać do pracy nawet bez nad­zoru. Chcieli cierpliwie znosić niewolę dla Jehowy. Odrzucali tylko bezwzględnie wszystko, co w jakikolwiek sposób było związane z woj­skiem i wojną. Tak na przykład, badaczki Pisma św. w Ravensbrück odmawiały zawijania pakietów opatrunkowych służących do udzielania pierwszej pomocy. Fanatyczki odmawiały ustawiania się do apelu i moż­na je było liczyć tylko w nie uporządkowanych gromadach.

Wprawdzie aresztowani badacze Pisma św. byli członkami Między­narodowego Zjednoczenia Badaczy Pisma św., ale w rzeczywistości nic nie wiedzieli o organizacji swego związku. Znali tylko funkcjonariuszy, którzy rozdzielali im pisma i którzy prowadzili godziny religii i zebra­nia. Nie mieli pojęcia, dla jakich celów politycznych jest wykorzysty­wana ich fanatyczna wiara. Gdy się im o tym mówiło, śmieli się, nie mogli tego zrozumieć.

Oni mieli iść tylko za wezwaniem Jehowy i być Mu wierni. Je­howa dawał im, natchnienie, mówił do nich za pośrednictwem Biblii (gdy się ją należycie czytało) i kaznodziejów. To wszystko było dla nich szczerą prawdą nie wymagającą wyjaśnień. Pragnęli cierpieć,


wicie własnego ja może być jakiś światopogląd realizowany i trwale utrzymywany.

Raz jeszcze muszę powrócić do kwestii egzekucji w Sachsenhausen na początku wojny.

Jak różne było zachowanie się skazanych przed śmiercią! Badacze Pisma św. szli na śmierć w nastroju szczególnego zadowolenia, rzec można rozpromienienia, w niewzruszonym przeświadczeniu, że teraz będą mogli dostać się do królestwa Jehowy. Skazańcy, którzy odmówili pełnienia służby wojskowej, i sabotażyści z motywów politycznych szli na egzekucję pewnie, opanowanie i spokojnie, poddając się swemu nie­uchronnemu losowi. Zawodowi przestępcy i osobnicy prawdziwie aspo­łeczni zachowywali się albo cynicznie, bezczelnie, występując na pozór odważnie, lecz drżąc wewnętrznie przed wielką niewiadomą, albo sza­leli i bronili się, albo błagali o pociechę religijną.

Dwa jaskrawe przykłady. Bracia Sass zostali schwytani w Danii w czasie obławy na przestępców i wydani Niemcom stosownie do umów międzynarodowych. Obaj byli słynnymi włamywaczami, specjalistami od rozpruwania kas. Byli wielokrotnie karani, nigdy jednak nie odsie­dzieli całkowicie kary, ponieważ zawsze udawało im się uciec. Wszelkie środki ostrożności były wobec nich bezskuteczne, gdyż zawsze umieli znaleźć okazję do ucieczki. Ostatnią ich słynną ,,robotą" było włamanie do najbardziej nowocześnie zabezpieczonego skarbca w podziemiach jednego z wielkich banków berlińskich. Zrobili podkop od grobu na cmentarzu położonym naprzeciw banku, przekopali się pod ulicą i przez podziemne chodniki dostali się do piwnicy bankowej. Udało się im zrabować złoto, dewizy i biżuterię o bardzo dużej wartości. Łup przechowywali bezpiecznie w kilku grobach i czerpali ze „swego banku" środki, dopóki nie zostali schwytani.

Te dwie sławy złodziejskie zostały skazane przez sąd berliński na 10 czy 12 lat więzienia, najwyższy wymiar kary, jaki można było zasto­sować na podstawie ustaw niemieckich. W dwa dni po wyroku Reichs-führer SS na podstawie specjalnego pełnomocnictwa kazał ich przewieźć z więzienia śledczego do Sachsenhausen na egzekucję. Mieli być na­tychmiast rozstrzelam.

Przywieziono ich autem aż do piaskami na terenie przemysłowym obozu. Urzędnicy, którzy ich przywieźli, mówili, że w drodze zachowy­wali się dość bezczelnie i wyzywająco, chcieli wiedzieć, dokąd ich wio­zą. Gdy się znaleźli na miejscu egzekucji, przeczytałem im rozkaz roz­strzelania. Zaczęli od razu krzyczeć: „To jest niemożliwe, skąd wam, to przyszło do głowy! Chcemy najpierw księdza!" itp. Nie chcieli się w ża­den sposób ustawić przy palu, tak że musiałem kazać ich związać. Bro-


nili się z całej siły. Byłem zadowolony, gdy wreszcie mogłem dać roz­kaz ognia.43

Wielokrotnie karany przestępca seksualny zwabił w Berlinie do sieni pewnego domu ośmioletnią dziewczynkę, tam ją zgwałcił i udusił. Sąd skazał go na 15 lat więzienia. Tego samego dnia został przywieziony do Sachsenhausen na rozstrzelanie. Jeszcze dziś widzę go, jak wysiada z auta przy wejściu na teren przemysłowy. Starszy osobnik o rozpust­nym wyglądzie i cynicznym uśmiechu wykolej eńca — typowy aspo­łeczny.

Rozkaz Reichsführera nie zezwalał na żadną zwłokę w stosunku do takich przestępców zawodowych. Gdy oznajmiłem mu, że będzie roz­strzelany, stał się bladożółty, zaczął przeraźliwie krzyczeć, jęczeć i mo­dlić się, potem wołał o łaskę. Odrażający widok! Także i jego musiałem kazać przywiązać do pala. Czy ci amoralni odczuwają lęk przed "świa­tem pozagrobowym"! Nie umiem sobie inaczej wytłumaczyć ich zacho­wania się.

Przed Olimpiadą nie tylko oczyszczono w Niemczech ulice z żebra­ków i włóczęgów, którzy powędrowali do domów pracy lub obozów koncentracyjnych, ale także usunięto z miast i uzdrowisk wiele prosty­tutek i homoseksualistów. W obozie koncentracyjnym miano ich wy­chować do pożyteczniejszych zajęć.44

Homoseksualiści stali się już w Dachau problemem dla zarządu obozu, jakkolwiek było ich tam mniej niż w Sachsenhausen. Komendant i Schutzhaftlagerführer byli zdania, że najbardziej celowe będzie roz­mieszczenie ich pojedynczo we wszystkich izbach całego obozu. Jeśli o mnie chodzi, byłem przeciwnego zdania, ponieważ znałem ich dość dobrze jeszcze z okresu mego pobytu w więzieniu.

Po krótkim czasie zaczęły przychodzić meldunki ze wszystkich blo­ków o szerzącym się homoseksualizmie. Kary nic nie pomagały. Zaraza się rozszerzała. Na mój wniosek wszyscy homoseksualiści zostali umieszczeni razem. Dostali sztubowego, który umiał się z nimi obcho­dzić. Także i podczas pracy byli zatrudniani w odosobnieniu od innych

43     Opisane   przez   Hössa   stracenie   braci   Sass  jest  jednym   spośród   wielu   przypadków,
w których  od  wybuchu  wojny  Gestapo  rozstrzeliwało  ludzi  albo  bez  wyroku  sądowego,   albo
nawet  wbrew  wyrokom   sądu.   Himmler  i   szef RSHA  Heydrich  mieli   w  tym   pełne  poparcie
Hitlera,   którego  zdaniem  „sądy  nie  dorosły   do  tego,   by  mogły   sprostać  szczególnym  warun­
kom wojny" (M. Broszat: Zur Perversion der Strafjustiz im III Reich).

Sprawę braci Franza i Ericha Sass opisuje M. Fabich: Die Straftaten der Gebrüder Sass, „Kriminalistik" 1941, nr 6. Relacja Hössa jest zgodna z tym opisem. Bracia Sass zostali rozstrzelani wbrew wyrokowi sądowemu. Po egzekucji podano w prasie, że zostali oni zastrzeleni, ponieważ stawiali czynny opór. Dok. Norymb. NG-390.

44    Dok.  Norymb.  PS-2928.   IMT t.   XXXI,   s.  299.   C.  Leibig:  Kriminalpolizeiliche  Aufga-
ben wahrend der Olympiaden in Deutschland, „Archiv für Kriminologie" 1937, s. 84-87 i 204-206.


więźniów (przez dłuższy czas ciągnęli walec drogowy).45 Przeniesiono do nich niektórych więźniów z innych grup, którzy również hołdowali temu nałogowi. Zaraza od razu wygasła. Jeśli nawet niekiedy zdarzały się stosunki homoseksualne, były to tylko odosobnione wypadki. W blo­ku tak homoseksualistów pilnowano, że nie mogło dojść do żadnych stosunków.

Jaskrawy wypadek pamiętam, dotychczas. Pewien książę rumuński, który mieszkał wraz z matką w Monachium, stał się tematem rozmów w mieście z powodu praktyk homoseksualnych. Mimo wszelkich wzglę­dów związanych z jego towarzyskimi stosunkami nie można było dłużej tolerować jego zachowania się i trzeba go było osadzić w Dachau. Po­licja uważała, że wskutek hulaszczego życia sprzykrzyły mu się kobiety i dlatego stał się homoseksualistą, szukając w tym nowej podniety i rozrywki. Reichsführer SS sądził, że ciężka praca i twarde życie w obozie wkrótce go uzdrowią.

Zaraz po dostarczeniu go do obozu zwróciłem na niego uwagę, jak­kolwiek nie wiedziałem jeszcze, o co chodzi. Jego błędny wzrok, wzdra­ganie się przy najmniejszym szmerze, miękkie, taneczne ruchy od razu zdradziły mi homoseksualistę. Zaczął płakać, gdy komendant podczas przeglądu nowych więźniów ostro go potraktował. Wstydził się także pójść do kąpieli.

Przyczynę tego zachowania zobaczyliśmy przy rozbieraniu się: całe jego ciało było wytatuowane i pokryte od szyi aż do przegubów rąk i nóg sprośnymi wizerunkami, przy czym osobliwe było to, że wizerunki te nie tylko pokazywały wszelkiego rodzaju perwersje, jakie kiedykol­wiek mózg ludzki wymyślił, ale i normalne stosunki z kobietami. Sek­suolog miałby niewątpliwie pole do nowych, ciekawych odkryć przy studiowaniu tej żywej książki z obrazkami. Więzień oświadczył, że wi­zerunki zrobione zostały według jego wskazówek we wszystkich moż­liwych miastach portowych starego i nowego świata.

Podczas fotografowania jego seksualnych tatuaży w biurze Służby Rozpoznawczej (wszystkie tatuaże musiały być fotografowane dla Po­licji Kryminalnej), przy ustawianiu i dotykaniu go popadł w stan szczególnego podniecenia. Poleciłem sztubowemu, aby ani na chwilę nie spuszczał go z oka, czyniąc specjalnie odpowiedzialnym za tego więźnia. Gdy po kilku godzinach zobaczyłem znowu tego osobliwego więźnia, sztubowy poprosił mnie, abym go niezwłocznie zwolnił, po-

45 Był to walec do ugniatania budowanych przez więźniów dróg obozowych. Höss przeniósł tę praktykę do Oświęcimia, gdzie do walca wprzęgano Żydów i księży, którzy musieli go ciągnąć biegiem w takt uderzeń kija. Poganiaczem był niemiecki kryminalista Krankenmann. Więzień, który padał ze zmęczenia, ginął pod ciosami jego pałki. W ten sposób wymordował on prawie wszystkich księży ze swego kommanda i bardzo wielu Żydów. Dr J. Sehn: Obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka (Auschwitz-Birkenau), s. 70.


nieważ „nowy" go „wykańcza". Stoi stale przy piecu i patrzy tępo przed siebie, z chwilą jednak, gdy ktoś się do niego zbliża albo usiłuje go odciągnąć od pieca, wpada znowu w podniecenie i zaczyna się onani­zować.

Zaprowadziłem więźnia do lekarza. Już przy pierwszych pytaniach dotyczących jego stanu wpadł w podniecenie. Zakomunikował, że od młodości cierpi z powodu silnego popędu seksualnego, w żadnym ro­dzaju stosunków nie znalazł jednak pełnego zadowolenia i nieustannie go poszukuje. Lekarz sporządził raport do Reichsführera SS i w zakoń­czeniu dodał, że więzień nie nadaje się do obozu koncentracyjnego, lecz kwalifikuje do zakładu leczniczego; jest z góry wykluczone, aby ciężką pracą można go było zmienić.

Raport został wysłany, a nowy więzień zgodnie z rozkazem poszedł do pracy. Miał wozić taczki z piaskiem. Zaledwie mógł podnieść pełną łopatę, upadał już przy pustych taczkach. Kazałem odprowadzić go z po­wrotem do izby i zameldowałem o tym komendantowi, który następne­go dnia chciał zobaczyć więźnia przy pracy. (Pracować musiał, gdyż taki był rozkaz Reichsführera SS).

Nazajutrz ledwie można go było doprowadzić do niezbyt odległej piaskami; ledwo się tam dowlókł. O pracy nie można było nawet my­śleć — przyznał to nawet Loritz. Zaprowadzono go z powrotem do izby i położono do łóżka. I to jednak okazało się zawodne — wciąż się ona­nizował. Lekarz mówił do niego jak do chorego dziecka, wszystko na próżno. Związano mu ręce, ale stale przecież tak być nie mogło. Dostał środki uspokajające i zimne okłady. Nic nie pomogło. Podupadał na si­łach coraz bardziej. Mimo to wypełzał jeszcze z łóżka, aby dostać się do innych więźniów. Do czasu rozstrzygnięcia sprawy przez Reichsführe­ra SS umieszczono go w areszcie, gdyż w obozie był już nie do zniesie­nia. W dwa dni później nie żył: umarł w czasie onanizowania się. Ogó­łem był pięć tygodni w obozie.

Reichsführer SS zarządził sekcję sądowo-lekarską i zażądał bardzo dokładnego sprawozdania. Sekcja, przy której byłem obecny, wykazała całkowite wyniszczenie fizyczne bez jakichkolwiek anormalności. Pro­fesor monachijskiego instytutu medycyny sądowej, który przeprowa­dzał sekcję, nigdy jeszcze w ciągu swej długoletniej praktyki nie zet­knął się z podobnym wypadkiem, a miał przecież niemałe doświadczenie.

Byłem obecny przy tym, jak komendant pokazał zwłoki matce. Po­wiedziała, że śmierć jest szczęściem dla niego i dla niej, stał się bowiem nie do zniesienia wskutek swego życia seksualnego pozbawionego wszelkich hamulców. Matka radziła się najsłynniejszych lekarzy spec­jalistów w całej Europie, jednak bezskutecznie. Uciekał z każdego sa­natorium. Był również w klasztorze, ale i tam nie mógł zostać. Ona


sama namawiała go w rozpaczy do samobójstwa, nie miał jednak od­wagi. Teraz ma przynajmniej spokój. Dziś jeszcze odczuwam wstrząs, gdy myślę o tym wypadku.46

W Sachsenhausen homoseksualiści byli umieszczani od razu w osob­nym bloku. Również i do pracy używani byli osobno. Pracowali w gli-niance wielkiej klinkierni. Była to praca ciężka i każdy z nich musiał wykonać określoną robotę. Byli wystawieni na wszelkiego rodzaju dzia­łania atmosferyczne. Codziennie musieli przywieźć określoną liczbę wa­gonów z gliną. Procesu wypalania bowiem nie wolno było przerywać wskutek braku surowca; musieli więc pracować przy każdej pogodzie — zarówno latem, jak i zimą.

Wpływ tej ciężkiej pracy, dzięki której znowu mieli się stać „nor­malnymi" ludźmi, był różny u homoseksualistów różnego rodzaju.

Najbardziej celowa i rzeczywiście skuteczna okazywała się praca w stosunku do „łazików". 47 Tak nazywano w żargonie berlińskim pros­tytuujących się mężczyzn szukających w ten sposób łatwego zarobku i unikających każdej, nawet najlżejszej pracy. Nie można było ich na­zwać prawidziwymi homoseksualistami; był to tylko ich zawód. Surowe życie obozowe i ciężka praca szybko wychowywały ten rodzaj więźniów. Większość z nich pilnie pracowała i dokładała wszelkich starań, aby się nie narazić i aby móc uzyskać możliwie jak najszybsze zwolnienie. Unikali oni bliskiego stykania się z tymi, którzy rzeczywiście byli ob­ciążeni tym nałogiem; chcieli w ten sposób wykazać, że z homoseksu­alistami nie mają właściwie nic wspólnego.

Wielu w ten sposób wychowanych odzyskiwało wolność i już nie powracało do obozu. Nauka była wystarczająco skuteczna, zwłaszcza że chodziło tu najczęściej o młodych chłopców.

Także część takich osobników, którzy stali się homoseksualistami ze skłonności, którym wskutek częstych stosunków znudziły się kobie­ty, którzy w swym pasożytniczym życiu szukali nowych podniet, mogła być wychowana i oduczona nałogu.

Ale nie dotyczyło to tych, którzy z powodu swych skłonności zbyt głęboko już wpadli w nałóg. Trzeba ich było traktować na równi z praw­dziwymi homoseksualistami o wrodzonych skłonnościach, takich zresztą było tylko kilku. Tym nie pomagała ani najcięższa praca, ani najsurow­szy dozór. Gdy tylko znajdowali okazję, leżeli w objęciach. Nawet naj­bardziej wyniszczeni fizycznie, tkwili nadal w niewoli nałogu. Łatwo można ich było rozpoznać. Mizdrzący się i krygujący w miękki, dziew-

46

Broszat opuścił cały ten opis, uznając go za bezwartościowy i przy rozwlekłości wchodzącej w bardzo odrażające szczegóły — rzucający światło raczej na postawę samego Hössa (Kommandant in Auschwitz, s. 77 przyp. 3).


47


W niemieckim oryginale: Strichjungen.


częcy sposób, o pieszczotliwym sposobie wyrażania się i zbyt przymil­nym sposobie bycia w stosunku do podobnych sobie osobników, odróż­niali się od tych, którzy albo zerwali z nałogiem, albo chcieli się od niego uwolnić. U tych ostatnich proces stopniowego uzdrawiania można było śledzić w toku dokładnej obserwacji.

Podczas gdy chcący zawrócić z dotychczasowej drogi i mający po temu silną wolę znosili nawet najcięższą pracę, inni wykańczali się fizycznie szybciej lub wolniej, zależnie od konstytucji. Ponieważ nie mogli lub nie chcieli wyzbyć się nałogu, wiedzieli, że nigdy już nie wyjdą na wolność. Ten dotkliwy uraz psychiczny przyśpieszał u tych wrażliwych natur ich fizyczny upadek. Jeśli dołączała się jeszcze do tego utrata „przyjaciela" wskutek choroby lub śmierci, to można było przewidzieć koniec. Wielu popełniło samobójstwo. W takiej sytuacji ,,przyjaciel" był wszystkim dla tego rodzaju natur. Zdarzyło się również parokrotnie, że dwaj przyjaciele umierali razem.

W 1944 r. Reichsführer SS polecił przeprowadzić w Ravensbrück badanie ,,nawróconych". Homoseksualistów, których uzdrowienie nie wydawało się całkiem pewne, zetknięto przy pracy niby mimo woli z prostytutkami i obserwowano ich. Prostytutki otrzymały polecenie zbliżania się do homoseksualistów w sposób nie rzucający się w oczy i podniecania ich płciowo. Poprawieni natychmiast korzystali z tej okazji, nie trzeba ich było zbytnio zachęcać. Nieuleczalni nie zwracali na ko­biety żadnej uwagi. Gdy zbliżały się do nich w sposób niedwuznaczny, odwracali się, drżąc z obrzydzenia i odrazy.

Po takiej próbie tym homoseksualistom, których zamierzano zwol­nić, dawano jeszcze okazję do obcowania płciowego z mężczyznami. Prawie wszyscy nie korzystali z możliwości i odrzucali kategorycznie próby zbliżenia się do nich prawdziwych homoseksualistów. Bywały jednak i przypadki z pogranicza — osobnicy korzystający z obu okazji. Pozostawiam sprawę otwartą, czy można ich określić mianem biseksu-alnych. Obserwowanie życia, obyczajów oraz psychiki homoseksualis­tów wszelkich odcieni było dla mnie wielce pouczające.

W Sachsenhausen przebywało wielu prominentów, a także kilku więźniów specjalnych. Jako prominentów określano tych więźniów, którzy przedtem odgrywali jakąś rolę w życiu publicznym. Najczęściej traktowano ich w obozie jako więźniów politycznych bez żadnych spec­jalnych ulg, razem z innymi więźniami należącymi do tej samej kate­gorii. Na początku wojny liczba ich wydatnie się zwiększyła na skutek ponownego uwięzienia byłych funkcjonariuszy Komunistycznej Partii Niemiec i Socjalistycznej Partii Niemiec.48

48 W dniu 3.  9.1939  r.  Heydrich za zgodą Hitlera i Himmlera wydał  okólnik w  sprawie „Zasad wewnętrznego bezpieczeństwa państwa w czasie wojny", który wprowadzał zaostrzony


Więźniami specjalnymi byli tacy więźniowie polityczni, których ze szczególnych względów państwowych umieszczano osobno w obozie koncentracyjnym albo przy obozie. Nie wolno im było stykać się z in­nymi więźniami. O miejscu ich uwięzienia lub w ogóle o ich uwięzieniu nie powinny były wiedzieć osoby nie wtajemniczone. Przed wojną mato było takich więźniów, lecz w ciągu wojny liczba ich wzrosła pokaź­nie. 49 Później jeszcze do tego wrócę.

W 1939 r. zostali osadzeni w Sachsenhausen czescy profesorowie i studenci,50 a także polscy profesorowie z Krakowa. W obozie zostali umieszczeni w specjalnym bloku. O ile mogę jeszcze sobie przypom­nieć, nie wolno ich było brać do pracy, nie było też przewidziane w stosunku do nich żadne postępowanie specjalne. Krakowscy pro­fesorowie zostali po kilku tygodniach zwolnieni, ponieważ wielu nie­mieckich profesorów interweniowało w ich sprawie przez Göringa u führera. O ile sobie przypominam, było około stu profesorów szkół wyższych. Widziałem ich tylko podczas przybycia do obozu; w czasie ich więzienia nic o nich nie słyszałem.51

Jednym więźniem specjalnym muszę się zająć bliżej, gdyż jego za­chowanie było osobliwe, a miałem możność obserwować go dokładnie

tryb   postępowania   w   sprawach   przeciwko   tzw.    wrogcm   państwa.   Już   w   czerwcu   1939   r.

Heydrich   polecił    sporządzić   listę   żyjących   w  Niemczech   na   wolności    ,,czołowych   ludzi

systemu"    (niehitlerowskiego),    na    której     czele  znajdowali    się    marksiści-komuniści    (Dok.
Norymb. PS-1430).

49       Byli   wśród   nich:   były   kanclerz   Austrii   (1934-1938)   Kurt   von   Schuschnigg,   który
w   latach   1938-1945   więziony   był   w   obozie   koncentracyjnym,   syn   regenta  Węgier  Nikolaus
Horthy i inni.

50    W tzw. Protektoracie Czech i Moraw dokonano na początku wojny licznych aresztowań.
W   połowie   listopada    1939   r.    przeprowadziło   Gestapo   drugą   akcję   aresztowań,   wywołaną
demonstracjami   studentów   w   Pradze,   w   związku   z   którymi   szef  RSHA   Reinhard   Heydrich
mianowany    został    zastępcą    protektora    Konstantina    von    Neuratha.    Aresztowano    kilkuset
studentów,    których   uwięziono   w   obozie   koncentracyjnym    Sachsenhausen-Oranienburg,    skąd
część    do    1941    r.    zwolniono.    Patrz    G.    Reitlinger:    Die    SS,    s.    210    i    n.;    M.    Broszat
w edycji: Kommandant in Auschwitz, s.  80 przyp.  1, IMT t. XVI, s. 725 i n. oraz Dokumenty
Norymberskie   NG-1113   i   PS-3771.   Ponadto      J.   Gwiazdomorski:   Wspomnienia   z   pobytu
profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego w Sachsenhausen, wyd. I 1945 r. i wyd. II 1964 r.

51         W   ramach   akcji   wymierzonej   przeciwko   polskiej   inteligencji   aresztowano   podstępnie
w dniu  6.11.   1939  r.   183  profesorów oraz kilku pracowników  administracyjnych Uniwersytetu
Jagiellońskiego,   a   11.11.1939   r.     szereg  profesorów  Katolickiego  Uniwersytetu  w  Lublinie.
Spośród   66   profesorów  wywiezionych   do   obozu   koncentracyjnego   w   Sachsenhausen   w  krót­
kim   okresie   13   zmarło.   Pozostałych   przy   życiu   starszych   profesorów   zwolniono   po   3   mie­
siącach.   Młodsi   zostali   w   obozach   dłużej,   część   ich   przeniesiono   do   obozu   w   Dachau
(S. Skowron: Wspomnienia z pobytu w Dachau, Kraków 1946).

Były generalny gubernator Hans Frank zeznał w tej sprawie dnia 18. 4.1945 r. w Norym­berdze, co następuje: ,,W dniu 7. 11. 1939 r. przybyłem do Krakowa. Przed moim przyjazdem, bo dnia 5. 11. 1939 r., SS i policja zwołała krakowskich profesorów na zebranie i następnie aresztowała tych ludzi, wśród których znajdowali się czcigodni starcy, a potem osadziła ich w jakimś obozie koncentracyjnym. Zdaje mi się, w Oranienburgu. Ja dowiedziałem się o tym już po wszystkim z przedłożonego mi meldunku. Wbrew wszystkiemu, co jest na ten temat napisane w moim dzienniku, pragnę obecnie zapewnić pod przysięgą: ja tak długo nie dawałem spokoju, dopóki ostatni spośród tych profesorów, którego mogłem jeszcze osiągnąć, nie został w marcu 1941 r. zwolniony" (IMT, t. III, s. 30 oraz M. Bro­szat w edycji: Kommandant in Auschwitz, s. 80 przyp. 2).


w różnych okolicznościach. Był to ewangelicki pastor Niemoller, w cza­sie pierwszej wojny światowej znany komendant łodzi podwodnej. Po wojnie został pastorem.

Niemiecki kościół ewangelicki był rozbity na wiele grup. Jedną ze znaczniejszych, mianowicie kościół wyznaniowy, prowadził Niemoller. führer pragnął, aby kościół ewangelicki został zjednoczony, i miano­wał ewangelickiego ,,prymasa". Jednakże wiele grup ewangelickich nie uznawało go i gwałtownie zwalczało. Także i Niemöller. Miał on swoją gminę w Dahlem, na przedmieściu Berlina. W gminie tej zbierała się cała berlińsko-poczdamska ewangelicka reakcja, wszystkie dawne, ce­sarskie ekscelencje i ci, którzy nie byli zadowoleni z reżimu narodowo-socjalistycznego. Niemoller głosił w kazaniach opór i to spowodowało jego aresztowanie.52

Umieszczono go w areszcie w Sachsenhausen i dano wszelkie możli­we u]gi. Mógł pisać do żony, kiedy chciał. Co miesiąc mogła.odwiedzać go żona i przynosić mu książki, papierosy i żywność — wszystko, cze­go sobie życzył. Mógł spacerować na podwórzu aresztu, miał także udogodnienia w celi. Krótko mówiąc, zrobiono dla niego wszystko, co możliwe. Komendant był obowiązany stale się o niego troszczyć i dowiadywać się o jego życzenia.53

führer był zainteresowany w tym, aby skłonić Niemöllera do wy­rzeczenia się oporu. W tym celu do Sachsenhausen przyjeżdżały wy­bitne osobistości (nawet wieloletni przełożony z czasów służby w ma­rynarce i wyznawca jego kościoła, admirał Lans). Jednak na próżno, Niemoller obstawał przy stanowisku, że żadne państwo nie ma prawa mieszać się do praw kościelnych, a tym bardziej do ich wydawania. Jest to jedynie i wyłącznie sprawa społeczności wyznaniowych. Koś­ciół wyznaniowy rozwijał się nadal i Niemöller stał się jego męczen­nikiem. Żona pastora działała dalej w jego duchu. Ponieważ czytałem całą jego korespondencję, a także przysłuchiwałem się rozmowom w cza­sie odwiedzin, które odbywały się u komendanta, byłem dokładnie zorientowany w tych sprawach.

W 1938 r. Niemöller napisał do głównodowodzącego marynarki, wielkiego admirała Raedera, że rezygnuje z prawa noszenia munduru oficera marynarki, ponieważ nie zgadza się z państwem, któremu ta marynarka służy. Gdy wybuchła wojna, zgłosił się dobrowolnie do służby wojskowej i prosił o mianowanie go dowódcą łodzi podwodnej.

52   Martin Niemoller został aresztowany 1. 7.  1937 r. Dnia 2. 3.  1938 r. został skazany przez
sąd  specjalny  w Berlinie-Moabicie  na  karę  7  miesięcy  twierdzy,  uznaną za  odcierpianą przez
areszt tymczasowy. Po ogłoszeniu wyroku zabrało go Gestapo z więzienia śledczego i osadziło
w   obozie   koncentracyjnym   w   Sachsenhausen   tytułem   tzw.    aresztu   zapobiegawczego   (Vor-
beugungshaft). Patrz M. Broszat w edycji: Kommandant in Auschwitz, s. 80 przyp. 3.

53    Patrz E. Kogon: Der SS-Staat, s. 186.


Teraz  führer   odrzucił   podanie,   gdyż   Niemöller   nie   chciał   przecież   no­sić munduru państwa narodowosocjalistycznego.

Z biegiem czasu Niemöller zaczął zbliżać się do kościoła katolickie­go. Wyszukiwał najosobliwsze argumenty przemawiające za połącze­niem się kościołów, między innymi za zgodnością w zasadniczych spra­wach jego kościoła wyznaniowego z kościołem katolickim. Jednakże żona odradzała mu to bardzo energicznie. Sądzę, że Niemöller przy­puszczał, iż zostanie zwolniony z obozu na skutek przejścia do koś­cioła katolickiego. Jego zwolennicy nigdy by jednak za nim nie poszli.

Często, a także szczegółowo rozmawiałem z Niemöllerem. We wszyst­kich innych kwestiach życiowych można się było z nim porozumieć, miał zrozumienie nawet dla obcych mu spraw; gdy jednak rozmowa schodziła na tory spraw kościelnych, zapadała żelazna zasłona. Uparcie wracał do swego punktu widzenia, odrzucał wszelką krytykę zajmo­wanego stanowiska, jakkolwiek gotowość przejścia do kościoła kato­lickiego musiała powodować także uznanie państwa, podobnie jak to uczynił kościół katolicki, przez zawarcie konkordatu.

Gorzkie rozczarowanie sprawiła Niemöllerowi jedna z jego córek. Miał   siedmioro   dzieci,   które   wspólnie   z   matką   propagowały   jego   idee,

0      ile  tylko  ze  względu  na  swój   wiek  nadawały  się  do  tego.   Lecz jedna
córka   wyłamała   się   z   tego   grona.   Chciała   koniecznie   poślubić   oficera
marynarki,   bogowiercę.   Niemöller   próbował   wszystkiego,   by   jej   to   wy­
perswadować.    W    czasie    odwiedzin    córki    przytaczał    wszelkie    religijne

1      kościelne   argumenty,   jednak   bezskutecznie:    wyszła   za   mąż   za   tego
oficera.54

Gdy w 1941 r. na rozkaz Reichsführera SS wszyscy duchowni zos­tali przeniesieni do Dachau, również i Niemöller tam się znalazł. Wi­działem go w areszcie w 1944 r. Miał tam jeszcze większą swobodę poruszania się i przebywał razem z byłym ewangelickim biskupem kra­jowym z Poznania, Wurmem. Zniósł dobrze pod względem fizycznym te wszystkie lata uwięzienia. O jego stan cielesny troszczono się należycie i z pewnością nikt mu nie ubliżył. Był zawsze traktowany z grzecz­nością. 55

54   M. Broszat opuścił ten ustęp, jako dotyczący prywatnego szczegółu z życia rodziny Niemöllera
(Kommandant in Auschwitz, s. 81 przyp. 1).

55       Wilhelm   Niemöller,   brat   pastora   Martina   Niemöllera   i   autor   książki   „Kampf   und
Zeugnis   der   Bekennenden   Kirche   (Bielefeld    1948   r.),   po   porozumieniu   ze   swoim   bratem
przesłał    monachijskiemu   Instytutowi       wydawcy   wspomnień   Hössa   krytyczne   uwagi    do
wywodów  Hössa   na  temat   sprawy   M.   Niemöllera.   W  uwagach   tych,   opublikowanych   przez
wydawcę  niemieckiego,   oświetlone   są w  inny   sposób:   przyczyna  aresztowania,   sposób  trakto­
wania   w   obozie   koncentracyjnym,   sprawa   zgłoszenia   się   do   służby   wojskowej   i   zrzeczenia
się   munduru   oraz   sprawa   biskupa   Wurma.   Według   wyjaśnienia   Niemollerów   biskup   wir-
temberski  T.  Wurm  nie  przebywał  nigdy  w Dachau  ani  nigdy  nie był  w Poznaniu.  Pomyłkę
Hössa przypisują oni temu, że równocześnie z Niemollerem przebywał i zmarł w Sachsen-


Podczas gdy Dachau było przeważnie ,,czerwone", to znaczy prze­ważali w nim więźniowie polityczni, Sachsenhausen było „zielone".56 Zgodna z tym była cała atmosfera obozu, mimo że najważniejsze sta­nowiska były obsadzone przez więźniów politycznych. W Dachau łą­czył więźniów duch pewnej wspólnoty, którego zupełnie nie było w Sachsenhausen. Obie główne barwy zwalczały się gwałtownie.57 Zarząd obozu mógł to łatwo wyzyskać dla swoich celów, wygrywając przeciwko sobie te dwie kategorie więźniów.

Ucieczki były tu stosunkowo liczniejsze niż w Dachau, a przede wszystkim bardziej wyrafinowane i bardziej pomysłowe, zarówno jeśli chodzi o ich przygotowanie, jak i realizację. W Dachau ucieczka była wprawdzie szczególnym wydarzeniem, lecz tu traktowano ją jeszcze poważniej ze względu na obecność Eickego.

Gdy tylko zaczęła wyć syrena, natychmiast Eicke — jeżeli tylko był w Oranienburgu — zjawiał się w obozie. Chciał natychmiast wiedzieć o wszystkich szczegółach ucieczki i uporczywie poszukiwał winnych, którzy przez nieuwagę lub niedbalstwo umożliwili ją więźniowi. Szeregi wartowników stały często 3—4 dni, jeśli były dane przemawiające za tym, że więzień może znajdować się jeszcze wewnątrz łańcucha straży.' Dniem i nocą wszystko wielokrotnie przeszukiwano. Ściągano w tym celu wszystkich SS-manów garnizonu. Oficerowie, a przede wszystkim komendant, Schutzhaftlagerführer i oficer służbowy, nie mieli spokoj­nej   chwili,   gdyż   Eicke   nieustannie   zwracał   się   do   nich   z   zapytaniem

0    stan   poszukiwań.   Jego   zdaniem   żadna   ucieczka   nie   powinna   się   była
udać.

Wprawdzie nieprzerwane trwanie straży na posterunkach doprowa­dzało w większości wypadków do odnalezienia więźnia, któremu udało

hausen generalny superinlendent Kościoła Ewangelickiego w Polsce J. Bursche (Kommandant in Auschwitz, s. 82-83 przyp. 1).

56      Od   1937  r.   wprowadzono  w  hitlerowskich  obozach  koncentracyjnych  system  znakowania
więźniów za pomocą kolorowych trójkątów.  Trójkąt (w gwarze obozowej  — winkel) czerwony
oznaczał  więźnia  politycznego,   zielony    przestępcę  kryminalnego,   czarny    tzw.   elementy
aspołeczne   (włóczęgi,   prostytutki,   osoby   uchylające   się   od   pracy   itp.),   różowy      homo­
seksualistę,   wreszcie   fioletowy      więźnia   należącego   do   sekty   badaczy   Pisma   św.    Dla
Żydów   kombinowano   trójkąty   odpowiednich   kolorów,   a   więc   np.   zielony   z   podstawowym
dla   nich   trójkątem    koloru   żółtego      w   zestawieniu   tworzącym   gwiazdę.    Trójkąt   wraz
z  paskiem  płótna,   na  którym  wypisywano  numer  więźnia,   był   przyszyty  na  bluzie  więźniar-
skiej   na  wysokości   lewej   piersi   oraz   na  zewnętrznym   szwie   prawej   nogawki   spodni   (tabela
znaków   -   patrz   dr  J.   Sehn:   Obóz   koncentracyjny   Oświęcim-Brzezinka,   ryć.   11   przed   s.   41

1         E. Kogon: Der SS-Staat, załącznik).

57      Ze   strony   „czerwonych"   była  to  walka  z   faszyzmem   i  jego  „zielonymi"   pomocnikami.
Po  zdobyciu  „władzy"   w  obozie  komunistyczne  organizacje  konspiracyjne  ratowały   skutecznie
życie   tysięcy   współtowarzyszy,   wychowywały   ich   w   stałej   walce   z   SS,   prowadziły   sabotaz
zbrojeń.    Komuniści    w    Sachsenhausen    tworzyli    zwartą   partyjną   organizację    ruchu    oporu,
do  której   należał   m.i.   obecny   przywódca  KPD  w  Niemczech   zachodnich    Max  Reimann.
„Zieloni"    walczyli   jedynie    o   władzę    celem   wykorzystania   jej    dla    siebie   kosztem   masy
więźniarskiej (patrz. H. Langbein: Die Stärkeren, Wiedeń 1949).


się gdzieś ukryć, gdzieś dać się zakopać ale jak wielkim obciążeniem było to dla obozu! Wartownicy musieli trwać na posterunkach nie­przerwanie często po 16—20 godzin. Więźniowie musieli stać aż do pierwszej zmiany wart. W okresie trwania poszukiwań nie wolno było wychodzić do pracy; tylko zakłady najniezbędniejsze dla obozu były utrzymywane w ruchu.

Jeżeli więźniowi udało się przedostać przez łańcuch straży lub uciec z drużyny pracującej poza obozem, to wówczas wprawiano w ruch olbrzymi aparat, aby go ująć. Ściągano wszystkie możliwe siły SS i poli­cji. Strzeżone były koleje i drogi. Zmotoryzowane oddziały żandarmerii, kierowane za pomocą radia, przeszukiwały szosy i drogi. Obsadzano wszystkie liczne mosty w okolicy Oranienburga, zawiadamiano i ostrze­gano mieszkańców domów położonych w pobliżu. Większość wiedziała już, o co chodzi, gdy słyszała syrenę. Wskutek współdziałania ludności istotnie ujęto paru więźniów. Okoliczna ludność wiedziała, że w obozie przebywali głównie zawodowi przestępcy, których się obawiała szczegól­nie podczas ich ucieczki. Swoje spostrzeżenia ludność natychmiast prze­kazywała do obozu lub meldowała o nich poszukującym patrolom.

Jeśli uciekiniera odnajdywano, przeprowadzano go (w obecności Eickego — jeśli tylko było to możliwe) w obozie przed więźniami usta­wionymi w szeregu; nosił na sobie duży napis: Znowu jestem tutaj.58 Musiał przy tym bić w wielki bęben, który miał zawieszony. Po tej de­filadzie karano go 25 kijami i wcielano do kompanii karnej.

SS-man, który znalazł lub ujął uciekiniera, dostawał pochwałę w rozkazie dziennym i specjalny urlop. Ludzie spoza obozu — policjanci lub osoby cywilne — dostawali nagrody pieniężne. SS-man, który dzięki uważnemu, przezornemu postępowaniu zdołał zapobiec ucieczce, był wynagradzany przez Eickego szczególnie urlopem i awansem.

Eicke chciał mieć pewność, że zrobiono wszystko, aby uniemożliwić ucieczkę, a w razie udanej ucieczki, że nie zrezygnowano z żadnej próby pochwycenia uciekiniera. SS-manów, którzy umożliwili ucieczkę, surowo karano, nawet jeśli ich wina była bardzo mała. Jeszcze surowiej karano więźniów, którzy pomagali w ucieczce.

Chciałbym tu opisać parę niezwykłych ucieczek. Siedmiu niebezpiecz­nym zawodowym przestępcom udało się z ich baraku, położonego naj­bliżej zasieków z drutów, przekopać pod zasiekami chodnik aż do lasu i uciec nocą. Wykopaną ziemię rozmieścili pod barakiem postawionym na palach. Wejście do chodnika było pod łóżkiem. Pracowali nad tym przez wiele nocy nie zauważeni przez współmieszkańców. W tydzień później jeden ze zbiegów został rozpoznany przez Blockführera i aresz-

58   w oryginalnym brzmieniu: Ich bin wleder da!


towany    wieczorem    na   ulicy    Berlina.    W    czasie    przesłuchania     wydał miejsce pobytu innych zbiegów, wskutek czego wszyscy zostali ujęci.

Pewnemu homoseksualiście udało się mimo dostatecznego nadzoru i zasieków z drutu uciec z glinianki. Brak było poszlak, w jaki sposób mogła nastąpić ucieczka. Wyjeżdżające wagony z gliną były kontrolo­wane przez dwóch SS-manów i Kommandoführera. Mimo poszukiwań zakrojonych na wielką skalę i całodniowego przetrząsania sąsiedniego lasu nie można było natrafić na żaden ślad zbiega. Dokładnie po dzie­sięciu dniach nadszedł dalekopis z placówki granicznej w Warnemünde, że poszukiwany zbieg został przyprowadzony przez rybaków. Przywozi się go stamtąd i musi wskazać trasę ucieczki.

Okazało się, że więzień ten już od wielu tygodni myślał o ucieczce i badał wszystkie możliwości. Jedyną możliwością był wyjeżdżający wagon z materiałem. Pracował pilnie, zwrócił na siebie w ten sposób uwagę i został wybrany do smarowania wagonów i dozorowania szyn. Obserwował teraz całymi dniami kontrolę wyjeżdżających pociągów. Każdy wagon był przeglądany z góry i z dołu. Przeszukiwano dieslowską lokomotywę; pod maszynę jednak nikt nie zaglądał, gdyż blachy ochron­ne sięgały prawie do szyn. Więzień zauważył jednak, że tylna blacha była tylko luźno zawieszona. Gdy pociąg przy wyjeździe zatrzymał się dla kontroli, więzień wpełznął szybko pod lokomotywę, wcisnął się mię­dzy koła i w ten sposób wyjechał. Przy najbliższym ostrym zakręcie, kiedy pociąg jechał wolniej, opuścił się na ziemię, pociąg przejechał nad nim, po czym więzień zniknął w lesie.

Było dla niego jasne, że musi obrać północny kierunek ucieczki. Nadzorca telefonicznie zaalarmował obóz, ponieważ ucieczkę wkrótce zauważono. W takich wypadkach przede wszystkim obsadzano od razu mosty zmotoryzowanymi patrolami. Gdy więzień doszedł do wielkiego szlaku wodnego Berlin—Szczecin, zobaczył, że most jest już obsadzony. Ukrył się w spróchniałej wierzbie tak, aby mógł mieć na oku kanał i most. Ja sam wiele razy przejeżdżałem koło tej wierzby. Nocą prze­płynął kanał. Trzymając się z dala od wsi i gościńców podążał wciąż w kierunku północnym (ubranie cywilne zabrał z szopy jakiejś pias­kami). Żył mlekiem, dojąc krowy na pastwiskach, oraz ziemiopłodami. W ten sposób przeszedł przez Meklemburgię aż do Morza Bałtyckiego. W jakieś wiosce rybackiej udało mu się zdobyć łódź żaglową i popłynął w kierunku Danii. Niedaleko duńskich wód terytorialnych natknął się na rybaków. Zatrzymali go, a ponieważ natychmiast powzięli przypusz­czenie, że jest uciekinierem, dostawili do Warnemünde.

Pewien berliński przestępca zawodowy (były malarz) pracował w do­mach osady SS wewnątrz łańcucha straży. Nawiązał stosunek ze służącą pracującą u mieszkającego tam lekarza i przychodził do domu lekarza,


gdzie stale znajdował coś dla siebie do roboty. Ani lekarz, ani jego żona nie zauważyli, że służącą łączy intymny stosunek z więźniem. Lekarz z żoną wyjechali na jakiś czas, a służąca miała dostać urlop. Była to dla niego okazja do zorganizowania ucieczki.

Wszedł przez okno w piwnicy, które służąca tylko przymknęła, usu­nął na górze płytę ścienną i w ten sposób stworzył sobie kryjówkę mię­dzy krokwiami dachu. Wywiercił potem dziurkę w drewnianej ścianie, aby móc obserwować większą część posterunku i osadę SS. Zaopatrzył się w żywność i napoje oraz pistolet na wszelki wypadek. Gdy ode­zwała się syrena, wpełznął do swej kryjówki, przysunął jakiś większy mebel do płyty ściennej i czekał na dalszy przebieg wydarzeń.

W wypadkach ucieczki przeszukiwano również domy osiedla. Zaraz pierwszego dnia byłem w tym domu, gdyż wydał mi się podejrzany, jako chwilowo nie zamieszkały. Nie mogłem jednak znaleźć nic podej­rzanego. Byłem również w pokoju, za którego szczytową ścianą znajdo­wał się przestępca z odbezpieczonym już pistoletem (powiedział później, że na pewno wystrzeliłby, gdyby go wykryto). Chciał wydostać się na wolność za wszelką cenę, ponieważ toczyło się przeciwko niemu śledz­two z powodu morderstwa rabunkowego dokonanego przed wieloma laty (w obozie zdradził go wspólnik powodowany zazdrością na tle homo-seksualnym).

Łańcuch straży stał przez cztery dni. Piątego zbieg pojechał pierwszym rannym pociągiem do Berlina. Mógł przedtem bez żadnych przeszkód ubrać się jak najlepiej z zasobów lekarza, a w ciągu tych dni powodziło mu się bardzo dobrze, o czym świadczyło wiele pustych bu­telek od likieru i wina. Poza tym spakował dwa ciężkie kufry wypełnio­ne srebrem, aparatami fotograficznymi, bielizną i innymi cennymi przed­miotami; znalazł dość czasu na ich wyszukanie.

Po kilku dniach przypadkowo zaaresztował go patrol Policji Krymi­nalnej w pewnej berlińskiej spelunce, gdy usiłował spieniężyć resztki zawartości kufrów.

Służąca, z którą umówił się nawet na spotkanie, została wysłana do Ravensbrück. Lekarz był niemile zdziwiony, gdy po powrocie zobaczył swe mieszkanie. Eicke chciał pociągnąć go jeszcze do odpowiedzialności za to, że skradziono mu broń, odstąpił jednak od tego zamiaru, gdy le­karz wystąpił z żądaniem wysokiego odszkodowania za straty spowodo­wane kradzieżą.

Przytaczam tylko trzy przykłady, które sobie właśnie przypominam jako drobny wycinek z bogato urozmaiconego życia w obozie koncen­tracyjnym.

W styczniu 1947 r. Rudolf Höss


O ile dobrze pamiętam, zostałem Schutzhaftlagerführerem w Sachsenhausen około Bożego Narodzenia 1939 roku.

W styczniu 1940 r. zaskoczyła nas wizyta Reichsführera SS, a po niej nastąpiła zmiana na stanowisku komendanta obozu.59 Przyszedł Loritz. Starał się on gorliwie o to, aby obóz, w którym — zdaniem Reichsfuh rera SS — przestała panować należyta dyscyplina, uczynić znowu wzo­rowym. Loritz to potrafił. Już raz brałem udział w tego rodzaju akcji w 1936 r. jako Rapportführer w Dachau.60

Nie był to przyjemny okres. Loritz wciąż deptał mi po piętach. Zwłaszcza że był bardzo zły na mnie za moje odejście w 1938 r. na sta­nowisko adiutanta jego najbardziej znienawidzonego przeciwnika.61 Przypuszczał, że postarałem się o to przeniesienie poza jego plecami. Tak jednak nie było. Komendant w Sachsenhausen sam mnie zażądał, ponieważ wiedział, że w Dachau usunięto mnie od wszystkiego, gdyż byłem mu zbyt oddany w okresie, gdy był Schulzhaftlagerführerem tego obozu. Bardzo mściwy Loritz często dawał mi odczuć swą niełaskę.

Jego zdaniem w Sachsenhausen traktowano zbyt łagodnie zarówno SS-manów, jak i więźniów. Dawny Komendant Baranowski w tym czasie już nie żył, Eicke zaś, mający wskutek organizowania dywizji dość pra­cy gdzie indziej, nie przeszkadzał Loritzowi w jego akcji. Glücks62 nigdy nie sprzyjał Baranowskiemu; ponowne powołanie Loritza do obozu było mu więc na rękę. Jako nowy inspektor miał przecież w tym „sta­rym komendancie dobrą dla siebie podporę.

Gdy stało się aktualne zorganizowanie Oświęcimia, nie trzeba było zbyt długo rozglądać się w Inspektoracie za komendantem. Loritz mógł się mnie pozbyć i dostać Schutzhaitlageführera, który by mu bardziej odpowiadał. Był to Suhren, późniejszy komendant Ravensbrück, były adiutant Loritza w ogólnej SS.63

OBÓZ KONCENTRACYJNY W OŚWIĘCIMIU (1940—1943)

W   ten   sposób   zostałem   komendantem   organizującego   się   obozu-kwa-rantanny w Oświęcimiu.64

59       Chodzi   o   zmianę   SS-Standartenführera   Waltera   Eisfelda   przez   SS-Oberführera   Hansa
Loritza. Patrz o tym w charakterystyce Himmlera, s. 223-224.

60   W kwietniu 1936 r. przybył do Dachau Hans Loritz na miejsce komendanta SS-Ober-
sturmführera. Heinricha Deubel.

61      Mowa   o Baranowskim.

62   Richard Glucks — patrz charakterystyka na s. 277.

63     SS-Sturmbannführer Fritz  Suhren,   członek NSDAP  (nr  1095G1)  i   SS  (nr  14682),  został
w    dniu    1.9.    1942    r.    komendantem    obozu    koncentracyjnego    dla    kobiet   w   Ravensbrück,
założonego na wiosnę 1939 r.

64       Potrzebę założenia    obozu i wybór miejsca uzasadniono tym,    że na    Śląsku    i w Gene­
ralnym Gubernatorstwie przybiera na sile ruch oporu, wobec czego muszą nastąpić masowe


Było to daleko, w Polsce. Tam mógł niewygodny Höss wyładować do woli swój zapał do pracy. Tak sądził Glücks, inspektor obozów kon­centracyjnych. W takich okolicznościach przystąpiłem do swoich nowych zadań. Jeśli o mnie chodzi, nigdy się nie spodziewałem, że tak szybko zostanę komendantem. Ki]ku starych Schutzhaftlagerführerów już bo­wiem od dawna czekało na to stanowisko.

Zadanie nie było łatwe. Z istniejącego kompleksu budynków, wpraw­dzie pod względem budowlanym dobrze zachowanych, ale całkowicie za­niedbanych i rojących się od robactwa, musiałem w najkrótszym czasie stworzyć obóz przejściowy dla 10 000 więźniów. Pod względem higie­nicznym brak było wszystkiego. Już w Oranienburgu oświadczono mi przed wyjazdem, że nie mogę spodziewać się większej pomocy i muszę sobie radzić sam w miarę możności. Tam, w Polsce, jest jeszcze wszyst­ko, czego w Rzeszy brakuje już od lat!

O wiele łatwiej stworzyć całkowicie nowy obóz, niż z istniejącego konglomeratu budynków i baraków nie nadających się na obóz koncen­tracyjny urządzić bardzo szybko coś nadającego się do użytku, i to zgodnie z otrzymanym rozkazem bez dokonywania większych przeróbek budowlanych.

Zaraz po moim przybyciu do Oświęcimia inspektor Policji Bezpie­czeństwa i Służby Bezpieczeństwa we Wrocławiu65 zwrócił się do mnie z pytaniem, kiedy będę mógł przyjąć pierwsze transporty więźniów.

Wiedziałem, że z Oświęcimia można by zrobić coś użytecznego tylko dzięki niestrudzonej, uporczywej pracy wszystkich, począwszy od ko­mendanta, a skończywszy na ostatnim więźniu. Aby wprzęgnąć wszyst­kich do tego zadania, musiałem łamać wszystkie tradycyjne zwyczaje i nawyki obozów koncentracyjnych. Jeśli miałem wymagać od swoich żołnierzy i oficerów jak największych osiągnięć, musiałem sam dawać dobry przykład. Kiedy budzono SS-mana, wstawałem także i ja. Byłem już w ruchu, zanim on rozpoczynał swą służbę, późno wieczorem uda­wałem się na spoczynek. Mało było w Oświęcimiu takich nocy, w któ­rych nie byłem niepokojony wezwaniami telefonicznymi dotyczącymi szczególnych wydarzeń. Jeśli chciałem, aby więźniowie osiągali w pracy

aresztowania i istniejące obozy koncentracyjne będą niewystarczające. W Oświęcimiu znaj­dują się koszary, w których zaraz można osadzić więźniów. Są one położone poza obszarem zwartej zabudowy miasta, w rozwidleniu rzek Wisły i Soły, co umożliwi rozbudowę obozu oraz odcięcie go od świata zewnętrznego. Ponadto podnoszono, że Oświęcim ma dogodne połączenie kolejowe ze Śląskiem, Generalnym Gubernatorstwem, Czechosłowacją i Austrią (dr J. Sehn: Obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka, s. 13-14).

65 Inspektor Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa ( Sipo und SD) we Wrocławiu, do którego kompetencji należał również „włączony" okręg rządowy w Katowicach, był miejscowym przedstawicielem RSHA. W tym charakterze był on wspóluprawnionym do osadzania więźniów (Einweisung) w obozie oświęcimskim, położonym w tym okręgu. W 1940 r. inspektorem we Wrocławiu był SS-Oberführer A. Wigand (ur. 13.1.1906 r.), członek NSDAP (nr 30682) i SS (nr 2999).


dobre wyniki, musieli oni być lepiej traktowani, wbrew powszechnie stosowanej praktyce. Przypuszczałem, że uda mi się zapewnić dla nich lepsze pomieszczenie i lepsze wyżywienie niż w starych obozach.

Wszystko to, co — według mego poglądu — wydawało mi się tam niesłuszne, chciałem tutaj urządzić inaczej. Sądziłem w związku z tym, że pozyskam także więźniów do chętnego wykonywania pracy. Założenia te kazały mi wymagać również od więźniów największych wysiłków. Li­czyłem na to z całą pewnością.

Już w pierwszych miesiącach — mogę powiedzieć nawet, że w pierw­szych tygodniach — spostrzegłem jednak, że cała dobra wola, wszystkie najlepsze zamiary muszą się rozbić o opór większości przydzielonych mi oficerów i szeregowców SS i o ich małą wartość jako ludzi. Starałem się za pomocą wszystkich środków będących w mojej dyspozycji przekonać ogół współpracowników o tym, czego chcę i do czego zmierzam, usiło­wałem im wyjaśnić, że tylko w ten sposób możemy osiągnąć owocną współpracę całego zespołu i spełnić postawione nam zadanie. Stracone zachody miłosne!

Na „starych" funkcjonariuszy obozowych wieloletnie „szkolenie" Eickego, Kocha i Loritza wywarło głęboki wpływ, przeszło im w ciało i krew do tego stopnia, że nawet ci spośród nich, którzy mieli najlepszą wolę, już po prostu nie potrafili postępować inaczej, niż postępowali dotychczas w ciągu tych wszystkich lat w obozach koncentracyjnych. ,,Nowi" uczyli się szybko od „starych", niestety, nie tego jednak, co było najlepsze.

Wszystkie starania w Inspektoracie Obozów Koncentracyjnych, aby uzyskać dla Oświęcimia co najmniej kilku dobrych oficerów i podofice­rów SS, spełzły na niczym. Glücks po prostu nie chciał tego. Tak samo było z więźniami funkcyjnymi. Rapporftührer Palitzsch66 miał wyszu­kać trzydziestu odpowiednich przestępców zawodowych wszystkich za­wodów (RSHA nie zwolnił dla Oświęcimia więźniów politycznych).67 Spośród więźniów w Sachsenhausen, którymi mógł dysponować, wybrał trzydziestu według swego uznania najlepszych. Nawet dziesięciu nie nadawało się do tych funkcji, jeżeli wziąć pod uwagę moje zamiary. Palitzsch kierował się własnym pojęciem o traktowaniu więźniów tak, jak go nauczono i do czego się przyzwyczaił. Całe jego usposobienie nie pozwalało mu postępować inaczej.

W ten sposób założenia, na których opierać się miała rozbudowa obo-

66     Gerhard   Palitzsch

67       Było   to   zasadą.   Jako   ekipy   założycielskie   ze   starych   obozów   do   nowych   wysyłano
„najbardziej    zahartowanych"    złoczyńców.   Ekipy   takie   poszły   z    Sachsenhausen   do   Buchen-
waldu,  z Buchenwaldu  do Mauthausen  i  Flossenbürga.  Podobnie  obóz kobiecy w  Oświęcimiu
„zakładały" więźniarki z Ravensbrück.


zu, były od początku chybione. Od początku wprowadzono zasady, które później miały wywołać wręcz niesamowite skutki. Mimo to można je było złagodzić lub ominąć, gdyby Schutzhaftlagerführerzy 68 i Rapport-führerzy zastosowali się do mojej woli i moich poglądów. Nie chcieli, a nawet nie byli w stanie tak postępować z powodu ograniczenia, uporu i złośliwości, a w niemałym stopniu także i lenistwa. Dla nich tego rodzaju kreatury były właśnie odpowiednie, odpowiadały ich usposobie­niu i zapatrywaniom.

Właściwe rządy w obozie sprawuje Schutzhaftlagerführer, chociaż i komendant wyciska swoje piętno na kształtowaniu się życia więźniów, występując na widownię w większym lub mniejszym stopniu, zależnie od swej energii i zainteresowania. Komendant nadaje wprawdzie ogólny kierunek i jest ostatecznie za wszystko odpowiedzialny, ale prawdzi­wym władcą, który rzeczywiście panuje nad całym życiem więźniów i wewnętrznym kształtowaniem się stosunków w obozie, jest Schutzhaft­lagerführer albo Rapportführer, jeśli jest człowiekiem inteligentnym i silnej woli.

Komendant wydaje wytyczne i zarządzenia dotyczące ogólnego kształ­towania się życia więźniów w myśl założeń, jakie uważa za słuszne, ale to, jak to zostanie wykonane, zależy tylko i wyłącznie od kierownictwa obozu. Komendant jest całkowicie uzależniony od ich dobrej woli i roz­sądku, chyba że sam, przejmie ich funkcje, jeśli im nie ufa lub też uważa ich za nie nadających się do pracy. Tylko to dawałoby mu gwarancję, że wskazówki i rozkazy zostaną wykonane w myśl jego intencji.

Nawet dowódcy pułku trudno jest dowiedzieć się, czy jego rozkazy zostały wykonane w całej pełni zgodnie z intencjami, zwłaszcza gdy cho­dzi o sprawy wykraczające poza ramy spraw codziennych. O ileż trud­niej jest dowiedzieć się komendantowi obozu, czy jego rozkazy dotyczące więźniów, często o doniosłym znaczeniu, zostały właściwie zrozumiane i dokładnie wykonane. Najczęściej kontrola nad sprawowaniem władzy nad więźniami jest niemożliwa. Komendant ze względów prestiżowych i dyscyplinarnych nie może wypytywać więźniów o ich przełożonych z SS, poza skrajnymi przypadkami, gdy chodzi o zbadanie dokonanego przestępstwa. Nawet wówczas jednak więźniowie niemal bez wyjątku o niczym nie wiedzą albo też dają wymijające odpowiedzi w obawie przed represjami.

Poznałem   te   sprawy      nazbyt   dobrze   w   Dachau   i   Sachsenhausen, gdy byłem Blockführerem, Rapporführerem i Schutzhaftlagerführe-

68 Ze względu na wielkość obozu oświęcimskiego miał on jednocześnie pierwszego i dru­giego Schutzhaflagerführera. Pierwszymi byli kolejno SS-Hauptsturmführerzy: Kart Fritzsch (do końca 1941 r.) i Hans Aumeier (od stycznia 1942 r. do 18. 8. 1943 r.), drugimi - SS-Haupt sturmführerzy Max Meier i Fritz Seidler.


rem.   Wiem  dobrze,  jak  w  obozie  zmienia  się,   a  nawet  całkowicie  prze­kręca niewygodne rozkazy w sposób nieuchwytny dla rozkazodawcy.

Upewniłem się wkrótce w Oświęcimiu, że i tutaj tak będzie. Rady­kalna zmiana mogłaby nastąpić tylko po natychmiastowym zwolnieniu wszystkich osób z kierownictwa obozu. Tego nigdy nie udałoby się uzyskać w Inspektoracie Obozów Koncentracyjnych. Nie byłem w sta­nie osobiście dopilnować, jak w szczegółach wykonywano moje rozkazy, chyba że zaniechałbym głównego zadania — stworzenia w najkrótszym czasie obozu nadającego się do użytku — i zacząłbym sam grać rolę Schutzbaftlagerführera.

Właśnie w tym pierwszym okresie funkcjonowania obozu powinie­nem był nieustannie być w obozie ze względu na mentalność jego kie­rownictwa. Musiałem jednak prawie stale przebywać poza jego obrębem ze względu na to, że większość personelu wszystkich stopni służbo­wych nie miała kwalifikacji do załatwiania bieżących spraw.

Aby w ogóle uruchomić obóz i zapewnić mu wyżywienie, musiałem prowadzić narady z urzędami gospodarczymi, ze starostą i prezydentem rejencji. Ponieważ mój Verwaltungsführer był skończonym głupcem, musiałem zamiast niego odbywać wszystkie konferencje w sprawie wy­żywienia załogi i więźniów, dostawy chleba, mięsa czy ziemniaków. Mu­siałem nawet jeździć na wieś w poszukiwaniu słomy.

Ponieważ nie mogłem liczyć na żadną pomoc Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych, musiałem sam, sobie radzić: wyłudzić podstępnie samochody osobowe i ciężarowe, potrzebne do nich materiały pędne, jeździć do Rabki i Zakopanego po kotły do kuchni więźniów, a w Sudety po łóżka i sienniki. Musiałem wyjeżdżać z kierownikiem budowy na poszukiwania najbardziej potrzebnych materiałów, ponieważ sam nie umiał ich zdobyć.

Tymczasem w Berlinie wciąż jeszcze trwały spory kompetencyjne w sprawie rozbudowy Oświęcimia. Zgodnie z umową cały obiekt należał do wojska i został odstąpiony SS tylko na okres wojny.69

RSHA, dowódca Policji Bezpieczeństwa w Krakowie i inspektor Po­licji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa we Wrocławiu70 wciąż za­pytywali, kiedy będziemy mogli przyjąć większe kontyngenty więźniów, ja zaś nie wiedziałem jeszcze, skąd zdobyć choćby 100 metrów drutu

69      Patrz   IMT,   t.   XXXVI,

70      Oprócz  RSHA  i  jego  dla  Oświęcimia  miejscowo  właściwego  przedstawiciela,   inspektora
Sipo   i   SD   we   Wrocławiu,   istotny   wpływ   na   osadzanie   więźniów   w   obozie   oświęcimskim
miał   Dowódca   Policji   Bezpieczeństwa   (BdS)   w   Krakowie,   SS-Brigadeführer   Bruno   Strecken-
bach.   Kompetencje   BdS,   któremu   podlegali   Komandorzy   Sipo   i   SD   w   Krakowie,   Lublinie,
we   Lwowie,   Radomiu   i   w   Warszawie,   rozciągały   się   na   obszar   całego   tzw.   Generalnego
Gubernatorstwa   i   były   znacznie   większe   niż   kompetencje   inspektorów   Sipo   i   SD   w  Rzeszy.
W    GG   inspektorów   nie   było.    Patrz   J.    Sehn:    Organizacja   policji    niemieckiej    w   Rzeszy
i w Generalnej Gubernii, Biuletyn III GKBZH, 1947, s. 175.


kolczastego. W Gliwicach leżały stosu drutu kolczastego w magazynie saperów, ale nie mogłem niczego dostać, gdyż należało uzyskać najpierw zezwolenie w sztabie wojsk saperskich w Berlinie. Ponieważ Inspekto­ratu Obozów Koncentracyjnych nie mozna było skłonić do interwencji, musiałem ukraść pewną ilość potrzebnego mi drutu. Kazałem rozmonto­wywać resztki umocnień polowych i rozbijać bunkry, aby zdobyć żelazo zbrojeniowe. Gdy tylko natrafiałem na zmagazynowany, a bardzo po­trzebny mi materiał, kazałem go po prostu zabierać, nie troszcząc się o kompetencje. Miałem przecież sam sobie radzić.

Jednocześnie z tym odbywało się wysiedlanie pierwszej strefy wokół terenu obozu i zaczynano prace w drugiej strefie.71 Musiałem się trosz­czyć o wykorzystanie uzyskanego w ten sposób obszaru.

W końcu listopada 1940 r. nastąpił pierwszy meldunek u Reichsfüh-rera SS i wydany został rozkaz rozszerzenia obszaru obozu. Myślałem, że w związku z budową i rozbudową właściwego obozu mam aż nazbyt dużo pracy, tymczasem pierwszy raport zapoczątkował nie kończący się łańcuch wciąż nowych poleceń i planów.

Od początku byłem całkowicie pochłonięty — wprost opętany — moim zadaniem i otrzymanym poleceniem. Wyłaniające się trudności podnie­cały jeszcze mój zapał. Nie chciałem kapitulować, nie pozwalała mi na to moja ambicja. Widziałem wciąż tylko swoją pracę.

Mając tak wiele różnorodnej pracy, mało czasu mogłem poświęcić ży­ciu w obozie i samym więźniom. Jest to aż nazbyt zrozumiałe. Musiałem pozostawić całkowicie więźniów takim ujemnym pod każdym względem typom, jak Fritzsch, Meier,72 Seidler,73 Palitzsch, chociaż wiedziałem, że nie urządzą oni obozu dla więźniów według mojej woli i moich zamia­rów. Mogłem jednak poświęcić się tylko jednemu zadaniu: albo tylko zająć się więźniami, albo z całą energią pracować nad budową i roz-

71 Tzw. przez Hössa pierwsza strefa obozu zajmowała tereny położone najbliżej budynków dawnych koszar wojskowych i Polskiego Monopolu Tytoniowego, gdzie osadzono pierwszych więźniów. W czerwcu 1940 r. z pierwszej strefy wysiedlono około 2 000 mieszkańców zajmu­jących baraki położone obok bocznicy kolejowej PMT. Druga strefa obejmowała dzielnicę Oświęcimia zwaną Zasole. W listopadzie 1940 r. wysiedlono z niej wszystkich mieszkańców, a większość ich domów zburzono. Wreszcie trzecia strefa obejmowała wsie Babice, Budy, Rajsko, Brzezinkę, Broszkowice, Pławy I Harmęże. Ludność zamieszkującą te wsie wysiedlono w koń­cu 1940 r. Większą część zabudowań stopniowo rozebrano. Cały wysiedlony obszar zwany strefą interesów (Interessengebiet) obozu zajmował około 40 km8 powierzchni.

Granicę tej strefy uzasadniano względami natury organizacyjnej i ekonomicznej, a ko­nieczność wysiedlenia ludności — przede wszystkim względem na bezpieczeństwo obozu. Strefa interesów obozu oświęcimskiego tworzyła wydzielony okręg administracyjny (Amts-bezirk). Na jego czele stał komendant obozu jako Amtskommissar. Do jego kompetencji należały wszystkie sprawy administracyjne i policyjne łącznie ze sprawami stanu cywilnego, dla których okręg miał własny urząd (Standesamt Auschwitz II). Patrz dr J. Sehn: : Obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka, s. 15-17.

72    Max Meier.

73    SS-Hauptsturmführer Fritz Seidler (ur. 18. 7. 1907 r.), członek NSDAP (nr 3693999) i SS (nr
135387).


budową obozu. Każde z tych zadań wymagało pełnego wysiłku i całko­witego oddania się. Były one niepodzielne.

Moim zadaniem była jednak i pozostała na stałe budowa i rozbudowa obozu. Z biegiem lat przybyło jeszcze wiele innych zadań, lecz moje główne zadanie, które mnie całkowicie absorbowało, pozostało bez zmian. Jemu poświęciłem, wszystkie swoje myśli i starania jemu musiały zo­stać podporządkowane wszystkie inne sprawy. Tylko z tego punktu wi­dzenia kierowałem całością spraw i widziałem wszystko tylko pod tym kątem.

Glücks mówił mi nieraz, że moim największym błędem jest to, iż wszystko robię sam, zamiast pozwolić pracować moim podwładnym. Na­leży się pogodzić z błędami, które popełniają na skutek swej nieudol­ności; nie zawsze wszystko może przebiegać tak, jak by sobie człowiek tego życzył. Nie uznał mojego zarzutu, że w Oświęcimiu mam bez­sprzecznie najgorszy materiał, jeśli chodzi o oficerów i podoficerów SS, że nie tylko ich nieudolność, lecz w wyższym jeszcze stopniu świadome niedbalstwo i zła wola zmuszają mnie do tego, abym sam załatwiał naj­ważniejsze i najpilniejsze sprawy.

Jego zdaniem komendant powinien ze swego gabinetu kierować ca­łym obozem i za pomocą rozkazów i telefonu trzymać obóz w garści. Wystarczy w zupełności, jeśli od czasu do czasu przejdzie się po obozie. O święta naiwności! Tego rodzaju pogląd tłumaczy się tylko tym, że Gliicks sam nigdy nie pracował w żadnym obozie. Dlatego nigdy nie mógł zrozumieć i pojąć moich trudności.

Ten brak zrozumienia ze strony moich przełożonych doprowadzał mnie niemal do rozpaczy. Wkładałem w moje zadanie całą umiejętność, całą wolę, całkowicie się mu poświęciłem, a Glücks widział w tym tylko kaprys i zabawę. Miałem, jego zdaniem, zbyt maniacki stosunek do mego zadania i nie widziałem nic więcej.

Po wizycie Reichsführera SS w marcu w 1941 r., która pociągnęła za sobą nowe, większe zadania, lecz nie dała mi żadnej pomocy w naj­pilniejszych sprawach, straciłem resztę nadziei na uzyskanie lepszych, bardziej godnych zaufania współpracowników. Musiałem się pogodzić z dotychczasowymi „wielkościami" i dalej się martwić z ich powodu. Miałem przy sobie zaledwie kilku rzeczywiście dobrych, godnych zaufa­nia współpracowników, którzy jednak nie zajmowali, niestety, odpowie­dzialnych stanowisk. Musiałem, ich przeciążać pracą i często przekonywa­łem się za późno o tym, że zbyt wielkie obarczenie obowiązkami jest szkodliwe.

Otoczony ludźmi nie zasługującymi na zaufanie, stałem się w Oświę-


cimiu innym człowiekiem. Dotychczas widziałem zawsze w ludziach, zwłaszcza w kolegach, tak długo tylko dobre strony, aż się nie przekona­łem o czymś przeciwnym. Moja dobra wiara często płatała mi złośliwe figle. W Oświęcimiu zmieniłem się; widziałem, jak moi tzw. współpra­cownicy oszukują mnie na każdym kroku, codziennie przeżywałem nowe rozczarowania. Stałem się podejrzliwy, widziałem wszędzie tylko chęć wprowadzenia mnie w błąd, tylko najgorsze rzeczy. W każdym nowo poznanym osobniku dopatrywałem się z góry zła. W ten sposób dotknąłem i zraziłem sobie wielu dzielnych i przyzwoitych ludzi.

Koleżeństwo, które dotychczas było dla mnie tak święte,75 stało się rzeczą śmieszną właśnie dlatego, że starzy koledzy tak mnie rozczaro­wali i oszukali. Nabrałem, wstrętu do wszelkich zebrań koleżeńskich. Wciąż odraczałem, takie spotkania koleżeńskie i byłem zadowolony, gdy mogłem znaleźć jakiś odpowiedni powód, aby usprawiedliwić swą nie­obecność. Koledzy robili mi zarzuty z powodu tego zachowania. Także i Glücks zwracał mi wielokrotnie uwagę, że w Oświęcimiu nie ma więzi koleżeńskiej między komendantem a jego oficerami. Po prostu nie byłem już do tego zdolny, byłem zbyt rozczarowany.

Coraz bardziej zamykałem się w sobie, stawałem się niedostępny i z każdym dniem twardszy. Moja rodzina, zwłaszcza żona, cierpiała z tego powodu; bywałem wręcz nieznośny. Nie widziałem już nic poza swoją pracą i swym zadaniem. Wszystkie ludzkie odruchy zostały przez to wyparte. Żona usiłowała wyrwać mnie z tego zasklepienia się w sobie, próbowała zapraszać naszych dobrych znajomych i wespół z moimi ko­legami doprowadzić mnie do tego, abym nie zamykał się przed nimi. Organizowała w tym samym celu spotkania poza domem, jakkolwiek takie życie towarzyskie odpowiadało jej równie mało, jak i mnie. Na jakiś czas byłem wyrywany z mojego świadomego samotnictwa, jed­nakże nowe rozczarowania zapędzały mnie szybko z powrotem za moją szklaną ścianę.

Nawet ludzie postronni ubolewali bardzo nad moim zachowaniem. Jednak nie chciałem już postępować inaczej. Wskutek nieustannych roz­czarowań stałem się pod pewnym względem mizantropem. Zdarzało się

75 M. Broszat pisze na temat pojmowania koleżeństwa przez Hössa między innymi, co następuje: ,,Do istoty koleżeństwa należy to, że (...) nie opiera się ono na momentach osobistych i indywidualnych, lecz bywa określane przez przyjętą sytuację grupy, przez każdorazową «akcję» («Einsatz») i że darzy się nim bez różnicy każdego, kto «należy do tego». Koleżeństwo jest nakazem i obowiązkiem i nie wymaga wdawania się w przymioty osobiste i indywidualne partnera, lecz wprost przeciwnie niż przyjaźń obowiązuje bez względu na osobę. Przynależność Hössa do różnych ugrupowań koleżeńskich, czy to będzie oddział wojskowy, korpus ochotniczy, czy też SS ułatwiona przez zerwanie z rodziną i ze środowiskiem mieszczańskim po I wojnie światowej, stała się stylem jego życia i może być słusznie tłumaczona jako ucieczka od cywilnej egzystencji samodzielnej jednostki między innymi jednostkami" (M. Broszat: Wstęp do edycji „Kommandant in Auschwitz", s. 20).


miał się stać potężną centralą zbrojeniową. Oświadczenia Himmlera z okazji wizyty w marcu 1941 r. nie pozostawiały pod tym względem, żadnych wątpliwości. Obóz dla 100 000 jeńców wojennych, rozbudowa starego obozu na 30 000 więźniów, przygotowanie dla Buny 10 000 więź­niów — to mówiło samo za siebie.77 W owym czasie były to liczby zupeł­nie nie znane w historii obozów. Już obóz liczący 10 000 więźniów ucho­dził wówczas za niezwykle duży.

Czujność moją wzmógł nacisk Reichsführera SS na możliwie jak naj­szybsze i najbardziej bezwzględne prowadzenie budowy obozu oraz jego niezważanie na powstające trudności i istniejące niedomagania, niemal­że nie do usunięcia. Sposób, w jaki załatwił się z bardzo istotnymi za­rzutami Gauleitera i prezydenta rejencji, kazały przypuszczać coś nie­zwykłego.

Przyzwyczaiłem się już do wielu rzeczy zarówno w SS, jak i u Reichs-

Dokumenty z przełomu lat 1942—1943 ,,o wzmożonym kierowaniu do obozów" dowodzą, że program wykorzystania tych sił w produkcji zbrojeniowej został zainicjowany przez przed­siębiorców. Potwierdzają to następujące autorytatywne wypowiedzi: „Prawie wszystkie przedsiębiorstwa zbrojeniowe zwracały się do mojego urzędu o przydział sił roboczych z obozów koncentracyjnych, a większość tych, które je zatrudniały, domagała się stale zwiększenia liczby zatrudnionych u nich więźniów" (Pohl). „Kierownicze osobistości ze sfer przemysłowych stale podkreślały podczas moich podróży służbowych, że chcą mieć więcej więźniów" (Höss). „Największym pracodawcą zatrudniającym więźniów obozów koncen­tracyjnych byia IG-Farbenindustrie, której Himmler przyznał pierwszeństwo przed wszyst­kimi innymi przedsiębiorstwami" (Pohl). Por. dr J. Sehn: Obóz koncentracyjny Oświę-cim-Brzezinka, s. 64 i n.

77 Himmler odwiedził obóz oświęcimski po raz pierwszy w dniu l marca 1941 r. Po szczegółowej inspekcji rozkazał powiększyć obóz do rozmiarów opisanych przez Hössa. Budowę obozu w Brzezince rozpoczęto w październiku 1941 r. na podstawie dokumentacji opracowanej    przez    Amtsgruppe    C    (budownictwo)    WVHA,    w    której    zaplanowano    obóz

0   600 barakach  dla 200  000 więźniów.  Zburzono zagrody wysiedlonej już Brzezinki  i  zużyto
materiał   rozbiórkowy   do   budowy   pól   a  i   b   późniejszego   obozu   kobiecego   (odcinek  B   I).
Następnie zbudowano  odcinek B  U i  przystąpiono  do budowy  odcinka B III.   Te trzy  odcinki
były   obliczone  na   140   000  więźniów.   Czwarty   odcinek,   przeznaczony   dla  60   000  więźniów,
pozostał w planach.  Było to  duże miasto o 250 prymitywnych barakach z cegły lub  z desek,
zajmujące powierzchnię 175 ha.

Jeszcze przed urządzeniem obozu w Brzezince, bo od wiosny 1941 r., zaczęto zatrudniać więźniów oświęcimskich przy budowie dla koncernu IG-Farbenlndustrie A. G. zakładów Buna--Werke w Monowicach, odległych od obozu oświęcimskiego o 7 km. O wyborze tego miejsca zadecydowało także bezpośrednie sąsiedztwo obozu, którego więźniowie stanowili niewyczer­pany rezerwuar taniej niewolniczej siły roboczej (patrz wyrok Amerykańskiego Trybunału Woj­skowego w Norymberdze w procesie IG-Farbenindustrie z dnia 29. 7. 1948 r.). Początkowo więź­niowie dochodzili do pracy „na Bunie" pieszo, a następnie na żądanie koncernu zbudowano tam

1  uruchomiono  w  październiku   1942  r.   koncentracyjny   obóz  pracy  zwany  Lager IV.   Koncern
IG-Farbenlndustrie   zatrudniał   więźniów   obozu   oświęcimskiego   ponadto  w  kopalniach  Fürsten-
grube  i  Janinagrube  (po  sierpniu   1943   r.)  oraz Hydrierwerke  Heydebreak.  Do tego  ostatniego
dochodzili więźniowie z oświęcimskiego podobozu Blechhammer (od 1. 4.1844 r.). We wszystkich
tych   miejscowościach   istniały   poprzednio   żydowskie   (Heydebreck)   albo   jenieckie   (Fursten-
grube  i  Janinagrube)  obozy  pracy  przymusowej,  które  zostały  przejęte  przez  obóz  oświęcimski
jako jego  podobozy   (Heydebreck)   lub   zamienione  na  takie  podobozy   (Fürstengrube   i   Janina­
grube).  W  pierwszym  wypadku  przejęto  przeszło  3   000  Żydów w  stan  liczbowy  i   ewidencję
więźniów (nr od 176512 do 179567), a obóz w Blechhammer jako podobóz obozu koncentracyjne­
go   Oświęcim-Brzezinka.   W   dwu   dalszych   wypadkach   wycofano   z   obozu   w   Fürstengrube
i  Janinagrube jeńców i  osadzono tarn na ich miejsce więźniów Żydów z  obozu oświęcimskie­
go. Patrz J. Sehn: Sprawa odszkodowań dla ofiar hitleryzmu, „Zeszyty Oświęcimskie" 1958, nr 3.


führera. A jednak ten surowy i nieubłagany sposób, w jaki Himmler do­magał się najszybszego wykonania swych obecnych rozkazów, był u niego czymś nowym. Nawet i Glücks to zauważył. Za to wszystko odpowie­dzialny byłem jedynie i wyłącznie ja sam. Z niczego i bez niczego wy­budować jak najszybciej (wedle ówczesnych pojęć) coś olbrzymiego — z takimi „współpracownikami", bez żadnej istotnej pomocy przełożonych, po dotychczasowych doświadczeniach.

A jak wyglądała sprawa moich sił roboczych? Co uczyniono tymcza­sem z obozu więźniów? Kierownictwo obozu dołożyło wszelkich starań, aby w traktowaniu więźniów zachować tradycje Eickego. Dachau — Fritzsch oraz Sachsenhausen — Palitzsch, poza tym jeszcze Buchenwald — Meier starali się prześcigać nawzajem w stosowaniu „lepszych metod". Nie wierzyli mi, gdy wciąż wskazywałem, że metody Eickego są już od dawna przestarzałe ze względu na przeobrażenie obozów koncentracyj­nych. Z ograniczonych mózgów tych ludzi nie można było wyplenić wy­szkolenia, które otrzymali od Eickego. Odpowiadało ono zresztą bardziej ich mentalności. Moje rozkazy i zarządzenia stojące w sprzeczności z tym wyszkoleniem były przez nich przeinaczane. Nie ja bowiem, lecz oni na­dawali ton obozowi; oni wychowywali więźniów funkcyjnych — od star­szego obozu aż do ostatniego pisarza na bloku; oni wychowywali Block-führerów i pouczali ich, jak się mają obchodzić z więźniami.

Lecz o tym już dość powiedziałem i napisałem. Wobec biernego oporu byłem bezsilny. Zrozumiałe i wiarygodne jest to tylko dla kogoś, kto sam w ciągu lat pełnił służbę w obozie koncentracyjnym.

Już przedtem pisałem, jaki wpływ mieli na innych więźniów więźnio­wie sprawujący funkcje przełożonych. W obozie koncentracyjnym wy­stępowało to szczególnie wyraźnie. W olbrzymiej masie więźniów obozu Oświęcim—Brzezinka był to czynnik o decydującym znaczeniu. Zdawa­łoby się, że jednakowy los i wspólne cierpienie powinny prowadzić do niezniszczalnej, nierozerwalnej wspólnoty, do niezłomnej solidarności. Nic błędniejszego. Nigdzie bezwstydny egoizm nie ujawnia się w sposób tak jaskrawy, jak w niewoli; im twardsze w niej życie, tym bardziej ra­żące jest egoistyczne zachowanie się wynikające z instynktu samozacho­wawczego. Nawet natury, które w normalnym życiu były dobrotliwe i chętnie śpieszyły innym z pomocą, potrafią w ciężkim więzieniu bezli­tośnie tyranizować swych współtowarzyszy, jeżeli mogą dzięki temu od­robinę znośniej ukształtować swoje życie. Tym bardziej bez serca postę­pują ci, którzy z natury są egoistyczni, zimni lub mają skłonności prze­stępcze; niemiłosiernie przechodzą do porządku nad niedolą swych współ­towarzyszy, aby osiągnąć najdrobniejszą korzyść.

Więźniowie, których wrażliwości nie zabiła jeszcze brutalność obozo­wego życia, przechodzą niewypowiedziane cierpienia psychiczne wskutek


ordynarnego i nikczemnego postępowania, pomijając już fizyczne skutki takiego traktowania. Żadna, nawet najgorsza samowola, nawet najgorsze traktowanie przez dozorców nie dotyka ich tak boleśnie i nie rani tak dotkliwie jak złe ustosunkowanie się do nich współwięźniów. Druzgo­cąco na ich psychikę działa właśnie to, że bezsilni i bezradni muszą się przyglądać, jak tacy więźniowie sprawujący funkcje przełożonych dręczą swych towarzyszy. Biada więźniowi, który się przed tym broni lub wsta­wia się za pokrzywdzonymi. Terror osobników sprawujących władzę we­wnątrz obozu jest zbyt silny, aby ktoś mógł się na to odważyć.

Dlaczego więźniowie na stanowiskach przełożonych, więźniowie funk­cyjni traktują w ten sposób innych więźniów, towarzyszy niedoli? Postę­pują tak, ponieważ chcą przedstawić się w korzystnym świetle strażni­kom i dozorcom o podobnym sposobie myślenia, ponieważ chcą pokazać, jak dziarsko potrafią postępować, ponieważ mogą w ten sposób osiągnąć korzyści i przyjemniej ułożyć sobie życie — zawsze jednak kosztem współwięźniów. Tego rodzaju postępowanie i działanie umożliwia im dozorca, strażnik, który albo przygląda się temu z własnej wygody obojętnie, albo sam pochwala tego rodzaju postępowanie z niskich po­budek, ze złej woli, a nawet je prowokuje, gdyż sprawia mu szatańską radość, gdy może ,,podszczuwać" jednych więźniów przeciwko innym.

Wśród więźniów sprawujących funkcje przełożonych dość jest jednak i tego rodzaju kreatur, które dręczą współwięźniów fizycznie i psychicz­nie na skutek swego chamskiego, brutalnego i podłego usposobienia oraz zbrodniczych skłonności, a nawet swoim sadyzmem potrafią ich za-szczuć na śmierć. Właśnie w czasie mego obecnego aresztu miałem do­tychczas i mam ciągle jeszcze dość sposobności, aby w mym. maleńkim polu widzenia obserwować, jak wciąż na nowo, choć w mniejszej skali, potwierdza się to, co właśnie powiedziałem.

Nigdzie prawdziwy ,,Adam" 78 nie ujawnia się tak jak w niewoli. Wszystko, co zostało zdobyte przez wychowanie, wszystko nabyte, wszystko, co nie należy do jego istoty, opada z niego. Więzienie zmusza go z biegiem czasu do zaprzestania wszelkiego udawania, wszelkiej zaba­wy w chowanego. Człowiek ujawnia się w całej swej nagości, taki, jaki jest w rzeczywistości — dobry albo zły.

Jak oddziaływało życie więzienne w Oświęcimiu na poszczególne ka­tegorie więźniów?

Dla Reichsdeutschów, bez względu na kolor winkla, życie więzienne nie było problemem. Zajmowali niemal bez wyjątku „wysokie" stano­wiska i posiadali wskutek tego wszystko, co niezbędne do potrzeb ciała. ,,Organizowali"79 to, czego nie dostawali w zwykły sposób. Ta „możność

78              Określenia       Adam       używa       tu       Höss    w       znaczeniu:       pierwotny   człowiek.

79     Organizować— oznaczało w gwarze obozowej:   zdobywać.


zorganizowania" istniała w Oświęcimiu dla wszystkich wysoko posta­wionych funkcjonariuszy bez względu na barwę winkla i na narodowość. O powodzeniu decydowała tylko inteligencja, odwaga, ryzyko i brak skrupułów. Okazji nie brakowało nigdy. Po rozpoczęciu akcji żydowskiej nie było już właściwie nic, czego by nie można było ,,zorganizować". Wysoko postawieni więźniowie funkcyjni mieli również niezbędną do tego swobodę ruchów.

Główny kontyngent obozu stanowili aż do początku 1942 r. polscy więźniowie.80 Wszyscy oni wiedzieli, że muszą pozostać w obozie kon­centracyjnym przynajmniej do końca wojny. Większość z nich wierzyła, że Niemcy przegrają wojnę; po Stalingradzie wierzyli w to wszyscy. Mając wiadomości pochodzące od nieprzyjaciela, byli dokładnie zoriento­wani w prawdziwym położeniu Niemiec. Słuchanie wiadomości nie­przyjacielskich nie było trudne; nie brakowało w Oświęcimiu sprzętu radiowego. Nawet w moim domu słuchano wiadomości radiowych. Poza tym było dość sposobności do przemycania na szeroką skalę listów za pośrednictwem robotników cywilnych, a nawet SS-manów. Było więc dość źródeł wiadomości. Także nowo przybywający więźniowie przy­wozili najświeższe nowiny. Ponieważ według nieprzyjacielskiej propa­gandy klęska mocarstw „osi" była tylko kwestią czasu, polscy więźnio­wie nie mieli powodu do rozpaczy, jeśli rozpatrywać to z tego punktu widzenia.

Pytano się tylko, kto będzie miał szczęście przetrwania obozu. I ta niepewność sprawiała, że pobyt w obozie był dla Polaków tak ciężki pod względem psychicznym. Dołączał się do tego lęk przed przypadkowymi wydarzeniami, które mogły codziennie każdego spotkać. Mógł paść ofia­rą choroby epidemicznej, której nie był w stanie fizycznie przetrzymać; mógł zostać nieoczekiwanie rozstrzelany albo powieszony jako zakładnik; mógł być nieoczekiwanie wezwany przed sąd doraźny i skazany na śmierć w związku z ruchem oporu; mógł być zlikwidowany w wyniku represji; mógł go spotkać śmiertelny wypadek przy pracy spowodowany przez kogoś źle mu życzącego; mógł wreszcie umrzeć wskutek skatowa­nia albo z powodu podobnych wypadków, na które był nieustannie narażony.

Pytanie napawające go lękiem: czy zdoła przetrwać obóz fizycznie przy coraz gorszym odżywianiu, w coraz bardziej przepełnionych po­mieszczeniach, pogarszających się warunkach higienicznych, często bę-

80 Ten „polski" charakter obozu utrzymał się do końca, mimo poważnych zmian w skła­dnie osobowym obozu. Wprawdzie od 1942 r. Żydzi z innych krajów stanowili ilościowo główny kontyngent więźniów, zwłaszcza w Brzezince i wszystkch podobozach. jednakże Polacy byli w Oświęcimiu na swojej ziemi i wśród swej ludności. Wynikające z tego możliwości wykorzystywali Polacy w interesie ogółu więźniów w ramach demokratycznego Ruchu Oporu, zorganizowanego na platformie międzynarodowej.


dąc narażonym podczas ciężkiej pracy na wszelkiego rodzaju działania atmosferyczne.

Do tego dołączała się stała troska o rodzinę, o krewnych. Czy znaj­dowali się wciąż jeszcze na miejscu? Czy nie zostali również aresztowani lub zesłani gdzieś do pracy? Czy w ogóle jeszcze żyli?

Wielu nęciła ucieczka, aby się wyrwać z tego nędznego bytowania. W Oświęcimiu było to nietrudne: istniały niezliczone możliwości ucieczki. Można było łatwo stworzyć sobie do tego odpowiednie warunki; można było zmylić czujność strażników, wystarczyło trochę odwagi i odrobina szczęścia. Gdy się jednak stawia wszystko na jedną kartę, należy się również liczyć z możliwością niepowodzenia, z tym, że może się to skończyć śmiercią.

Myślom o ucieczce stały jednak na przeszkodzie represje: aresztowa­nie rodzin, likwidowanie po dziesięciu albo i więcej towarzyszy niedoli. Wielu uciekających nie troszczyło się zbytnio o represje — ryzykowali ucieczkę mimo to. Gdy znajdowali się już poza łańcuchem straży, poma­gała im okoliczna ludność. Potem wszystko już szło gładko. Jeśli mieli pecha, wszystko się skończyło. I tak, i tak zginę — oto było ich hasło.81

Ich towarzysze niedoli, współwięźniowie musieli maszerować w sze­regach obok zwłok więźnia zastrzelonego podczas ucieczki, aby wiedzieli, czym może się skończyć ucieczka. Widok ten wprawdzie wielu odstra­szał, ale ludzie twardzi decydowali się na ryzyko mimo wszystko. Mogli mieć szczęście i należeć do tych 90%, którym się udawało uciec.

Co mogli odczuwać maszerujący wówczas więźniowie? Jeśli potrafię

81 Pierwszą udaną ucieczką z obozu oświęcimskiego była ucieczka więźnia Tadeusza Wiejowskiego w dniu 6. 7. 1940 r. W związku z tą ucieczką Höss zażądał od przybyłego do obozu w dniu 18. 7. 1940 r. von dem Bacha zgody na przeprowadzenie akcji, która by uświadomiła ludności polskiej, że obóz koncentracyjny jest obiektem zarządzanym przez SS i nie może być porównywany z podobnymi obiektami zarządzanymi przez Wehrmacht lub policję. Potrzebę takiego uświadomienia motywował pisemnie tym, że „ludność miejscowa jest fanatycznie polska i — jak ustalono w drodze wywiadu — gotowa do każdego wystą­pienia przeciwko znienawidzonej załodze obozowej SS. Każdy więzień, któremu uda się ucieczka, może liczyć na wszelką pomoc, skoro tylko dotrze do pierwszej polskiej zagrody". Mimo surowych represji ucieczki powtarzały się. W późniejszym okresie (od 1943 r.) przy­brały na sile. Höss często z własnej inicjatywy zarządzał odwetowe i represyjne rozstrze­liwania za ucieczkę, wykonywane razem z, egzekucjami nakazanymi przez Gestapo, zwłaszcza Gestapo z GG. Również z jego rozkazu aresztowano rodziców zbiegłego więźnia. Stali oni w widocznym miejscu obozu z tablicą, na której napisano, że rodzice pozostaną tak długo w obozie, dopóki ich zbiegły syn nie zostanie ujęty (H. Langbein: Die Stärkeren, s. 121). Wreszcie Höss przy współudziale innych SS-manów wybierał zakładników spośród więźniów w odwet za ucieczkę więźnia. Zakładników osadzano w bunkrze bloku 11, gdzia nie otrzymywali żadnego jedzenia ani picia. Z wpisów w książce bunkra wynika, że pierwsze tego rodzaju wydarzenie miało miejsce w dniu 23.4.1941 r., kiedy to osadzono w bunkrze dziesięciu więźniów wybranych przez Hössa z bloku 2. Następnych dziesięciu więźniów z tego samego bloku wybrano i osadzono w bunkrze w dniach 17 i 24. 6. 1941 r. W obu przypadkach wszyscy więźniowie zmarli w bunkrze śmiercią głodową (F. Brol, G. Włoch, J. Pilecki: Książka bunkra w bloku 11 hitlerowskiego obozu w Oświęcimiu, „Zeszyty Oświęcimskie" 1957, nr 1; T. Iwaszko: Ucieczki więźniów z obozu koncentracyjnego Oświę­cim, „Zeszyty Oświęcimskie" 1963, nr 7).


czytać w twarzach, to widziałem w nich: osłupienie wywołane losem uciekiniera, współczucie dla nieszczęśliwego i zapowiedź zemsty, odwetu, gdy czas po temu nadejdzie. Takie same twarze widziałem podczas egze­kucji przez powieszenie w obecności zebranych więźniów; wówczas jed­nak jeszcze bardziej uwidaczniało się przerażenie, obawa przed podob­nym losem.

Muszę jeszcze wspomnieć tutaj o sądzie doraźnym i likwidowaniu za­kładników, ponieważ wchodzili tu w grę wyłącznie polscy więźniowie. Zakładnicy siedzieli w obozie przeważnie dłuższy czas; ani oni, ani kie­rownicy obozu nie wiedzieli o tym, że byli zakładnikami. Nagle przy­chodził dalekopis z rozkazem dowódcy Policji Bezpieczeństwa albo RSHA: „Niżej wymienieni więźniowie mają być rozstrzelani albo powieszeni jako zakładnicy". W ciągu paru godzin należało zameldować o wykona­niu egzekucji.

Więźniów tych zabierano z miejsca pracy albo wyciągano z szeregu podczas apelu i prowadzono do aresztu. Ci, którzy siedzieli już dłuższy czas w obozie, wiedzieli wówczas, co ich czeka, lub przynajmniej prze­czuwali swój los. W areszcie odczytywano im rozkaz egzekucji. W pierw­szym okresie, tj. 1940—1941, zakładników rozstrzeliwał oddział egzeku­cyjny, później wieszano ich lub zabijano pojedynczo z karabinu mało-kalibrowego   wystrzałem   w   kark.      Obłożnie   chorych   likwidowano   w   re-

OT

wirze    za pomocą zastrzyków.

Sąd doraźny z Katowic przyjeżdżał zazwyczaj co 4—6 tygodni do Oświęcimia i odbywał rozprawy w areszcie. Więźniów podległych kom­petencji sądu doraźnego sprowadzano przed sąd, badano za pośrednic­twem tłumacza i pytano, czy przyznają się do winy. Widziałem, jak więźniowie podczas przesłuchania przyznawali się do swych czynów szczerze i dobrowolnie; szczególnie odważnie zachowywały się niektóre kobiety. W większości wypadków wydawano wyrok śmierci, po czym niezwłocznie następowała egzekucja.84 Wszyscy ci więźniowie, podob­nie jak i zakładnicy, szli na śmierć odważnie i spokojnie w przekona­niu, że składają życie w ofierze ojczyźnie. Często widziałem w ich oczach fanatyzm, który mi przypominał badaczy Pisma św. i ich zacho­wanie się przed śmiercią.

Inaczej umierali więźniowie kryminalni, którzy zostali skazani przez

82   Egzekucje odbywały się początkowo w dołach żwirowni na terenie obozu macierzystego, później
na podwórzu bloku 11.

83   Rewir (skrót od Krankenrevler) — szpital obozowy, określany w Oświęcimiu również jako
Krankenbau (dla więźniów).

84      W  toku   śledztwa  w   sprawie  zbrodni   popełnionych  w  Oświęcimiu  nie  zdołano  ustalić
ani   jednego   przypadku,   w   którym   „sąd"   urzędujący   w   bloku    11    wydałby   wyrok   unie­
winniający    Höss    stwierdził    w    swych    ustnych    wyjaśnieniach,    że    gestapowcy    przywozili
gotowy wyrok, zatwierdzony już do wykonania.


sąd doraźny za napady rabunkowe, kradzieże dokonane w bandzie — albo zachowywali się z tępą obojętnością, albo jęczeli, lamentowali i żebrali o łaskę.

W Oświęcimiu występowało to samo zjawisko co podczas egzekucyj w Sachsenhausen: ci, którzy umierali w imię pewnej idei, szli na śmierć śmiało i spokojnie, aspołeczni zaś zachowywali się bądź obojętnie, bądź bronili się przed śmiercią.

Chociaż ogólne warunki bytowania były w Oświęcimiu naprawdę złe, to jednak żaden polski więzień nie chciał być przeniesiony do innego obozu. Z chwilą, gdy więźniowie dowiadywali się, że mają być przenie­sieni, używali wszelkich środków, aby móc pozostać w Oświęcimiu. Gdy w 1943 r. przyszedł ogólny rozkaz, na mocy którego wszyscy Polacy mieli być przeniesieni do obozów w Rzeszy, zostałem zasypany prośba­mi ze wszystkich placówek pracy, uzasadniającymi nieodzowną obec­ność Polaków. Trzeba było zarządzić przymusową wymianę procento­wą. Nigdy nie słyszałem o tym, aby jakiś polski więzień zgłosił się dobrowolnie do innego obozu. Nie mogłem się nigdy dowiedzieć, jaki był powód tego kurczowego trzymania się Oświęcimia.

Polscy więźniowie dzielili się na trzy wielkie grupy polityczne, któ­rych zwolennicy gwałtownie się zwalczali. Najsilniejsza wśród nich była nacjonalisty czno-szowinistyczna. Walczyły one między sobą o wpływo­we stanowiska. Więzień, który osiągał ważne stanowisko w obozie, szybko ściągał do siebie tych więźniów, którzy należeli do jego grupy, i usuwał z zasięgu swojej władzy członków innych grup, nierzadko przy pomocy nikczemnych intryg. Nie waham się powiedzieć, że niektóre przypadki tyfusu plamistego lub brzusznego ze śmiertelnym wynikiem należy zapisać na konto tych walk o władzę. Nieraz słyszałem od leka­rzy, że właśnie w rewirze stale odbywały się gwałtowne walki o wpły­wy. To samo działo się na terenie Oddziału Zatrudnienia. Szpital i Od­dział Zatrudnienia stanowiły przecież kluczowe pozycje w życiu obozo­wym; kto je umiał opanować, ten rządził. Rządzono się tam, i to by­najmniej nie wstrzemięźliwie. Zajmując ważne stanowiska, można było umieszczać swoich przyjaciół na takich placówkach, gdzie się chciało ich mieć. Można było także przenosić lub w ogóle pozbywać się innych więźniów będących w niełasce. W Oświęcimiu wszystko to było możliwe.

85 Wielu szczerze patriotycznych i demokratycznych więźniów Polaków rozumiało znacze­nie międzynarodowej solidarności w walce z faszyzmem niemieckim i rodzimym i praco­wało ofiarnie w obozowym Ruchu Oporu. Celem tej walki nie był kawałek chleba, ale między innymi izolowanie i likwidacja „zielonego" (kryminalnego) pomocniczego aparatu terroru w obozie. We wszystkich „czerwonych" obozach szpital był w tej walce prawdziwą twierdzą więźniów politycznych. Podobnie szpital oświęcimski był siedzibą władz Ruchu Oporu, miejscem wykonywania wyroków na zdrajcach, centralą konspiracyjnych dostaw


Te walki polityczne o władzę toczyły się w Oświęcimiu nie tylko między polskimi więźniami. Antagonizmy polityczne istniały we wszyst­kich obozach i wśród wszystkich narodowości. Nawet wśród czerwo­nych Hiszpanów w Mauthausen istniały dwie grupy zwalczające się gwałtownie.

Nawet w czasie odsiadywania kary przeze mnie byłem niegdyś świad­kiem tego, jak zwalczali się wzajemnie więźniowie należący do prawicy i lewicy.

Kierownictwo obozu koncentracyjnego gorliwie popierało te antago­nizmy, a nawet podjudzało, aby nie dopuścić do trwałej jedności wszystkich więźniów. Nie tylko polityczne, lecz jeszcze bardziej ,,kolo­rowe" antagonizmy odgrywały tu dużą rolę.

Żadnemu, nawet najsilniejszemu kierownictwu obozu nie udałoby się utrzymać w karbach tysięcy więźniów i kierować nimi, gdyby nie przy­chodziły mu z pomocą wzajemne antagonizmy więźniów. Im liczniejsze są antagonizmy i im gwałtowniejsze toczą się walki o władzę pomiędzy więźniami, tym łatwiej można kierować obozem.

Divide et impera! — ta zasada jest ważna nie tylko w wielkiej poli­tyce, ale i w obozie koncentracyjnym stanowi czynnik, który nie powi­nien być niedoceniany.

Drugi większy kontyngent stanowili radzieccy jeńcy, którzy mieli

dużej ilości leków, placówką ratującą zdrowie i życie współtowarzyszy. W „Rezolucji więź­niów politycznych'' napisanej i wysłanej z obozu oświęcimskiego w lecie 1914 r. przez więźnia tego obozu Józefa Cyrankiewicza czytamy ,,Chociaż w obozach niewoli, to jednak ludzie wolności — ślemy wolnemu światu wieść o naszym istnieniu, o naszej nierównej walce o prawa więźniów politycznych. Jesteśmy za drutami, jako żołnierze i jako człon­kowie swoich narodów — żądamy traktowania nas jako żołnierzy — żądamy praw ludzkich, praw jeńca wojennego w niewoli. Wiemy, że tylko zdecydowana postawa wolnego świata może nam takie prawa zapewnić. Żądamy takiej zdecydowanej postawy, bo będzie ona także wyrazem wspólnej walki o wolność narodów, o wolność świata, o poszanowanie człowieka. (...) Oczywiście nie chcemy, aby nasze wołanie o akcję i interwencję było zrozumiane albo pizez kogoś odczute jako zaprzątanie głowy ludziom zajętym wojną przez ludzi tak czy owak biernych — w pewnym sensie bezużytecznych. Nie. My zagadnienie więźniów politycznych — zagadnienie obozów koncentracyjnych staramy się traktować niezależnie od tego, że w nich siedzimy. (...) jako problem moralny w stosunku do człowieka, jako jedno z zagadnień, o które toczy się wojna w swojej części ideologicznej. To, że w tych obozach siedzimy — pozwala nam to zagadnienie uczynić czymś plastycznym — pozwala nam po prostu jako świadkom wyliczyć wszystkie zbrodnie, których obiektem jesl człowiek. (...) Hitleryzm uważamy we wszystkich jego przejawach w stosunku do narodów i w stosunku do człowieka za najbardziej cyniczny, zbrodniczy i najlepiej zorganizowany zamach na wszystko, co się nazywa człowieczeństwem. W tym sensie my, więźniowie polityczni hitleryzmu, jesteśmy tylko sprawozdawcami z jednego odcinka, dość ważnego zresztą — rozprawy hitleryzmu z człowieczeństwem. I dlatego pomoc dla nas traktujemy nie tylko jako jakąś sumę praktycznych dla nas korzyści w formie poprawy warunków, ale jako pewnego rodzaju egzamin postawy moralnej wolnego świata. (...) Właśnie chodzi nam o to, aby z chwilą, gdy mówi się o tym, co się dzieje w obozach koncentracyjnych — mówiło się nie tylko dlatego, aby nam pomóc, ale żeby to była sama w sobie część walki z hitleryzmem, w której my, więźniowie, nie jesteśmy jakimś balastem, ale po prostu odcinkiem frontu". Tom II Materiałów Pomocy Więźniom Obozów Koncentracyjnych -PWOK - k. 41 i n.


wybudować obóz dla jeńców w Brzezince. Przywieziono ich z obozu dla jeńców w Łambinowicach86 na Górnym Śląsku w stanie całkowitego wyczerpania. W Łambinowicach znaleźli się po wielotygodniowych marszach; po drodze nie otrzymywali prawie żadnego wyżywienia, pod­czas przerw w marszu prowadzono ich na najbliższe pola i tam jedli wszystko, co tylko było jadalne. W obozie w Łambinowicach było po­dobno 200 000 radzieckich jeńców wojennych. Mieszkali oni przeważnie w ziemiankach, które sami wykopali. Wyżywienie otrzymywali zupeł­nie niewystarczające i nieregularnie. Gotowali sobie sami w dołach ziemnych. Większość „pożerała" — bo jedzeniem nie można już było tego nazwać — swój przydział zaraz na surowo.

Wehrmacht nie był przygotowany w 1941 r. na to, że takie masy jeńców wojennych znajdą się w niewoli. Aparat zajmujący się jeń­cami wojennymi był zbyt sztywny i zbyt mało ruchliwy, aby potrafił coś szybko zaimprowizować. Zresztą po klęsce w maju 1945 r. niemiec­kim jeńcom wojennym także nie powodziło się lepiej. Z tym masowym zjawiskiem także i alianci nie mogli sobie dać rady. Jeńców spędzano po prostu na nadający się do tego kawałek pola, grodzono prowizorycz­nie drutem kolczastym i pozostawiano własnemu losowi. Powodziło się im dokładnie tak jak Rosjanom.87

Przy pomocy takich jeńców, często ledwie się trzymających na no­gach, miałem budować obóz dla jeńców w Brzezince. Według zarządze­nia Reichsführera SS do Oświęcimia miano sprowadzić w tym celu tylko takich jeńców radzieckich, którzy byli szczególnie silni i całkowicie na­dawali się do pracy. Oficerowie konwoju mówili, że wybrali najlepszy mlateriał ludzki spośród masy jeńców, którymi dysponowali.

Jeńcy radzieccy byli chętni do pracy, lecz z powodu osłabienia ni­czego nie mogli dokonać. Wiem dokładnie, że dawaliśmy im, gdy byli jeszcze w obozie macierzystym, stałe dodatki żywnościowe, ale nie od­niosło to żadnego skutku — wyniszczone organizmy nie mogły już nic strawić, organizm był już niezdolny do funkcjonowania. Jeńcy wymierali jak muchy z ogólnego wycieńczenia albo na skutek najlżejszej choroby, przed którą organizm nie mógł się już bronić. Widziałem, jak wielu umie­rało w czasie połykania buraków lub ziemniaków.

86     W Łambinowicach w woj.  wrocławskim  (niemiecka nazwa:  Lamsdorf) w  1939 r.  został
założony   obóz  jeńców   polskich,   a   później   obóz   dla  jeńców   narodowości   zachodnioeuropej­
skich   (Stalag   VIII   B).   W   1941   r.   założony   został   oddzielny   obóz   dla  jeńców   radzieckich,
w  którym  warunki   były   pod   każdym  względem   o  wiele  gorsze  niż  w  obozach   dla jeńców
innych   narodowości.   Zginęło  w  nich  z   głodu,   wycieńczenia  i   chorób   około  40   000  jeńców
radzieckich.

87     W   rzeczywistości   zachodziła   zasadnicza   różnica   między   obu   sytuacjami.   Polegała   ora
na  tym,   że  jeńcy   radzieccy   byli   skazani   na   zagładę,   a jeńcy   niemieccy,   wśród   nich  także
i    członkowie   formacji    SS,   przeżyli   te   chwilowe,   początkowe   trudności   i   jeżeli   ich   nie
skazano sądownie jako zbrodniarzy wojennych, zostali z niewoli zwolnieni.


Około 5 000 Rosjan zatrudniałem przez jakiś czas prawie codziennie przy wyładowywaniu wagonów brukwi. Cały tor kolejowy był już za­pchany, góry brukwi leżały na szynach kolejowych i nie można było dać sobie z tym rady. Rosjanie nie byli już w stanie nic robić. Chodzili wkoło bez żadnego celu i sensu albo chowali się w jakąś bezpieczną dziurę, aby przełknąć cokolwiek nadającego się do jedzenia, albo szukali jakiegoś cichego miejsca, gdzie mogliby spokojnie umrzeć.

Najgorzej było w czasie odwilży w zimie 1941—1942 r. Zimno znosili lepiej niż wilgoć, nieustanne moknięcie. W prymitywnych, kamiennych barakach na wpół gotowych, naprędce skleconych w pierwszym okresie Brzezinki, śmiertelność wciąż wzrastała. Nawet spośród tych jeńców, któ­rzy dotychczas wykazywali pewną odporność, z każdym dniem pozosta­wało coraz mniej. Nie pomagały już dodatki żywnościowe; połykali wszystko, co tylko mogli zdobyć, lecz nigdy nie byli syci.

Kiedyś widziałem, jak na drodze między Oświęcimiem a Brzezinką cała kompania jeńców złożona z kilkuset ludzi nagle uciekła z drogi w kierunku najbliżej położonych kopców ziemniaczanych, a całkowicie zaskoczona straż nie mogła sobie dać rady. Na szczęście właśnie wów­czas nadjechałem i opanowałem sytuację. Jeńcy rozkopywali kopce i nie dawali się od nich odpędzić; niektórzy z nich umarli podczas jedzenia, trzymając w dłoniach pełno ziemniaków. Nie mieli już dla siebie żadnych względów; instynkt samozachowawczy w swej najjaskrawszej postaci nie dopuszczał żadnych ludzkich odruchów.

Wypadki ludożerstwa nie należały w Brzezince do rzadkości. Ja sam natknąłem się na Rosjanina leżącego pomiędzy zwałami cegły, któremu rozpruto brzuch jakimś tępym narzędziem i w którego zwłokach brak było wątroby. Zabijali się nawzajem, aby zdobyć coś nadającego się do zjedzenia. Jadąc konno zauważyłem jakiegoś Rosjanina, jak drugiego, skulonego za stertą kamieni i żującego kawałek chleba, uderzył cegłą w głowę, aby mu porwać chleb. Zanim jednak dostałem się na miejsce przez bramę — znajdowałem się bowiem poza ogrodzeniem — leżący za stertą był już nieżywy: miał on rozbitą czaszkę. W kłębiącej się masie Rosjan nie zdołałem, już wykryć sprawcy.

Podczas plantowania pierwszego odcinka budowlanego wielokrotnie znajdowano przy kopaniu rowów zwłoki Rosjan, którzy — zabici przez innych i częściowo pożarci — znikali w jakimś błotnistym dole. W ten sposób wyjaśniło nam się zagadkowe zniknięcie wielu Rosjan.88

Z mojego mieszkania widziałem, jak jakiś Rosjanin wlókł kocioł po

88 O wypadkach spożywania przez głodzonych z premedytacją radzieckich jeńców wojen­nych części ciała zmarłych współtowarzyszy wspomina także sprawozdanie radzieckiej Ko­misji do Badania Zbrodni Niemieckich Popełnionych na Radzieckich Jeńcach Wojennych w Twierdzy Dęblińskiej z dnia 28. 8. 1944 r.


jedzeniu za blok przy komendzie i łapczywie go wyskrobywał. Nagle zza rogu ukazał się drugi, przystanął na chwilę, następnie rzucił się na wy­skrobującego kocioł, pchnął go na ogrodzenie naładowane prądem i znik­nął z kotłem. Strażnik na wieży także obserwował to, ale nie zdążył strzelić do uciekającego. Natychmiast zatelefonowałem do służbowego Blockführera, poleciłem wyłączyć prąd z ogrodzenia i poszedłem do obozu sam poszukiwać sprawcy. Pchnięty na druty był martwy. Tego drugiego nie udało się odszukać. To już nie byli ludzie; zezwierzęceli w ciągłych poszukiwaniach jedzenia.

Z liczby przeszło 10 000 radzieckich jeńców, którzy mieli stanowić główną siłę roboczą przy budowie obozu jeńców w Brzezince, pozostało przy życiu do lata 1942 r. zaledwie kilkuset. Tę resztę stanowili naj­bardziej wytrzymali. Ci, którzy przetrwali, pracowali znakomicie i byli zatrudnieni jako lotne drużyny robocze wszędzie tam, gdzie należało szybko ukończyć prace. Nigdy jednak nie mogłem się pozbyć uczucia, że ci, którzy pozostali przy życiu, przetrwali tylko kosztem swych współwięźniów, ponieważ byli od nich bardziej bezwzględni i twardsi.

W lecie 1942 r. — o ile sobie przypominam — udała się tym jeńcom masowa ucieczka. Większość z nich została zastrzelona, wielu jednak udało się uciec. Ci, którzy zostali schwytani, jako powód masowej uciecz­ki podawali lęk przed zagazowaniem, który ich ogarnął, gdy im oznaj­miono, że zostaną przeniesieni na nowy, świeżo wykończony odcinek obozu. Nie wierzyli w przeniesienie, uważali, że się ich oszukuje, cho­ciaż tych jeńców nigdy nie zamierzano zagazować. Zapewne wiedzieli o likwidowaniu radzieckich „politruków" i komisarzy i dlatego obawiali się, że i ich czeka podobny los. W ten sposób może powstać masowa psy­choza, która pociąga za sobą takie skutki.89

89 W związku z opisem przez Hössa losu jeńców radzieckich w Oświęcimiu należy nadmienić, że na podstawie wytycznych Hitlera z dnia 30.3. 1941 r. i opracowanych przez OKW „Zasad traktowania komisarzy politycznych" z dnia 6.6.1941 r. (Dok. Norymb. NOKW-1076) szef RSHA, SS-Gruppenführer Reinhard Heydrich wydał w dniu 17. 7. 1941 r. rozkaz nakazujący zabijanie wszystkich radzieckich jeńców, którzy są lub mogą być nie­bezpieczni dla narodowego socjalizmu. Według rozkazu przede wszystkim dotyczyło to wszys­tkich wybitniejszych funkcjonariuszy państwowych i partyjnych, a zwłaszcza „zawodowych rewolucjonistów", wszystkich komisarzy ludowych Armii Radzieckiej, kierowniczych osobistości w życiu państwowym, radzieckiej inteligencji, wszystkich Żydów i tych wszystkich osób, co do których ustalono, że są agitatorami albo „fanatycznymi komunistami".

W dniu 8. 9. 1941 r. generał Hermann Reinecke (szef Wydziału Jeńców w OKW) wydal rozkaz zawierający m.i. następujące przepisy: „Żołnierz bolszewicki utracił wszelkie prawo, aby być traktowany jako honorowy żołnierz według konwencji genewskiej. Brak subordyna-cji oraz czynny lub bierny opór należy natychmiast złamać przy użyciu broni. Kto do wy­konania rozkazu nie użyje broni lub użyje jej nie dość energicznie, będzie karany. Do zbie­gów należy strzelać natychmiast i bez uprzedzenia. Nie wolno nigdy strzelać na postrach. Użycie broni przeciwko radzieckim jeńcom jest z zasady zgodne z prawem".

W poufnym rozkazie Glücksa z dnia 15.1.1942 r. jest mowa o selekcji radzieckich jeńców kierowanych do obozów koncentracyjnych na wyniszczenie.

Nawet    Canaris    stał    na    stanowisku,    że    wszystkie    te    rozkazy       sprzeczne    z    zasadami prawa międzynarodowego, według których zabijanie lub kaleczenie bezbronnych ludzi jest


Następny główny kontyngent więźniów stanowili Cyganie. Znaleźli się oni w obozach koncentracyjnych już na długo przed wojną, w ramach akcji przeciwko aspołecznym. W Urzędzie Policji Kryminalnej Rzeszy jedna placówka zajmowała się wyłącznie nadzorowaniem Cyganów. W obozach cygańskich wyszukiwano osoby niecygańskiego pochodzenia; które przyłączyły się do Cyganów, i umieszczano je w obozach koncen­tracyjnych jako jednostki wykazujące wstręt do pracy lub aspołeczne. Poza tym w obozach cygańskich stale przeprowadzano selekcję według kryteriów biologicznych.

Reichsführer SS chciał zachować dwa główne, wielkie szczepy cy­gańskie (nazw tych szczepów nie mogę już sobie przypomnieć).90 Jego zdaniem byli to w prostej linii potomkowie indogermańskich ludów pier­wotnych i zachowali zarówno swój typ, jak i obyczaje w stanie stosun­kowo czystym. Mieli oni stać się przedmiotem specjalnych badań, mieli zostać dokładnie zarejestrowani i objęci ochroną. Zamierzano zebrać ich potem z całej Europy i przydzielić ograniczone obszary zamieszkania. W 1937—1938 r. wszyscy wędrowni Cyganie zostali zgromadzeni w tak zwanych obozach mieszkalnych położonych przy większych miastach, aby można było nad nimi lepiej sprawować nadzór.

W 1942 r. wydany został rozkaz, w myśl którego na obszarze Rzeszy
wszyscy Cyganie oraz cygańscy mieszańcy powinni być aresztowani
i wysłani do Oświęcimia — niezależnie od        wieku i płci. Wyjątek sta­
nowili tylko Cyganie uznani za czystych               pod względem rasowym,
należący do obu głównych szczepów; tych            miano osiedlić w okręgu
Odenburg nad jeziorem Neusiedler. Cyganie   przywiezieni do Oświęcimia
mieli pozostać na czas wojny w obozie rodzinnym.

Wytyczne jednak, na których podstawie przeprowadzono aresztowa­nia, nie były dostatecznie dokładne. Poszczególne placówki Policji Kry­minalnej różnie je interpretowały i w ten sposób doszło do aresztowa­nia osób, które nie powinny były się znaleźć wśród internowanych. Nie­jednokrotnie aresztowano żołnierzy urlopowanych z frontu, którzy mieli

sprzeczne z poglądami żołnierskimi, a sam Rosenberg określał los radzieckich jeńców w Niem­czech jako największą tragedię (eine Tragödie grössten Ausmasses). Szef Głównego Dowództwa Sił Zbrojnych (OKW) Wilhelm Keitel odpowiedział na zastrzeżenia Canarisa, że opierają się one na poglądach żołnierskich o wojnie rycerskiej. W wypadku jeńców radzieckich chodzi na­tomiast o zniszczenie światopoglądu i dlatego on, marszałek Keitel, zatwierdza wydane zarzą­dzenia i popiera je osobiście.

Patrz też zeznania obecnego dyrektora Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, K. Smolenia z dnia 15. 12. 1947 r. (Dok. Norymb. NO-5849). M. Broszat w edycji: Kommandant in Au-schwitz, s. 121 przyp. 2, dr J. Sehn: Obóz koncentracyjny Ośwlęcim-Brzezinka, s. 102 i n.

90 Według Broszata chodziło o Cyganów szczepów Sinte i Lallerie (Kommandant in Auschwitz, s. 104, przyp. 4). Patrz również W. Polzer: Gauner-Wörterbuch, s. 35, S. A. Wolf: Wörterbuch des Rotwelschen, H. Eller: Die Zigeuner - ein Problem, „Krimi-nalistik" 1954, nr 5 oraz J. Brandhuber: Jeńcy radzieccy w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu, ,,Zeszyty Oświęcimskie" 1960, nr 4.


wysokie odznaczenia, byli kilkakrotnie ranni, a których ojciec, matka albo dziadek itd. byli Cyganami lub cygańskimi mieszańcami. Znalazł się między nimi nawet jeden z najstarszych towarzyszy partyjnych, którego dziadek przywędrował do Lipska jako Cygan; on sam miał wielkie przed­siębiorstwo w Lipsku i był uczestnikiem wojny światowej wielokrotnie odznaczonym orderami. Była też między nimi studentka, przywódczyni Związku Niemieckich Dziewcząt w Berlinie. Zdarzyło się jeszcze wiele innych podobnych wypadków. Złożyłem o tym raport do RKPA, wskutek czego przeprowadzono badania w obozie cygańskim i zarządzono wiele zwolnień; jednakże ledwie dało się to odczuć w takiej masie uwięzio­nych.

Nie pamiętam już, ilu Cyganów i cygańskich mieszańców było w obo­zie oświęcimskim. Wiem tylko, że zapełnili całkowicie odcinek obozu obliczony na 10 000 osób.91 Ogólne warunki egzystencji w Brzezince ab­solutnie nie pozwalały na urządzenie obozu rodzinnego; brak podstawo­wych warunków uniemożliwiał zatrzymanie tam, Cyganów choćby tylko do końca wojny. Nawet należyte odżywianie dzieci było zupełnie nie­możliwe, jakkolwiek przez pewien czas, powołując się podstępnie na roz­kaz Reichsführera SS, otrzymywałem w urzędach żywnościowych po­żywienie dla małych dzieci. Lecz i to wkrótce się skończyło, gdyż Mini­sterstwo Wyżywienia odmówiło obozom koncentracyjnym jakichkolwiek specjalnych przydziałów dla dzieci.

W lipcu 1942 r. przyjechał do Oświęcimia Reichsführer SS. Pokaza­łem mu dokładnie obóz cygański. Obejrzał wszystko gruntownie; widział przepełnione baraki mieszkalne, niezadowalające warunki higieniczne, baraki szpitalne pełne chorych, oddział dla zakaźnie chorych, widział dzieci chore na nomę,92 chorobę, która mnie zawsze przejmowała grozą, gdyż przypominała chorych na trąd, nieszczęsnych trędowatych, których widziałem niegdyś w Palestynie — te wymizerowane ciałka dziecięce z wielkimi dziurami w policzkach, ten powolny rozkład żywego ciała!

Himmler wysłuchał liczb dotyczących śmiertelności wśród Cyganów.

91   Obóz   cygański   mieścił   się  na  odcinku  B   IIe  w  Brzezince.   W  pierwszych  miesiącach

1942        r. przybyło do obozu około 14 000 Cyganów. Wkrótce liczba ta powiększyła się do około
20 000. Na podstawie odnalezionych w 1947 r.  obozowych ksiąg ewidencyjnych Cyganów (czę­
ściowo  zniszczonych  i   nieczytelnych)  można   stwierdzić,   że  w  okresie  od  marca  do  września

1943        r. zmarło z chorób i z wycieńczenia przeszło 7 000 Cyganów. L. Adelsberger podaje, że
na wiosnę 1942 r. przebywało w Brzezince 16 000 Cyganów. Autorka ta od maja 1943 r. przez
przeszło rok pracowała w obozie cygańskim jako więźniarka-lekarka i na tej  podstawie stwier­
dza, że w obozie tym bloki były przepełnione:  800,  1000 a nawet więcej ludzi w jednym bloku
było    regułą   [L.    Adelsberger:    Auschwitz,    Ein    Tatsachenbericht    (cyt.    dalej   jako:    Ausch-
witz).   Berlin   1956,   s.  
54].   Los  Cyganów  w  Oświęcimiu  opisał  J.   Ficowski:   Cyganie  polscy,
1953,  S. 173-181 i 231-233.

2 Noma, czyii rak wodny (Cancer aquaticus) — najcięższa forma wrzodowego schorzenia błony śluzowej jamy ustnej, występująca zwłaszcza u dzieci na skutek wygłodzenia i osła­bienia organizmu. Jest to najczęściej choroba śmiertelna.


W zestawieniu z ogólną śmiertelnością w obozie była ona stosunkowo niska, natomiast śmiertelność wśród dzieci była niezwykle wysoka; nie sądzę, żeby spośród noworodków wiele żyło dłużej niż kilka tygodni. Himmler obejrzał wszystko dokładnie i dał mi rozkaz, żeby zlikwidować Cyganów po uprzednim wybraniu zdolnych do pracy, podobnie jak to robiono z Żydami. Zwróciłem mu wtedy uwagę, że Cyganów kierowa­nych do obozu nie wybierano zgodnie z planem, który przewidywał on dla Oświęcimia. Wówczas Himmler zarządził, aby RKPA jak najszybciej przeprowadził odpowiednią selekcję uwięzionych.

Trwało to dwa lata. Cyganie zdolni do pracy zostali przeniesieni do innych obozów. Do sierpnia 1944 r. pozostało w Oświęcimiu około 4000 Cyganów, którzy musieli iść do komór gazowych. Do ostatniej chwili nie wiedzieli, co ich czeka; zorientowali się dopiero wówczas, gdy prowadzono ich do I krematorium. Nie było rzeczą łatwą wprowa­dzić ich do komór.93 Nie widziałem tego, lecz mówił mi Schwarzhuber,94 że żadna akcja likwidacyjna Żydów nie była tak ciężka jak likwidacja Cyganów. Dla niego była ona szczególnie ciężka, gdyż dobrze znał pra­wie wszystkich Cyganów i pozostawał z nimi w dobrych stosunkach, a cechowała ich tak wielka ufność, jaką spotyka się u dzieci.

O ile mogłem zauważyć, większość Cyganów mimo ciężkich warun­ków niezbyt cierpiała psychicznie wskutek uwięzienia, jeśli pominąć fakt, że sparaliżowany został ich popęd do włóczęgostwa. Do ciasnoty pomiesz­czeń, kiepskich warunków higienicznych i częściowo także do skąpego pożywienia byli przedtem przyzwyczajeni, prowadząc prymitywny tryb życia. Nie brali również bardzo tragicznie choroby i wysokiej śmiertel­ności. W istocie swej pozostali dziećmi: byli lekkomyślni, bawili się chęt­nie także i przy pracy, której nigdy nie brali zbyt poważnie, w najgor­szym nawet szukali dobrych stron, byli optymistami.

U Cyganów nie zauważyłem nigdy ponurych, pełnych nienawiści spoj­rzeń. Gdy się przychodziło do obozu, wychodzili zaraz z baraków, grali na instrumentach, kazali dzieciom tańczyć, pokazywali zwykłe swoje sztuczki. Był tam duży ogródek dla dzieci, w którym mogły do woli ba­wić się wszelkimi zabawkami. Gdy się do nich mówiło, odpowiadali swo­bodnie i ufnie, wypowiadali wszystkie swe życzenia. Zawsze miałem wrażenie, że niezupełnie zdawali sobie sprawę z tego, iż są w więzieniu.

We wzajemnych stosunkach byli bardzo wojowniczy. Powodowała to różnorodność szczepów i rodów, a poza tym sama krew cygańska, gorąca

93 Zagłada ostatnich Cyganów w Brzezince nastąpiła w nocy z 31. 7. na 1. 8. 1944 r. Opisuje ją szczegółowo L. Adelsberger, która zgodnie z Hössem podaje liczbę zabitych tej nocy w komorach gazowych na 3 500-4 000 Cyganów (L. Adelsberger: Auschwitz, s. 109 i n.).

94 SS-Obersturmführer Johann  Schwarzhuber byJ w   1944  r.  Schutzhaftlagerführerem  obozu koncentracyjnego Oświęcim II — Brzezinka (Dok. Norymb. DS-3686).


i skora do kłótni. W obrębie poszczególnych rodów byli jednak bardzo zespoleni i przywiązani do siebie. Gdy w obozie wybierano zdolnych do pracy i wskutek tego konieczne było rozdzielanie rodzin, dochodziło do wzruszających scen, pełnych cierpienia i łez. Uspokajali się nieco i po­cieszali, gdy mówiono im, że później będą znowu wszyscy razem.

Przez pewen czas zdolni do pracy Cyganie przebywali w macierzy­stym obozie w Oświęcimiu; robili wszystko, aby móc widywać rodziny, choćby tylko od czasu do czasu i nawet tylko z daleka. Często podczas apelów musieliśmy szukać młodszych Cyganów? wymykali się oni pod­stępnie do obozu cygańskiego z tęsknoty za swoimi rodzinami.

Gdy byłem już w Oranienburgu, w Inspektoracie Obozów Koncentra­cyjnych, Cyganie, którzy znali mnie z Oświęcimia, pytali często o swo­ich krewnych — jeszcze wtedy, kiedy tamci już dawno byli zagazowani. Trudno mi było dawać wymijające odpowiedzi dlatego właśnie, że tak bardzo mi ufali. Jakkolwiek w Oświęcimiu miałem z nimi dużo kłopotu, byli jednak moimi ulubionymi więźniami — jeśli w ogóle można się tak wyrazić.

Nie potrafili długo wytrzymać przy jednej pracy, chętnie wałęsali się ,,po cygańsku". Najbardzej odpowiadała im drużyna transportowa; cho­dzili wtedy wszędzie, mogli zaspokajać swą ciekawość — i mieli również okazję do kradzieży. Popęd do kradzeży i włóczęgostwa jest u Cyganów wrodzony i nie można go wykorzenić. Mają także zupełnie inne poglądy na moralność. Kradzież nie jest dla nich niczym złym; nie mogą pojąć, jak można za to karać.

Mówię to wszystko o większości uwięzionych Cyganów, o takich, któ­rzy rzeczywiście stale się włóczyli, a także o podobnych do nich mie­szańcach, którzy stali się Cyganami, a nie o osiadłych Cyganach przeby­wających w miastach. Ci przejęli już zbyt wiele z cywilizacji, chociaż nie to, niestety, co jest w niej najlepszego.

Byłoby rzeczą interesującą przyglądać się życiu i obyczajom Cyga­nów, gdyby nie przejmujący grozą rozkaz zniszczenia, który aż do połowy 1944 r. znali w Oświęcimiu oprócz mnie jedynie lekarze. Lekarze w myśl rozkazu Reichsführera SS powinni byli likwidować w dyskretny spo­sób chorych, a zwłaszcza dzieci. One zaś miały właśnie takie zaufanie do lekarzy! Nie ma nic bardziej ciężkiego niż konieczność przechodzenia nad tym do porządku w sposób zimny, bezlitosny, pozbawiony współczucia.95

A jak pozbawienie wolności oddziaływało na Żydów, którzy od 1942 r. stanowili w Oświęcimiu główny kontyngent więźniów? Jakie było ich zachowanie się?

95 Patrz L. Adelsberger: Auschwitz; Dok. Norymb. PS-3548; H. Langbein: Die Slärkeren, s. 122 i n.


Żydzi od początku przebywali w obozach koncentracyjnych, byli mi więc dobrze znani jeszcze z Dachau. Wówczas Żydzi mieli jednak moż­ność wyemigrowania, jeżeli jakieś państwo udzielało im zezwolenia na wjazd. Ich pobyt w obozie był tylko kwestią czasu albo pieniędzy i za­granicznych kontaktów. Wielu Żydów otrzymywało w ciągu kilku tygod­ni potrzebne wizy i mogło wyjść z więzienia. Tylko winni zhańbienia rasy96 albo Żydzi, którzy w okresie przedhitlerowskim byli szczególnie aktywni politycznie lub odegrali pewną rolę w skandalicznych procesach, musieli nadal pozostawać w obozie.

Ci, którzy mieli możność wyemigrowania, myśleli tylko o tym, aby ich życie w obozie upływało możliwie bez tarć. Pracowali pilnie, jeśli tylko mogli — większość ich nie była przecież przyzwyczajona do pracy fizycznej — zachowywali się możliwie najspokojniej i skrupulatnie wy­pełniali swoje obowiązki.

Egzystencja Żydów w Dachau nie była lekka. Musieli wykonywać bardzo ciężkie prace fizyczne w żwirowni. Stosunek do nich strażników był szczególnie wrogi na skutek wpływów Eickego i Sturmera,97 wy­wieszonego wszędzie w koszarach i kantynach. Byli prześladowani jako „szkodnicy wywierający zgubny wpływ na naród niemiecki" także przez współwięźniów.

Wpływ Stürmera, wywieszonego także w obozie koncentracyjnym, dawał się odczuć również wśród więźniów, którzy nie byli antysemita­mi. Żydzi bronili się przed tym przekupując współwięźniów? mieli dość pieniędzy, mogli więc w kantynie kupować wszystko, co chcieli, a znaj­dowali wielu więźniów nie mających pieniędzy, którzy za papierosy, słodycze, kiełbasę itp. gotowi byli do usług. Lżejszą pracę wyjednywali sobie przez kapo, pobyt w rewirze przez więźniów spośród personelu pielęgniarskiego. Pewien Żyd dał sobie kiedyś — za wynagrodzeniem w postaci jednego pudełka papierosów — zedrzeć paznokcie z wielkich palców u nóg, aby w ten sposób dostać się do rewiru.

Dręczyli ich jednak najczęściej Żydzi więźniowie zajmujący stano­wiska Vorarbeiterów lub sztubowych. Wyróżnił się przy tym ich bloko­wy Eschen (powiesił się później, obawiając się kary, kiedy uwikłał się

96      W   myśl   tzw.   ustaw   norymberskich,   czyli   ustawy   z   dnia   15.9.1935   r,,   o   ochronie
niemieckiej   krwi   i   niemieckiej   czci   (RGBI  I,   s.   1146),   pomiędzy   osobami   narodowości   nie­
mieckiej   i  żydowskiej   były  zakazane  małżeństwa     1), jak  również   stosunki   cielesne    2).
Za  przekroczenje  przepisu   §   l   przewidziana  była  kara  ciężkiego  więzienia.   Mężczyzna,   który
przekroczył   przepis   §   2,   podlegał   karze   ciężkiego   więzienia   łub   więzienia.   „Przestępstwa"
przewidziane  w   §   1   i  2  wymienionej   ustawy  nazywano  potocznie  zhańbieniem  rasy   (Rassen-
schande),

97      Der   Stürmer      antysemicki   tygodnik,    którego   redaktorem   i   wydawcą   był   Julius
Streicher,   jeden   z   pierwszych   członków   NSDAP.   Streicher   był   jednym   z   głównych   rzecz­
ników  narodowosocjalistycznej   propagandy  przeciwko  Żydom.   Wyrokiem  MTW  został   skazany
na karę śmierci za zbrodnie przeciwko ludzkości i stracony.


w aferę homoseksualną.) Ten właśnie blokowy dręczył ich nie tylko fizycznie wszelkiego rodzaju szykanami, lecz przede wszystkim psychicz­nie. Wywierał na nich nieustanną presję; namawiał do przekraczania re­gulaminu obozowego, a potem wnosił skargi; podburzał do wzajemnych agresywnych wystąpień, aby móc składać meldunki. Na ogół jednak nie robił doniesień, lecz utrzymywał Żydów pod nieustanną groźbą za­meldowania. Był wcieleniem zła. W stosunku do SS-manów odznaczał się obrzydliwą służalnością, wobec współwięźniów tej samej rasy gotów był popełnić każdą podłość.

Chciałem go kilkakrotnie usunąć, ale okazało się to niemożliwe, gdyż Eicke osobiście obstawał przy pozostawieniu go.

Eicke wymyślił dla Żydów specjalnego rodzaju karę zbiorową. Gdy na całym świecie znowu rozpoczęto akcję propagandową przeciwko obozom koncentracyjnym, kazał Żydom pozostawać w łóżkach w ciągu miesiąca, a nawet całego kwartału; mogli wstawać i wychodzić poza blok tylko na posiłki i apele; pomieszczenia nie wolno było wietrzyć, a okna zostały zaśrubowane. Była to ciężka kara, wywierająca szczególnie ujemny wpływ na psychikę. Wskutek nieustannego przymusowego leżenia wię­źniowie stawali się tak podnieceni, że jeden na drugiego nie mógł już patrzeć; dochodziło do dzikich bójek.

Eicke był zdania, że nagonkę propagandową mogli wszcząć tylko Żydzi, którzy wyszli z Dachau, i że dlatego wszyscy Żydzi powinni ponieść dotkliwą karę.

Muszę tu zaznaczyć, że byłem przeciwnikiem antysemickiego ty­godnika Stürmer wydawanego przez Streichera, z powodu jego obrzy­dliwych chwytów obliczonych na oddziaływanie na najniższe instynkty. W dodatku to wysuwanie na plan pierwszy kwestii seksualnych, często w obrzydliwej, pornograficznej formie. Pismo to narobiło wiele złego; poważnie pojętemu antysemityzmowi nie pomogło, przeciwnie, przynio­sło mu ujmę. Nic dziwnego, że po klęsce okazało się, iż pismo redagował Żyd i on pisał najobrzydliwsze artykuły podburzające.98

Jako fanatyczny narodowy socjalista byłem głęboko przekonany, że nasza idea, przekształcając się zgodnie z indywidualnymi właściwościami poszczególnych narodów, rozpowszechni się we wszystkich krajach i za­panuje w nich. W ten sposób zostałaby także usunięta dominacja ży-dostwa. Antysemityzm nie był przecież niczym nowym na całym świe­cie. Przejawiał się on silnie zawsze wtedy, gdy Żydzi pchali się zanadto do władzy, gdy ich nędzne sprawki stawały się zbyt widoczne dla opinii publicznej. Moim zdaniem nie służyło się antysemityzmowi przez upra-

98 M. Broszat podkreśla że nie wiadomo, na czym Höss opiera to swoje twierdzenie, dla którego nie można znaleźć żadnego potwierdzenia (Kommandant in Auschwitz; s. 109 przyp. 1).


wianie dzikiego podjudzania, jak to robił Stürmer. Chcąc ideowo zwal­czać Żydów, należało używać lepszej broni. Wierzyłem, iż to, co jest w naszej idei lepsze i mocniejsze, utoruje sobie drogę.99

Nie spodziewałem się, aby kara zbiorowa zastosowana przez Eickego mogła odnieść najmniejszy nawet efekt, jeśli chodziło o zwalczanie wia­domości o okropnościach obozów koncentracyjnych. Nagonka odbywała­by się dalej, gdyby nawet rozstrzelano z tego powodu setki i tysiące ludzi. Uważałem jednak wówczas za rzecz słuszną, aby ci Żydzi, którzy znaj­dowali się w naszych rękach, zostali ukarani za szerzenie przez ich ro­daków wiadomości o okropnościach obozowych.

Nadeszła ,,noc kryształowa" zainscenizowana w listopadzie 1938 r. przez Goebbelsa, kiedy to, w odwet za zastrzelenie von Ratha w Paryżu przez Żyda, zdemolowano w całej Rzeszy żydowskie sklepy (co najmniej zaś wybito szyby), a we wszystkich synagogach wzniecono pożary, któ­rych nie pozwolono gasić straży ogniowej. Wszyscy Żydzi, którzy od­grywali jeszcze jakąś rolę w handlu lub przemyśle, zostali aresztowani i osadzeni prewencyjnie w obozie koncentracyjnym ,,dla zapewnienia im ochrony przed gniewem ludu". 10°

Dopiero wówczas poznałem ich w masie. Dotąd w Sachsenhausen Ży­dów niemal nie było, teraz nagle nastąpiła żydowska inwazja. Dotych­czas przekupstwo w Sachsenhausen prawie nie istniało, obecnie stało się zjawiskiem masowym i przybierało najrozmaitsze formy. Więźniowie kryminalni powitali Żydów radośnie jako obiekt eksploatacji. Trzeba było zabronić Żydom podejmowania pieniędzy, w przeciwnym bowiem razie wtargnęłoby do obozu rozprzężenie niemożliwe do opanowania.

Szkodzili sobie nawzajem, gdzie tylko mogli. Każdy starał się uzy­skać jakąś funkcyjkę; co więcej — korzystając z pobłażliwości usłużnie nastawionych kapo — wymyślał wciąż takie nowe funkcyjki, aby wy­kręcić się od pracy. Dla zdobycia ,,spokojnego stanowiska" nie wahali się usuwać współwięźniów przez fałszywe oskarżenie ich. Gdy już „stali się czymś", bezlitośnie i chamsko dręczyli swych współplemieńców. Pod każdym względem prześcigali „zielonych". W tym czasie wielu Ży­dów było doprowadzonych takim traktowaniem do rozpaczy i w celu

99       Höss   tłumaczy    antysemityzm   jako   antysemita.    Hitleryzm   uczynił   z    antysemityzmu
główny   oręż   bestialskiego   rasizmu.   Uporczywie   sugerował   on   masom,   że   głównym   wrogiem
Niemiec  jest   światowe   żydostwo,   kierując  w  ten   sposób   walkę   klasową  na  tory   walki   raso­
wej.

100      W   dniu   7.11.1038r.   w   gmachu   ambasady   niemieckiej   w   Paryżu   sekretarz   ambasady
Ernst   von   Rath   został   zastrzelony   przez   Herszela   Grynszpana   i   w   wyniku   zamachu   zmarł
dnia   9.11.   Wykorzystując  ten   fakt jako   pretekst,   rząd   III   Rzeszy   wydał   szereg   rozporządzeń
eliminujących  Żydów  od  udziału  w  życiu  gospodarczym,   kulturalnym  itp.  w Niemczech  i jed­
nocześnie    na    wszystkich    Żydów    posiadających    obywatelstwo    III    Rzeszy    nałożył    kontry­
bucję   w   wysoko.ści   1   miliarda   marek.   Partia   hitlerowska   zorganizowała   szereg   „spontanicz­
nych"    ekscesów    przeciwżydowskich,    a    władze    policyjne    otrzymały    rozkaz    nieprzeciwdzia-
łania im.


uwolnienia się od tej udręki poszło na druty, podejmowało ucieczki, aby ich zastrzelono, czy też powiesiło się. Komendant meldował Eicke-mu o mnożeniu się takich wypadków. Eicke odpowiedział: Tylko nie przeszkadzajcie im, niech się Żydzi sami nawzajem pożerają.

Chciałbym tu jeszcze zaznaczyć, że jeśli o mnie chodzi, to osobiście nigdy nie czułem nienawiści do Żydów. Uważałem ich wprawdzie za wrogów naszego narodu, ale dlatego właśnie sądziłem, że należy ich traktować na równi z innymi więźniami i tak samo z nimi postępować. Nigdy nie robiłem żadnych różnic pod tym względem. Uczucie niena­wiści jest mi w ogóle obce. Wiem jednak, co to jest nienawiść i jak ona wygląda. Widziałem ją i odczułem jej skutki na sobie.

Gdy Reichsführer SS pierwotny swój rozkaz z 1941 r., według któ­rego wszyscy bez wyjątku Żydzi mieli zostać zniszczeni, zmienił o tyle, że Żydów zdolnych do pracy należało zatrudniać w przemyśle zbroje­niowym, wówczas Oświęcim stał się obozem żydowskim, żydowskim obozem zbiorczym o nie znanych dotychczas rozmiarach.

Gdy w poprzednich latach uwięzieni Żydzi liczyli na to, że pewnego dnia zostaną zwolnieni, i wskutek tego ciężar obozu był dla nich psy­chicznie o wiele lżejszy, to w Oświęcimiu Żydzi nie mieli żadnej nadziei co do tego. Wszyscy bez wyjątku wiedzieli, że są skazani na śmierć i tylko tak długo będą żyli, jak długo będą mogli pracować. Większość nie miała żadnych złudzeń co do zmiany swego smutnego losu. Byli fata-listami; cierpliwie i obojętnie znosili nędzę i udrękę obozu. Brak nadziei na uniknięcie przewidzianego końca powodował u nich zupełną obojęt­ność wobec otaczającego świata. To załamanie psychiczne przyśpieszało koniec fizyczny. Nie mieli już woli życia, wszystko stawało się dla nich obojętne; najlżejsza choroba powodowała zgon. Wcześniej czy później czekała ich pewna śmierć.

Na podstawie obserwacji twierdzę stanowczo, że wysoka śmiertelność Żydów była wynikiem nie tylko ciężkiej pracy, do której większość nie była przyzwyczajona, nie tylko wynikiem niedostatecznego wyżywienia, zatłoczonych pomieszczeń i innych trudności i niedomagań obozowego życia, lecz że uwarunkowana była przede wszystkim ich stanem psy­chicznym. Śmiertelność Żydów w innych miejscach pracy, w innych obozach, gdzie o wiele korzystniejsze były ogólne warunki egzystencji, nie była przecież o wiele mniejsza; była ona zawsze stosunkowo znacz­nie wyższa niż śmiertelność innych więźniów. W czasie moich podróży inspekcyjnych z ramienia D I dość się na to napatrzyłem i dostatecznie wiele o tym słyszałem.

Jeszcze wyraźniej można to było zauważyć u kobiet żydowskich; gi­nęły znacznie szybciej niż mężczyźni, jakkolwiek na podstawie własnych spostrzeżeń twierdzę, że kobiety są na ogół o wiele bardziej odporne


i   wytrzymałe   niż   mężczyźni,   zarówno   pod   względem   psychicznym,   jak i fizycznym.

To, co powiedziałem, odnosi się do większości żydowskich więźniów. Inaczej zachowywali się Żydzi inteligentniejsi, psychicznie silniejsi i ma­jący więcej woli życia, pochodzący przeważnie z krajów zachodnich. Właśnie oni, zwłaszcza jeśli byli lekarzami, wiedzieli dobrze, jaki koniec ich czeka; mieli jednak nadzieję i liczyli na jakiś szczęśliwy zbieg oko­liczności, który może kiedyś nastąpi i uratuje im życie. Liczyli wreszcie na klęskę Niemiec, ponieważ nieprzyjacielska propaganda z łatwością docierała także i do nich.

Najważniejszą dla nich rzeczą było zdobycie jakiejś posady, jakiegoś stanowiska, dzięki któremu mogliby wydostać się z masy więźniów i uzyskać szczególne korzyści, takiego stanowiska, które do pewnego stopnia uchroniłoby ich przed przypadkową śmiercią i poprawiło mate­rialne warunki egzystencji. Aby zdobyć taką „pozycję życiową" w naj­prawdziwszym tego słowa znaczeniu, wysilali całą swą umiejętność i uporczywą wolę. Im bezpieczniejsze było stanowisko, tym bardziej go pożądano, tym gwałtowniej o nie walczono. Nie zważano na żadne względy — w walce tej chodziło o życie. Nie cofano się przed uży­ciem wszelkich środków, aby spowodować opróżnienie dobrego sta­nowiska lub aby je móc otrzymać. Najczęściej zwyciężał ten, którego postępowanie odznaczało się większym brakiem skrupułów. Ustawicz­nie słyszałem, o walkach w celu usunięcia kogoś. W różnych obozach poznałem już dostatecznie metody walk o władzę toczonych pomiędzy poszczególnymi barwami i grupami politycznymi, walk i intryg o wyż­sze stanowiska. Jednakże od Żydów w Oświęcimiu mogłem się jeszcze pod tym względem wiele nauczyć. „Potrzeba jest matką wyna­lazków" — a tutaj naprawdę szło o nagie życie.

Zdarzało się nieraz, że liczba więźniów zajmujących bezpieczne stanowiska nagle malała; ludzie ci umierali po dowiedzeniu się o śmierci najbliższych członków rodziny, jakkolwiek nie było żadnego fizycznego powodu — ani choroby, ani złych warunków życia. Żydzi w ogóle odznaczają się silnym poczuciem rodzinnym i śmierć najbliż­szych krewnych sprawia, że życie staje się dla nich czymś bezwartoś­ciowym, czymś o co nie warto już walczyć.

Ale widziałem także coś zupełnie innego podczas akcji masowej za­głady; o tym jednak napiszę później.

Wszystko, co powiedziałem powyżej, odnosi się odpowiednio także do kobiet,101 więźniarek poszczególnych kontyngentów, z tą tylko róż-

101 Obóz dla więzionych kobiet mieścił się początkowo w odgrodzonej murem części obozu macierzystego w Oświęcimiu, obejmującej bloki 1-10. W dniu 26. 3. 1942 r. przywieziono tam pierwszy transport z Ravensbrück w liczbie 999 więźniarek i drugi również w liczbie


nicą, że dla kobiet wszystko było o wiele cięższe, o wiele bardziej przytłaczające i dotkliwsze, gdyż warunki życia w obozie kobiecym były bez porównania cięższe. Kobiety miały o wiele mniej przestrzeni, warunki higieniczne i sanitarne były znacznie gorsze. W obozie ko­biecym nigdy nie można było zaprowadzić należytego porządku wskutek panującego tam od samego początku przepełnienia i jego skutków. Tam było wszystko bardziej zmasowane niż u mężczyzn. Gdy kobiety osią­gały pewien punkt zerowy, wówczas szybko następował koniec. Snuły się po terenie jak widma, całkowicie pozbawione woli, aż wreszcie pewnego dnia cicho umierały. Te chodzące zwłoki stanowiły potworny widok.

„Zielone" więźniarki (element kryminalny) były szczególnego ro­dzaju. Sądzę, że w Ravensbrück wyszukano dla Oświęcimia naprawdę najgorszy element spośród więźniarek.102 Przewyższały one znacznie więźniów kryminalnych w podłości, chamstwie i nikczemności. Były to przeważnie prostytutki wielokrotnie już karane, często kobiety bu­dzące wstręt. Było do przewidzenia, że takie bestie będą maltretować podległe im więźniarki, ale nie można było tego uniknąć. Reichsführer SS podczas pobytu w Oświęcimiu w 1942 r. uważał je za szczególnie odpowiednie na kapo dla Żydówek. Niewiele spośród nich umarło, poza przypadkami chorób zakaźnych. Duchowe cierpienia były im zupełnie obce.

Rzeź w Budach 103 dziś jeszcze stoi mi przed oczyma. ,,Zielone" wy­mordowały tam francuskie Żydówki; rozrywały je, dusiły, zabijały sie-

999 Żydówek ze Słowacji. W czasie istnienia obozu dla kobiet w obozie macierzystym zarejestrowano tam 17 316 więźniarek. Dnia 16 sierpnia 1942 r. przeniesione więźniarki do nowego obozu żeńskiego na odcinku BI a w Brzezince, a dnia następnego przystąpiono w obozie macierzystym do dezynfekcji bloków i rozbiórki murów, które otaczały obóz kobiecy. Obóz żeński w Brzezince stał się centralnym obozem dla kobiet niemieckich i innych narodowości. Już w dniu 10 lipca 1942 r. ukazało się zarządzenie RSHA, według którego w przyszłości należy kierować wszystkie więźniarki do oddziału żeńskiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu (Ogólny Zbiór Zarządzeń RSHA, 2 F a s. 18).

102     Himmler  zarządził  dnia  29.   9.   1942  r.,  że  obóz  koncentracyjny  Ravensbrück  ma być
„judenfrei"   i   wszystkie   Żydówki   należy   przenieść   do   oddziału   żeńskiego   obozu   oświęcim­
skiego (Pismo okólne RSHA z dnia 2. 10. 1942 r. Dok. Norymb. PS-2524). Już przedtem przesiano
tam   z   Ravensbrück   przede   wszystkim   kryminalne   i    asocjalne   „założycielki",   które   objęły
w Oświęcimiu stanowiska funkcyjnych.

103     W czerwcu  1942 r.  utworzono karną kompanię kobiet we wsi Budy. Umieszczono tam
wówczas  w  budynku   szkolnym   400  więźniarek  oświęcimskich:   200  Polek  przybyłych  z  Kra­
kowa transportami dnia 27.4. i 28. 5.  1942 r., Niemki, Żydówki ze Słowacji, a później Żydówki
z  Francji.   Były   one  zatrudnione  przy   oczyszczaniu  i   pogłębianiu   stawów  craz  przy  robotach
ziemnych nad Wisłą.

W Budach rządy grozy sprawowały elementy kryminalne. Latem 1942 r. wybuchł tam bunt maltretowanych więźniarek, krwawo stłumiony przez kapo — zawodowe przestępczynie. W toku przesłuchania w dniu 11. 11. 1946 r. Höss wyjaśnił, że w czasie buntu „więźniarki za pomocą kamieni i drągów próbowały sterroryzować kapo i wyłamać się z obozu. Akcją kierowały Żydówki francuskie, które w tym czasie stanowiły większość załogi obozu. W czasie bójki, która się wywiązała między więźniarkami funkcyjnymi a więźniarkami francuskimi, zginęło 90 więźniarek francuskich. Akcja miała miejsce późną nocą. Po otrzy-


kierami.   Było   to   okropne.   Nie   sądzę,   aby   mężczyźni   mogli   przeistoczyć się w takie bestie.

Na szczęście nie wszystkie ,,zielone" i „czarne" więźniarki były ta­kimi wykolejonymi istotami. Było wśród nich także kilka takich ko­biet, które okazywały serce współwięźniarkom, za co jednak prześlado­wały je ich towarzyszki. Także większość dozorczyń nie miała dla nich zrozumienia.

Zupełne przeciwieństwo, nader pomyślne, stanowiły badaczki Pisma św., zwane „pszczołami biblijnymi", „molami biblijnymi". Było ich, niestety, zbyt mało. Mimo swej mniej lub więcej fanatycznej postawy były elementem bardzo pożądanym; pracowały w domach SS-manów mających liczne dzieci, w oficerskim kasynie SS, a głównie w gospo­darstwach rolnych, jak np. w fermie drobiu na Harmężach 104 i na róż­nych folwarkach. Nie trzeba było ich nadzorować, niepotrzebne były posterunki; pracowały pilnie i chętnie, gdyż takie było przykazanie Jehowy. Były to przeważnie Niemki w starszym wieku, lecz również pewna liczba młodych Holenderek.

Dwie starsze kobiety pracowały w moim gospodarstwie domowym przeszło trzy lata. Moja żona mówiła mi nieraz, że ona sama nie mogła­by lepiej dbać o wszystko niż te dwie badaczki Pisma św. Szczególnie wzruszająco troszczyły się o dzieci — zarówno duże, jak i małe. Dzieci nasze były do nich tak przywiązane jak do osób należących do rodziny. Początkowo obawialiśmy się, że kobiety zechcą pozyskać dzieci dla Jehowy, okazało się jednak, że tego nie robiły; nigdy nie mówiły z dziećmi o sprawach religijnych. Było to właściwie dziwne, gdy wziąć pod uwagę ich fanatyczną postawę

Wśród badaczek Pisma św. znajdowały się także osobliwe istoty. Jedna z nich pracowała u oficera SS i starała się z oczu odczytywać wszystkie jego życzenia, ale odmawiała z zasady czyszczenia munduru,

maniu wiadomości udałem się zaraz do obozu i stwierdziłem, że Francuzki zostały zabite drągami, siekierami, niektóre miały zupełnie oderżnięte głowy, inne poniosły śmierć wyrzu­cone przez okno z piętra. Z walki wyszły zwycięsko funkcyjne — zawodowe przestępczynie. Były to same Niemki. Kilka z nich odniosło rany. (...) W toku dochodzeń ustalono, że strażnicy przerzucali przez ogrodzenie funkcyjnym przestępczyniom zawodowym swoje pałki. Pozostałe przy życiu więźniarki Francuzki tłumaczyły się, że do buntu porwały się z roz­paczy, ponieważ kapo maltretowały je i szykanowały" (tom 21 akt dochodzeń w sprawie Hössa).

Dnia 16.8. 1942 r. przeniesiono do nowo utworzonego obozu żeńskiego w Brzezince 137 więźniarek z Bud i umieszczono je w bloku nr 2. Dnia 24.10.1942 r. sanitariusz SS Josef Klehr zabił dosercowymi zastrzykami fenolu 6 więźniarek, które brały udział w buncie, o czym wspomina w swym pamiętniku obozowy lekarz SS dr Johann Kremer.

104 W Harmężach znajdowało się oświęcimskie Aussenkommando w zamku i w majątku barona Gustawa Zwillinga. Więźniowe pracowali przy hodowli drobnego inwentarza oraz w zakładach przetworów rybnych. Patrz T. Borowski: Dzień na Harmężach, Wybór opowiadań, Warszawa 1959, s. 59-89, A. Ziemba: Pajda chleba, Poznań 1957.


czapki,    butów,    tego wszystkiego,    co    miało    związek    z wojskiem;    nie chciała nawet dotykać tych przedmiotów.

Na ogół badaczki Pisma św. były zadowolone ze swego losu. Wie­rzyły, że cierpiąc w niewoli dla Jehowy, uzyskają potem należne im miejsce w Jego królestwie, które wkrótce nadejdzie. Dziwne, że były one wszystkie przekonane, iż obecne cierpienia i śmierć Żydów są słuszną karą za to, że ich przodkowie zdradzili Jehowę. Badaczy Pisma św. zawsze uważałem za biednych obłąkańców, którzy jednak byli na swój sposób szczęśliwi.

Pozostałe więźniarki — narodowości polskiej, czeskiej, ukraińskiej i rosyjskiej — były używane do pracy w rolnictwie, jeśli tylko nada­wały się do tych robót. W ten sposób unikały przebywania w przepeł­nionym obozie i jego złych skutków. W pomieszczeniach na folwarkach i w Rajsku 105 było im o wiele lepiej. Stale stwierdzałem, że więźniowie, którzy pracowali w gospodarstwie rolnym i mieli oddzielne pomieszcze­nia, sprawiali zupełnie inne wrażenie. Nie cierpieli tak na skutek psy­chicznego ucisku jak inni więźniowie w obozach masowych. Gdyby było inaczej, nie wykonywaliby tak chętnie wymaganej od nich pracy.

Natłoczony od samego początku obóz kobiecy oznaczał dla więźnia­rek zagładę psychiczną, po której wcześniej czy później następowało załamanie się fizyczne. W obozie kobiecym panowały warunki najgor­sze pod każdym względem (i to od samego początku, gdy był jeszcze częścią obozu macierzystego). Z chwilą przybycia transportów Żydów ze Słowacji106 baraki w ciągu paru dni zostały zapełnione aż do stry­chu; instalacje wodne i klozetowe wystarczały, z trudnością zaledwie dla jednej trzeciej ogółu kobiet.

Do utrzymania należytego porządku w tych rojących się mrowiskach potrzebne były inne siły niż te nieliczne dozorczynie przydzielone mi przez Ravensbrück. Muszę zaznaczyć, że znów nie przysłano mi najlep­szych dozorczyń spośród tamtejszego personelu. Dozorczynie w Ravens-brück były przyzwyczajone do bardzo dobrych warunków. Robiono dla nich wszystko, aby je zatrzymać w obozie, a przez stworzenie szcze­gólnie korzystnych warunków życiowych starano się pozyskiwać nowe dozorczynie. Miały najlepsze mieszkania, były opłacane według stawek, których nie mogły osiągnąć gdzie indziej, nie przeciążano ich obowiąz­kami służbowymi — krótko mówiąc, Reichsführer SS, a szczególnie

105      Majątek Rajsko  stanowił  własne  gospodarstwo  rolne  SS  na  obszarze  interesów  obozu
oświęcimskiego.   Więźniarki   z  tamtejszego  podobozu  pracowały  na  roli,   w   szczególności   przy
uprawie   koksagizu   (Teraxacum).   jest  to   roślina   z   rodziny   mieczowatych   której   korzenie   za­
wierają kauczuk.

106      Deportacja rozpoczęła  się  z końcem  marca,  a największe  nasilenie  osiągnęła w kwiet­
niu   1942   r.   W  miesiącach  tych  zarejestrowano  w  Oświęcimiu  6   250  Żydówek  ze   Słowacji.
Patrz R. Reitlinger. Die Endlösung, s. 440.


Pohl życzyli sobie, aby z dozorczyniami jak najbardziej się liczyć. Obo­zowe warunki w Ravensbrück były do tego czasu normalne; nie można było jeszcze mówić o przepełnieniu. Teraz te dozorczynie przybyły do Oświęcimia — przy czym żadna z nich nie przyjechała dobrowolnie — aby budować od nowa obóz w najcięższych warunkach.

Już na samym początku większość z nich chciała uciec z powrotem do spokojnego i wygodnego życia w Ravensbrück.

Ówczesna Oberaufseherin, p. Langenfeld, mimo iż nie miała kwali­fikacji, aby sprostać zadaniom w tej sytuacji, jednak uporczywie od­rzucała wszelkie wskazówki Schutzhaftlagerführera. Gdy przekonałem się, że tego rodzaju nieporządek nadal trwać nie może, na własną rękę podporządkowałem obóz kobiecy Schutzhaftlagerführerowi. Nie zda­rzało się niemal, aby przy apelu zgadzała się liczba więźniarek. W tym rozgardiaszu dozorczynie biegały jak rozdrażnione kwoki i nie wiedziały, co począć. Trzy czy cztery dobre zostały ogłupione przez pozostałe. Oberaufseherin uważała się jednak za samodzielną kierowniczkę obozu i wniosła zażalenie przeciwko podporządkowaniu jej komuś innemu, kto był jej równy rangą. W rezultacie musiałem odwołać swoje zarządzenie.

W czasie odwiedzin Oświęcimia przez Reichsführera SS w lipcu 1942 r. przedstawiłem mu w obecności Oberaufseherin wszystkie niedo­magania i powiedziałem, że p. Langenfeld nigdy nie będzie w stanie należycie kierować obozem kobiecym i jego rozbudową, oraz prosiłem o podporządkowanie jej Schutzhaftlagerführerowi obozu. Odmówił mi mimo najbardziej przekonywających dowodów świadczących o nieprzy­datności zarówno kierowniczki, jak i ogółu dozorczyń. Wyraził życzenie, żeby obozem kobiecym kierowała kobieta i aby przydzielić jej tylko do pomocy jednego oficera SS. Który oficer chciałby się jednak podporząd­kować kobiecie? Każdy oficer, z konieczności tam przydzielony, prosił mnie, aby go możliwie jak najszybciej odwołać. Przy nadejściu więk­szych transportów sam kierowałem akcją, jeśli tylko miałem czas.

W ten sposób od samego początku obóz kobiecy przeszedł w ręce więźniarek. W miarę, jak obóz stawał się większy i mniej dostępny dla kontroli, coraz wyraźniej zaczęło występować zjawisko samorządu więź­niarek. Ponieważ w samorządzie przeważały ,,zielone" — bardziej prze­biegłe i bezwzględne, one właściwie rządziły w obozie kobiecym, mimo że stanowisko „starszej obozu" oraz inne najważniejsze funkcje spra­wowały „czerwone". Jako kapo pracowały przeważnie ,,zielone" lub „czarne". Tylko wskutek tego w obozie kobiecym panowały wciąż naj­bardziej opłakane stosunki.

Dawne dozorczynie przewyższały jednak o całe niebo te, które przy-

107 Funkcja Oberaufseherin odpowiadała funkcji Schutzhaftlagerführera w obozie męskim.


szły później. Dobrowolnie — mimo gorliwej akcji werbunkowej prowa­dzonej przez narodowosocjalistyczne organizacje kobiece — do służby w obozach koncentracyjnych zgłaszało się bardzo niewiele kandydatek.

Wzrastające z każdym dniem zapotrzebowanie trzeba więc było po­krywać w drodze przymusowej. Każde przedsiębiorstwo zbrojeniowe, któremu miano przydzielić do pracy więźniarki, musiało przeznaczyć pewien procent swoich pracownic do obozów w charakterze dozorczyń. Jest rzeczą zrozumiałą, że w związku z wywołanym wojną powszech­nym brakiem wykwalifikowanych sił kobiecych firmy nie oddawały do dyspozycji najlepszego materiału ludzkiego. Takie dozorczynie „szkolo­no" przez kilka tygodni w Ravensbrück, po czym przydzielano do obo­zów. Ponieważ wybór i przydziały dokonywane były w Ravensbrück, Oświęcim znowu znalazł się na samym końcu. Ravensbrück zatrzymywał dla siebie siły, które wydawały się najlepsze, gdyż miały tam powstać nowe kobiece obozy pracy.

Tak wyglądała sprawa dozoru w kobiecym obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Poziom moralny dozorczyń był z zasady niezmiernie niski; wiele dozorczyń stawało przed sądem SS za kradzież wartościo­wych przedmiotów uzyskanych podczas Akcji Reinhardt,108 lecz tylko niektóre spośród nich zostały schwytane na gorącym uczynku. Mimo najbardziej odstraszających kar kradły nadal i w dalszym ciągu posłu­giwały się więźniarkami jako pośredniczkami.

Dla ilustracji jaskrawy przykład. Pewna dozorczyni upadła tak nisko, że utrzymywała stosunki płciowe z więźniami, przeważnie „zielonymi" kapo, przy czym kazała sobie dawać wynagrodzenie w postaci biżuterii, złota itp. Dla zamaskowania bezecnego procederu nawiązała stosunek z pewnym Stabscharführerem, u którego przechowywała „ciężko zapra­cowane" dochody. Ten głupi człowiek nie miał pojęcia o sprawkach swojej najdroższej i był bardzo zdziwiony, gdy znaleziono u niego skra­dzione przedmioty. Dozorczyni została skazana przez Reichsführera SS na dożywotnie zamknięcie w obozie koncentracyjnym i karę chłosty (dwa razy po 25 kijów).

Podobnie jak homoseksualizm ,w obozach męskich, grasowała w obo­zie kobiecym epidemia miłości lesbijskiej. Nie można było jej zwalczyć nawet za pomocą najsurowszych kar czy wysyłania do kompanii kar­nej. Wciąż donoszono mi o tego rodzaju stosunkach między dozorczy-niami a więźniarkami. Wszystko to świadczy o poziomie dozorczyń. Jest rzeczą oczywistą, że nie przejmowały się one zbytnio służbą i swymi

108 Kryptonim używany na zakonspirowane oznaczanie zabierania i wykorzystywania wszelkiego mienia Żydów zabijanych masowo w komorach gazowych, łącznie ze złotem z pro­tez dentystycznych i włosami kobiecymi. W różnych dokumentach występuje różna pisownia, najczęściej Reinhard. Jest to właściwa pisownia tego imienia.


obowiązkami, że najczęściej nie można było na nich polegać. Niewielkie były możliwości ukarania ich za przestępstwa służbowe. Areszt domowy można było uważać raczej za przywilej, ponieważ nie musiały wówczas wychodzić w czasie złej pogody. Wszystkie kary wymagały uprzedniego zezwolenia inspektora obozów koncentracyjnych albo Pohla, przy czym należało stosować możliwie jak najmniej kar; usterki miały być wyrów­nywane przez dobrotliwe pouczenia i odpowiednie kierowanie. Dozor-czynie wiedziały, oczywiście, o tym wszystkim i większość z nich od­powiednio się zachowywała.

Zawsze miałem wielki szacunek dla kobiet. W Oświęcimiu zrozumia­łem jednak, że zasadnicze moje stanowisko musi ulec ograniczeniu i że należy najpierw dobrze obserwować kobietę, zanim można ją będzie traktować z całym szacunkiem.

To, co powiedziałem powyżej, odnosi się do większości dozorczyń. Były jednak wśród nich także kobiety dobre, godne zaufania i wysoce przyzwoite, jakkolwiek było ich niewiele. Nie trzeba chyba podkreślać, że bardzo cierpiały, znajdując się w takim otoczeniu i w takich warun­kach. Nie mogły się z nich wydostać, gdyż były zobowiązane do służby wojskowej. Niektóre z nich skarżyły mi się — a jeszcze częściej mojej żonie — na swą niedolę. Można je było pocieszać jedynie w ten sposób, że wojna się skończy. Była to naprawdę słaba pociecha.

Kobiece drużyny robocze pracujące poza obozem były nadzorowane również przez psy. Już w Ravensbrück przydzielano dozorczyniom psy w celu zmniejszenia personelu dozorującego zewnętrzne drużyny robo­cze. Wprawdzie dozorczynie były uzbrojone w pistolety, lecz Reichs-führer SS spodziewał się, że psy podziałają na więźniarki odstraszająco. Kobiety bowiem zazwyczaj bardzo się boją psów, gdy mężczyźni mniej się z nimi liczą.

W Oświęcimiu, gdzie były takie masy więźniów, nadzór nad druży­nami pracującymi poza obozem był zawsze problematyczny, gdyż liczeb­ność załogi była stale niedostateczna. Przy dozorowaniu większych miejsc pracy pomocny był łańcuch posterunków. System ten nie mógł jednak znaleźć zastosowania w rolnictwie, przy kopaniu rowów itp. ze względu na wciąż zmieniające się miejsca pracy, które nieraz przesuwały się w ciągu tego samego dnia. Ponieważ było mało dozorczyń, stało się nie­zbędne użycie możliwie licznych oddziałów z psami. Jednak nawet 150 psów okazało się liczbą niewystarczającą. Reichsführer SS liczył, że użycie jednego psa pozwoli zaoszczędzić dwóch strażników. Jeśli chodzi o drużyny kobiece, było to możliwe wskutek powszechnego lęku przed psami.

Oświęcimska ,,psia kompania" była z pewnością, jeśli chodzi o żoł-


nierzy, czymś najbardziej doborowym, co kiedykolwiek istniało — ale w ujemnym sensie. Gdy zaczęto poszukiwać ochotników do przeszkole­nia na przewodników psów, zgłosiła się aż połowa batalionu. Kandydaci spodziewali się, że będą mieli w tych drużynach lżejszą i bardziej uroz­maiconą służbę. Ponieważ nie można było uwzględnić zgłoszeń wszyst­kich ochotników, kompanie znalazły szczególnie chytrze pomyślane wyj­ście z sytuacji — zgłosiły wszystkich najgorszych żołnierzy, aby się ich pozbyć z oddziałów. Niech się teraz inni martwią z ich powodu. Wśród zgłoszonych kandydatów mało było takich żołnierzy, którzy by nie mieli kar dyscyplinarnych. Gdyby dowódca oddziału dokładnie rozpatrzył zgłoszenia, to nie wysłałby tych ludzi na przeszkolenie. W okresie szko­lenia w specjalnym zakładzie w Oranienburgu odesłano niektórych kan­dydatów jako całkowicie nie nadających się do pracy.

Przeszkoleni żołnierze wrócili do Oświęcimia i utworzono z nich ,,psią kompanię". Od razu było widać, z jaką wspaniałą jednostką ma się do czynienia. A cóż dopiero przy pracy! Albo bawili się z psami, albo leżeli w jakiejś kryjówce i spali, pies przecież obudzi ich w razie „zbliżenia się nieprzyjaciela", albo też zabawiali się rozmową z dozorczyniami czy więźniarkami. Wielu spośród nich miało regularne stosunki z ,,zielo­nymi" instruktorkami. Ponieważ byli stale zatrudnieni w obozie kobie­cym, stałe przychodzenie do „swojej" drużyny nie stanowiło dla nich trudności.

Z nudów i dla zabawy szczuli psami więźniarki. Jeśli chwytano ich na gorącym uczynku, tłumaczyli się, że pies sam rzucił się na więźniarkę na skutek jej podejrzanego zachowania się, że zgubił smycz itp. Wy­mówki zawsze mieli w pogotowiu.

W myśl regulaminu musieli pracować codziennie nad dalszym wy­szkoleniem psów. Ze względu na to, że kształcenie nowych specjalistów było bardzo uciążliwe, przeszkolonych żołnierzy można było zwalniać tylko z powodu szczególnie ciężkich uchybień, jak na przykład w razie ukarania przez sąd SS, złego obchodzenia się z psami lub bardzo po­ważnego zaniedbania obowiązków.

Stary wachmistrz policji opiekujący się psami, który od przeszło 25 lat miał z nimi do czynienia, wpadał często w rozpacz z powodu za­chowania się żołnierzy należących do psiej drużyny. Wiedzieli oni, że nic poważnego im nie grozi, że nie zostaną tak łatwo zwolnieni ze służby. Inny dowódca i tę bandę nauczyłby rozumu, ale ci panowie mieli o wiele ważniejsze zadania. Ile zmartwień miałem z powodu tej psiej drużyny, ileż starć z dowódcą załogi.109 Glücks uważał, że nie wykazywałem nigdy zrozumienia dla rzeczywistych interesów załogi i dlatego też nigdy

109 Był nim SS-Obersturmbannführer Fritz Hartjenstein.


nie mogłem doprosić się u niego zwolnienia ze służby oficera, który był już nie do zniesienia w obozie. Bardzo wiele złego dałoby się uniknąć, gdyby stosunek Glücksa do mnie był inny.

Reichsführer SS dążył podczas wojny do coraz większego zastępo­wania personelu nadzorczego przez różne mechaniczne środki — przez stosowanie łatwo przenośnych zapór z drutu, przez zabezpieczanie miejsc pracy naładowanymi elektrycznością zaporami z drutu, a nawet polami minowymi, przez posługiwanie się w szerszym zakresie psami. Komen­dant, który by wynalazł rzeczywiście dobry sposób zmniejszenia per­sonelu nadzorczego, miał otrzymać natychmiast awans. Nic jednak z tego wszystkiego nie wyszło.

Reichsführer SS łudził się, że psy można tak wytresować, aby nie­ustannie otaczały więźniów — podobnie strzegą stada owiec — i aby w ten sposób udaremniały ucieczkę. Sądził, iż jeden strażnik z kilkoma psami mógłby wówczas spokojnie nadzorować nawet stu więźniów. Próby tego rodzaju nie dawały jednak żadnych wyników, ludzie to nie bydło. Psy są i pozostaną zawsze tylko zwierzętami, nad którymi czło­wiek góruje nawet wówczas, gdy wpoi się psu największe uczulenie na strój i odór więźniów, kiedy jak najdokładniej wytresuje się go w ten sposób, aby nie pozwalał więźniom na jakiekolwiek zbliżanie się. Jeśli więźniom udało się w jakimś miejscu odwrócić uwagę psów, wówczas pozostawiały one bez ochrony znaczny odcinek, który można było wy­korzystać do ucieczki. Psy nie potrafiły również przeszkodzić więźniom w ucieczce zbiorowej. Mogłyby wprawdzie przysporzyć wiele złego kilku więźniom, ale zostałyby jednak zabite wraz ze swymi „pasterzami".

Himmler chciał dalej, aby psy zastąpiły posterunki na wieżach straż­niczych. Psy miały krążyć na pewnych odcinkach wokół obozu lub stałych miejsc pracy pomiędzy zaporami z drutu i dawać znać o ewen­tualnym zbliżaniu się więźniów oraz uniemożliwiać przerywanie zapory. I to jednak nie dało wyników. Psy bądź zasypiały w jakimś miejscu, bądź dawały się wprowadzić w błąd przez więźniów. Przy sprzyjającym wietrze przeciwnym pies w ogóle nic nie zauważył lub też jego szcze­kanie nie dochodziło do posterunków podsłuchowych.

Zaminowanie terenu było bronią obosieczną. Miny należało dokładnie układać i precyzyjnie rozmieszczać na planie pola minowego, gdyż po upływie kwartału stawały się bezużyteczne i trzeba je było wymieniać. Części tego terenu musiano z różnych powodów używać i dlatego więź­niowie mogli zauważyć, które miejsca są wolne od min.

Globocnik zastosował minowanie wokół miejsc masowej zagłady. Mimo gruntownego zaminowania Sobiboru Żydzi, znając drogi wolne od


min, potrafili z niego uciec, zabili przy tym prawie wszystkich dozor­ców.111 Wobec inteligencji człowieka bezsilne jest zarówno zwierzę, jak i technika. Nawet podwójnie zabezpieczoną zaporę naładowaną elek­trycznością można w okresie suszy pokonać działając rozważnie, z zimną krwią i posługując się najprostszymi środkami. Wielokrotnie udawały się takie próby. Natomiast żołnierze, którzy od zewnątrz podchodzili zbyt blisko do zapory, musieli nieraz przepłacać tę nieostrożność życiem. Mówiłem już w wielu miejscach o tym, że za swoje główne zadanie uważałem rozbudowę za pomocą wszelkich możliwych środków wszyst­kich zakładów należących do SS w zasięgu obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Jeżeli w jakimś spokojniejszym okresie zdawało mi się, że widzę już koniec zarządzeń i zaleceń Reichsführera SS oraz zakoń­czenie robót budowlanych, wówczas nagle przychodziły znowu plany i znów coś innego było gwałtownie potrzebne.

Ten ciągły pośpiech, to wieczne naglenie przez Reichsführera SS, przez trudności wynikłe wskutek wojny, przez niemal codziennie powsta­jące niedomagania w obozach wynikłe z nieprzerwanego napływu więź­niów — sprawiały, że myślałem wyłącznie o swej pracy, że patrzyłem na wszystko tylko z tego punktu widzenia. Będąc sam przynaglany do działania, nie dawałem także wytchnienia ogółowi moich podwładnych: SS-manom, cywilnym funkcjonariuszom, zainteresowanym komórkom, firmom i więźniom. Istniało dla mnie już tylko jedno: posuwać się w pracy jak najszybciej naprzód, aby stworzyć lepsze warunki i móc wykonać otrzymane rozkazy.

Reichsführer SS żądał od każdego, aby przy wypełnianiu obowiąz­ków dawał z siebie wszystko aż do samozaparcia się. Każdy człowiek w Niemczech powinien być w całej pełni wykorzystany, abyśmy mogli wygrać wojnę. Zgodnie z wolą Reichsführera SS obozy koncentracyjne zostały włączone w dzieło wzmożenia zbrojeń. Temu zadaniu należało podporządkować wszystko z całą bezwzględnością. O stanowisku Him-mlera świadczyło wymownie jego świadome przechodzenie do porządku nad stosunkami panującymi w obozie, które stawały się nie do zniesie­nia. Zbrojenia trwały i należało pokonywać wszystkie przeszkody.

111 W dniu 14. 10. 1943 r. w obozie zaglady w Sobiborze wybuchło powstanie więźniów. Powstanie było przygotowane przez tajną organizację więźniów, na której czele stał Jeniec, kapitan armii radzieckiej Sasza Pieczerski oraz Żyd Leon Feldhendler, pochodzący z Żół-kiewki. Chodziło o około 150 Żydów radzieckich, polskich i holenderskich. Moment wybuchu powstania został przyspieszony, na skutek wstrzymania transportów Żydów przeznaczonych na zagładę, co pozwalało przypuszczać, że obóz zostanie w niedługim czasie zlikwidowany wraz z resztą znajdujących się w nim więźniów. Więźniowie zabili kilkunastu SS-manów i kilku nacjonalistów ukraińskich należących do straży obozowej. Kilkunastu więźniom udało się przejść bez szwanku pola minowe otaczające obóz i ukryć się w lasach. Tylko ci ocaleli, reszta została wymordowana. Dnia 2 września 1943 r. miał miejsce podobny bunt w Treblince. Patrz G. Reitlinger: Die Endlösung, s. 160-161.


Nie wolno mi było pozwolić sobie na żadne uczucia, które by mogły się temu przeciwstawić. Musiałem być jeszcze bardziej surowy, nieczuły i coraz bardziej bezlitosny wobec niedoli więźniów. Widziałem wszystko zupełnie dokładnie, czasem aż nazbyt realnie, ale nie wolno mi się było temu poddać. W obliczu ostatecznego celu — konieczności wygrania wojny — wszystko, co ginęło po drodze, nie powinno mnie było po­wstrzymywać od działania i musiało być uważane za pozbawione zna­czenia.

W taki właśnie sposób pojmowałem wówczas swoje zadanie. Nie wol­no mi było pójść na front, musiałem więc w ojczyźnie czynić dla frontu wszystko, co było w mojej mocy.

Dzisiaj widzę, że także i moje wysiłki nie mogły wpłynąć na wygra­nie wojny. Wówczas jednak głęboko wierzyłem w nasze zwycięstwo, dla którego, jak sądziłem, powinienem pracować i nie wolno mi niczego zaniedbać.

Zgodnie z wolą Reichsführera SS Oświęcim stał się największym w dziejach zakładem uśmiercania ludzi. Gdy w lecie 1941 r. Himmler osobiście wydał mi rozkaz przygotowania w Oświęcimiu miejsca maso­wej zagłady ludzi, nie potrafiłem sobie wówczas nawet w najmniejszym stopniu wyobrazić jego rozmiarów ani skutków. Wprawdzie rozkaz był czymś niesłychanym i potwornym, ale jego uzasadnienie sprawiło, że akcja eksterminacyjna wydała mi się słuszna. Wówczas nie zastanawia­łem się nad tym, otrzymałem rozkaz i miałem go wykonać. Nie mogłem sobie pozwolić na sąd o tym, czy masowe uśmiercanie Żydów jest ko­nieczne, czy nie; tak daleko patrzeć nie mogłem. Jeśli sam führer na­kazał „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej", stary narodowy so­cjalista, a tym bardziej oficer SS nie mógł się nad tym zastanawiać. „führer rozkazuje, my jesteśmy posłuszni" — hasło to bynajmniej nie było przez nas uważane za frazes. Pojmowaliśmy je bardzo poważnie.

Od czasu mojego uwięzienia mówiono mi wiele razy, że mogłem sprzeciwić się temu rozkazowi, że nawet mogłem zastrzelić Himmlera. Nie sądzę, aby wśród tysięcy oficerów SS choć jeden pozwolił sobie na samą myśl o tym. Było to po prostu niemożliwe. Wprawdzie wielu ofi­cerów SS szemrało, a nawet urągało z powodu niejednego surowego roz­kazu Reichsführera SS, ale wykonywali oni wszystkie rozkazy. Reichs-führer boleśnie dotknął wielu oficerów SS swoją nieubłaganą suro­wością, lecz ani jeden spośród nich nie odważyłby się — według mego najgłębszego przekonania — targnąć na niego nawet w swych najskryt­szych myślach. Osoba Reichsführera SS była nietykalna. Jego zasadni­cze rozkazy wydawane w imieniu führer a były święte. Nie było możli­wości zastanawiania się nad nimi i interpretowania ich. Wykonywane


 


nia robactwa. Zapas cyklonu znajdował się zawsze na miejscu. Po moim powrocie Fritzsch zameldował mi o tym 116 i przy następnym transporcie znów użyto tego gazu. Zagazowanie przeprowadzano w aresztach bloku 11. Ja sam, mając na twarzy maskę gazową, przyglądałem się uśmier­caniu. W zapchanych celach śmierć następowała natychmiast po wrzu­ceniu cyklonu. Krótki, już prawie zdławiony krzyk — i już było po wszystkim.

Pierwszy wypadek stracenia ludzi za pomocą gazu nie dotarł należy­cie do mojej świadomości, być może dlatego, że byłem pod silnym wra­żeniem całej procedury. Lepiej przypominam sobie zagazowanie 900 Ro­sjan; odbyło się ono wkrótce potem w starym krematorium, ponieważ korzystanie z bloku 11 wymagało zbyt wiele zachodu.

W czasie wyładowywania transportu zrobiono w suficie kostnicy kilka dziur. Rosjanie musieli rozebrać się w przedsionku, po czym wchodzili zupełnie spokojnie do kostnicy, powiedziano im bowiem, że mają być odwszeni. Transport wypełnił akurat całą kostnicę. Następnie zamknięto drzwi, a przez otwory wsypano gaz. Nie wiem, jak długo trwało uśmier­canie, ale przez dłuższy czas słychać było jakiś szmer. Przy wrzucaniu gazu kilku jeńców krzyknęło gaz, po czym rozlekł się głośny ryk i za-

do obozu oświęcimskiego była spółka dra Tescha i Stabenowa, znana pod firmą Testa. Z zachowanych dokumentów wynika, że cyklon przywożono do Oświęcimia samochodami ciężarowymi SS wprost ze składów tej firmy w Dessau. Zestawienie obrotów firmy Degesch i Testa dowodzi, że w 1942 r. dostarczyły one do Oświęcimia 7 478,6 kg, a w 1943 r. — 12174,09 kg cyklonu B. Czysty zysk tych firm z handlu ludobójczą trucizną wzrósł z 45 735,78 marek w 1941 r. do 127 985,79 marek w 1943 r. Dr Bruno Tesch został po wojnie skazany na karę śmierci. Generalny dyrektor firmy Degesch, dr Gerhard Peters, osiem razy stawał przed sądami niemieckimi. Tłumaczył się on między innymi tym, że produkując cyklon B, działał w najlepszej wierze, iż „przynosi ulgę ludziom i tak skazanym na śmierć". Po raz ostatni zasiadł Peters na lawie oskarżonych w 1955 r. przed sądem przysięgłych we Frankfurcie nad Menem, który uniewinnił go „z braku dowodów winy". W motywach wyroku sąd przysięgłych podkreślił, ,,że wprawdzie Peters zgodził się dobrowolnie dostarczać trującego gazu do obozu, ale dzisiaj nie można bez zarzutu dowieść, czy rzeczywiście przy użyciu cyklonu B uśmiercano ludzi w Oświęcimiu".

116 Przygotowanie i wykonanie tego pierwszego masowego zabijania ludzi za pomocą cyklonu B miało następujący przebieg: Dnia 2.9.1941 r. Fritzsch w bunkrze bloku 11 pozostawił 10 więźniów osadzonych tam dnia poprzedniego w związku z ucieczką więźnia z karnej kompanii. Pozostali z tej grupy w liczbie 9 oraz inni więźniowie karnej kompanii wynieśli na strych wszystkie łóżka z bloku 11. Całą karną kompanię skierowano po pracy do bloku 5 a. Dnia 3 września przeniesiono do bunkra 250 chorych więźniów z bloków szpitalnych i wpędzono tam około 600 radzieckich jeńców, po czym zasypano okna bunkrów ziemią. Gaz wsypywali SS-mani przez drzwi, które następnie zamknięto. Dnia 4. 9. 1941 r. Rapportführer Palitzsch w masce gazowej otworzył drzwi bunkrów. Okazało się, że niektórzy ludzie jeszcze żyją, wobec czego dosypano jeszcze cyklonu B i znów zamknięto drzwi. Wie­czorem dnia 5. 9. 1941 r. zabrano 20 więźniów z karnej kompanii (blok 5 a) oraz pielęgniarzy z bloków szpitalnych i przeprowadzono ich na podwórze bloku 11, gdzie znajdowali się ofi­cerowie SS Fritzsch, Meier, Palitzsch i lekarz dr Entress. Więźniom wydano maski gazowe, rozkazano wejść do bunkrów i wynosić zwłoki na podwórze, skąd do późnej nocy przewo­żono je wozami do krematorium. Wśród zabitych znajdowały się zwłoki 10 więźniów osadzo­nych w bunkrze w związku z ucieczką więźnia z karnej kompanii. Patrz D. Czech: Ka­lendarz wydarzeń w obozie koncentracyjnym Oświęcim-Brzezinka, „Zeszyty Oświęcimskie" 1959, nr 2.


częto napierać od wewnątrz na drzwi. Jednakże drzwi wytrzymały napór. Dopiero po kilku godzinach otwarto i przewietrzono pomieszczenie. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem w takiej masie zwłoki zagazowanych. Jakkolwiek gorzej wyobrażałem sobie śmierć wskutek zagazowania, to jednak poczułem się nieswojo: ogarnęło mnie uczucie grozy. Śmierć taką wyobrażałem sobie zawsze jako pełne męczarni zaduszenie, tymczasem na zwłokach nie było widać jakichkolwiek śladów skurczów. Jak mi wyjaśnili lekarze, kwas pruski działa paraliżująco na płuca, lecz działanie jest tak szybkie i silne, że nie wywołuje objawów uduszenia, jak to jest na przykład przy gazie świetlnym lub całkowitym braku tlenu. Nad samą kwestią zabijania radzieckich jeńców nie zastanawiałem się wówczas. Taki był rozkaz i musiałem go wykonać. Otwarcie jednak powiem, że zagazowanie tego transportu podziałało na mnie uspokaja­jąco, wkrótce przecież trzeba było rozpocząć masowe uśmiercanie Żydów, a dotychczas ani ja, ani Eichmann 117 nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, w jaki sposób będzie się odbywać masowe zabijanie. Miał być użyty jakiś gaz, ale nie wiadomo było, o jaki gaz chodzi i jak należy go używać. Teraz znaleźliśmy zarówno gaz, jak i sposób postępowania. Zawsze ogarniała mnie groza, gdy myślałem o masowych rozstrzeliwaniach, zwłaszcza kobiet i dzieci. Miałem już dość egzekucji zakładników i innych masowych rozstrzeliwań nakazywanych przez Reichsführera SS albo RSHA. Teraz byłem spokojny, że rzezie ominą nas wszystkich i że ofiarom można będzie do ostatniej chwili oszczędzić cierpień. To właśnie było moją największą troską, gdy myślałem o tym, co Eichmann opowiadał o rozstrzeliwaniach Żydów przez oddziały operacyjne 118 za pomocą karabinów maszynowych albo pistoletów maszynowych. Podobno rozgrywały się potworne sceny: postrzeleni uciekali, a rannych — przede wszystkim kobiety i dzieci — dobijano. Częste samobójstwa w szeregach oddziałów operacyjnych były spowodowane tym, że ciągłe nurzanie się we krwi stawało się nie do zniesienia. Kilku członków tych oddziałów zwariowało, a większość podtrzymywała się alkoholem przy wykonywaniu swej strasznej roboty.

117 Patrz charakterystyka Adolfa Eichmanna na s. 247.

-I    -I   Q

Oddziały operacyjne - Einsatzkommandos — wchodziły w skład specjalnych formacji Sipo i SD Einsatzgruppen. Zadaniem tych formacji było likwidowanie na okupowanych terenach ZSRR komisarzy politycznych, komunistów i Żydów oraz zwalczanie partyzantów i ruchu oporu. Rozpoczynały one działalność bezpośrednio po zajęciu terenu przez frontowe oddziały Wehrmachtu. Wyrok Amerykańskiego Trybunału Wojskowego w Norymberdze z dnia 8 -10.4. 1948 r. w sprawie przeciwko dowódcom tych specjalnych formacji stwierdził, że wymordowały one około 2 milionów mężczyzn, kobiet i dzieci spośród niewinnej ludności cywilnej (Proces IX. Wyrok wraz z uzasadnieniem ogłoszono w polskim tłumaczeniu w Biuletynie XIV GKEZH 1963 r.). Patrz również G. Reitlinger: Die Endlösung, s. 205 i n.


Według opowiadań Hoeflego 119 ludzie z Globocnikowych zakładów eksterminacji również spożywali niesamowite ilości alkoholu.

Wiosną 1942 r. przybyły z Górnego Śląska pierwsze transporty Ży­dów,120 którzy mieli być wszyscy zabici. Zaprowadzono ich z rampy do bunkra I,121 urządzonego w zagrodzie chłopskiej, przez łąki, na których później znajdował się odcinek budowlany III. Prowadzili ich Aumeier i Palitzsch oraz kilku Blockführerów; rozmawiali z nimi możliwie bez­trosko, wypytując o zawody i umiejętności, aby w ten sposób wprowa­dzić ich w błąd.

Po przyjściu do zagrody kazano się Żydom rozebrać. Początkowo szli spokojnie do izb, w których miała się odbyć dezynfekcja, ale niebawem kilku z nich zaczęło okazywać zaniepokojenie i mówić o śmierci przez uduszenie. Powstała pewnego rodzaju panika. Natychmiast wszystkich Żydów znajdujących się jeszcze na zewnątrz wpędzono do komór i za­mknięto za nimi drzwi na śruby.

Przy następnych transportach od razu wyławiano niespokojne ele­menty i nie spuszczano ich z oczu. Jeżeli zauważono zaniepokojenie, to tych, którzy je szerzyli, prowadzono niepostrzeżenie poza budynek i tam zabijano z karabinu małokalibrowego w taki sposób, aby inni nie mogli zauważyć. Obecność Sonderkommando i jego spokojne zachowa­nie się zmniejszało zaniepokojenie tych, którzy przeczuwali coś złego. Uspokajający wpływ wywierało i to, że niektórzy członkowie Sonder­kommando wchodzili do pomieszczeń i pozostawali w nich do ostatniego momentu, a jeden z SS-manów stał do końca pod drzwiami.

Najważniejsze jednak było to, aby przy całej procedurze doprowa­dzania i rozbierania więźniów panował jak największy spokój. Tylko bez krzyków, bez popędzania! Jeżeli ktoś nie chciał się sam rozebrać, ucie­kano się do pomocy tych, którzy już byli rozebrani, albo członków Son­derkommando. Nawet opornych uspokajano, przemawiając do nich ła-

119 SS-Hauptsturmführer Hans Hoefle (ur. 19.6. 1911 r.), członek NSDAP i SS (nr 307469) był Stabsführerem u Globocnika w Lublinie. Höss poznał się z nim bliżej w 1944 r. podczas swej pracy na stanowisku szefa urzędu D I WVHA w Oranienburgu.

1 ° według Danuty Czech akcja ta miała się rozpocząć już w styczniu 1942 r. (D. Czech: Kalendarz wydarzeń, „Zeszyty Oświęcimskie" 1958, nr 3, s. 62). Broszat podaje np., że Żydzi z Bytomia zostali deportowani do Oświęcimia w dniu 15. 2. 1942 r.

121 Bunkrem I nazywano pierwszą komorę gazową urządzoną w specjalnie do tego celu przebudowanym domku wysiedlonego mieszkańca wsi Brzezinka. Zarówno tu, jak i następnie przy bunkrze II wybudowano baraki-rozbieralnie. Ofiary rozbierały się w tych barakach "lub pod gołym niebem i szły nago do komór gazowych. Bunkier I miał dwie komory. Na zew­nętrznej stronie drzwi wejściowych znajdował się napis ,,do łaźni", a na wewnętrznej drzwi wyjściowych — napis „do dezynfekcji". Za tymi drugimi drzwiami znajdowało się otwarte pole, na które wyrzucano zwłoki zagazowanych.


godnie, i w ten sposób skłaniano ich do rozebrania się. Więźniowie z Sonderkommando dbali, aby rozbieranie odbywało się szybko i aby ofiary nie miały zbyt dużo czasu na zastanawianie się.

Gorliwa pomoc Sonderkommando przy rozbieraniu i wprowadzaniu do komór gazowych była czymś jedynym w swoim rodzaju. Nigdy nie byłem świadkiem ani nie słyszałem, aby członkowie tych drużyn choć jednym słowem napomknęli osobom przeznaczonym do zagazowania o tym, co je czeka. Przeciwnie, próbowali wszystkiego, aby je wprowa­dzić w błąd, a szczególnie, by uspokajać tych, którzy coś przeczuwali. Jeżeli Żydzi nie wierzyli SS-manom, to mieli zaufanie do więźniów tej samej rasy. Do Sonderkommando przeznaczano wyłącznie Żydów po­chodzących z tych samych krajów, z których przybywali objęci daną akcją — przede wszystkim w tym celu, aby mogli się z nimi porozumie­wać i uspokajać ich. Nowo przybyli kazali sobie opowiadać o życiu w obozie i pytali zazwyczaj o miejsce pobytu znajomych i krewnych z wcześniejszych transportów. Ciekawe było, jak członkowie Sonder­kommando okłamywali ich, z jaką siłą przekonania wmawiali w nich rzeczy i jakimi gestami podkreślali swe opowiadania!122

Wiele kobiet ukrywało swe niemowlęta pod stosami ubrań. Członko­wie Sonderkommando zwracali na to szczególną uwagę i tak długo na­mawiali kobietę, aż zabrała dziecko z sobą. Kobiety ukrywały dzieci w obawie, że dezynfekcja może im zaszkodzić. Mniejsze dzieci przeważ­nie płakały przy rozbieraniu w takich niezwykłych dla nich okoliczno­ściach, gdy jednak matki lub członkowie Sonderkommando przyjaźnie do nich przemówili, uspokajały się i bawiąc się lub przekomarzając wchodziły do komór z zabawkami w rękach. Zauważyłem, że kobiety, które przeczuwały lub wiedziały, co je czeka, zdobywały się na to, aby mimo śmiertelnej trwogi w oczach żartować z dziećmi lub łagodnie je przekonywać.

Pewna kobieta podeszła do mnie i wskazując na czworo swych dzieci, które wzięły się grzecznie za ręce, aby prowadzić najmłodsze przez nie­równy teren, szepnęła mi: „Jak możecie zdobyć się na to, aby zamor­dować te śliczne, miłe dzieci? Czy nie macie serc?"

Jakiś starzec przechodząc obok mnie syknął: ,,Niemcy będą musiały ciężko odpokutować za to masowe mordowanie Żydów!" Oczy jego pło­nęły nienawiścią. Mimo to poszedł odważnie do komory gazowej, nie troszcząc się o innych.

Pewna młoda kobieta zwróciła na siebie moją uwagę, gdyż nadzwy-

122 Patrz T. Borowski: Proszę państwa do gazu, Wybór opowiadań, s. 90-112; D. Lebovic — A. Obrenovic: Himmelkommando. Przekład Z. Stoberskiego. „Dia­log" 1953, nr 1, s. 40—95; M. Broszat: Wstęp do edycji „Kommandant in Auschwitz". s. 18.


czaj gorliwie, biegając tu i tam, pomagała rozbierać się małym dzieciom i starszym kobietom. Swym wyglądem i podnieceniem zwróciła moją uwagę już podczas selekcji transportu. Miała wtedy przy sobie dwoje małych dzieci. Nie wyglądała na Żydówkę. W tym czasie nie miała już przy sobie dzieci. Kręciła się do końca koło kobiet, które miały dużo dzieci i nie były jeszcze rozebrane, przemawiała do nich serdecznie, uspokajała dzieci. Jedna z ostatnich weszła do bunkra. W drzwiach za­trzymała się i powiedziała: „Wiedziałam od początku, że do Oświęcimia jedziemy na zagładę; umknęłam zaliczenia mnie do zdolnych do pracy, biorąc do siebie dzieci. Chciałam przeżyć to wszystko w pełni i z cała świadomością. Zapewne nie będzie to długo trwało. Bądźcie zdrowi!"

Od czasu do czasu zdarzało się także, że kobiety przy rozbieraniu wydawały nagle okrzyki wstrząsające do szpiku kości, wyrywały sobie włosy, zachowywały się jak szalone. Wtedy szybko wyprowadzano je i za budynkiem zabijano strzałem w kark z broni małokalibrowej.

Zdarzało się również, że kobiety widząc, iż członkowie Sonderkom-mando wychodzą z komory, i zdając sobie sprawę z tego, co się teraz stanie, wykrzykiwały wszelkie możliwe przekleństwa pod naszym adresem.

Widziałem, jak jakaś kobieta przy zamykaniu komory chciała wy­pchnąć swe dzieci i wołała z płaczem.: „Zostawcie przy życiu przynaj­mniej moje drogie dzieci!"

Było wiele takich wstrząsających scen, które robiły wrażenie na wszystkich obecnych.

Wiosną 1942 r. setki zdrowych ludzi przechodziły pod kwitnącymi drzewami owocowymi chłopskiej zagrody i szły, najczęściej nic nie prze­czuwając, do komór gazowych na śmierć. Ten obraz budzenia się życia i przemijania dziś jeszcze stoi mi przed oczami.

Już przebieg selekcji transportów na rampie obfitował w różne zaj­ścia. Wskutek rozdzielania rodzin, mężczyzn od kobiet i dzieci, powsta­wało w transporcie wielkie podniecenie i zaniepokojenie. Następnie od­dzielanie zdolnych do pracy pogarszało jeszcze ten stan. Rodziny oczy­wiście chciały być razem. Ci, których już wybrano, wracali do rodzin, a matki z dziećmi usiłowały przedostać się do mężów lub starszych dzieci przeznaczonych do pracy.

Często powstawało takie zamieszanie, że trzeba było ponownie prze­prowadzać selekcję. Brak miejsca nie pozwalał na zastosowanie lepszych


spostrzeżeń brakuje im poczucia wzajemnej przynależności. Można by myśleć, że w takiej sytuacji jeden powinien chronić drugiego. Nie, prze­ciwnie: często się z tym spotykałem i słyszałem o tym, że Żydzi — szcze­gólnie z zachodu — podawali adresy swych ukrywających się jeszcze współplemieńców. Jakaś kobieta już z komory gazowej krzyknęła do podoficera jeszcze jeden adres jakiejś żydowskiej rodziny. Jakiś męż­czyzna, sądząc z ubrania i sposobu bycia — należący do najlepszych sfer, przy rozbieraniu się podał mi karteczkę; znajdowało się na niej wiele adresów rodzin holenderskich, u których ukrywali się Żydzi.

Nie mogę sobie wytłumaczyć, co skłaniało Żydów do tych doniesień. Czy płynęło to z osobistej zemsty, czy z zawiści, czy też z tego, że za­zdrościli innym dalszego życia.

Równie osobliwe było całe zachowanie się członków Sonderkomman­do. Wszyscy oni wiedzieli, że po zakończeniu akcji spotka ich taki los, jaki spotkał tysiące Żydów, przy których uśmiercaniu byli tak bardzo pomocni. Mimo to wykazywali gorliwość, która mnie zawsze zdumie­wała. Nie tylko nigdy nie mówili ofiarom o tym, co je czeka, nie tylko troskliwie pomagali im przy rozbieraniu się, lecz nawet stosowali prze­moc wobec opornych, wyprowadzając ich za budynek i przytrzymując przy rozstrzeliwaniu. Prowadzili swoje ofiary w taki sposób, aby nie mogły widzieć podoficera czekającego z bronią w ręku na moment, gdy niepostrzeżenie będzie mógł przyłożyć broń do tyłu głowy ofiary. W ten sposób postępowali również z chorymi i ułomnymi, których nie można było doprowadzić do komór gazowych. Wszystko to robili tak natural­nie, jak gdyby sami byli powołani do przeprowadzania akcji zagłady.

To oni wyciągali zwłoki z komór, usuwali złote zęby, obcinali włosy, wJekli do dołów czy pieców. Oni podtrzymywali ogień w dołach, oni polewali zwłoki zebranym tłuszczem, oni wreszcie rozgrzebywali płonące góry zwłok, aby zapewnić dopływ powietrza.

Wszystkie te roboty wykonywali jakby z tępą obojętnością, jak gdyby chodziło o jakąś powszednią czynność. Ciągnąc zwłoki jedli albo palili. Nawet przy takiej okropnej robocie, jak spalanie zwłok, które już przez dłuższy czas leżały w masowych grobach, nie przestawali jeść.

Zdarzało   się   często,   że   Żydzi   z   Sonderkommando   znajdowali                                                                                                          swoich

najbliższych   wśród   uśmierconych   lub   wśród   tych,   którzy   szli   do                                                                                                                komór.

Zapewne byli przejęci, mimo to jednak nie dochodziło do zajść.      Byłem
świadkiem takiego wypadku.

Przy wyciąganiu zwłok z komory w przerobionej chałupie jeden z członków Sonderkommando stanął nagle jak wryty; stał przez chwilę niby urzeczony, potem wraz ze swym towarzyszem poszedł dalej ze zwłokami. Na moje pytanie, co się stało, kapo odpowiedział, że człowiek


ten odnalazł między zwłokami własną żonę. Obserwowałem go jeszcze przez chwilę, lecz nic szczególnego nie zauważyłem w jego zachowaniu się. Jak przedtem,, tak i teraz ciągnął za sobą zwłoki. Gdy w jakiś czas potem przyszedłem znów do Sonderkommando, siedział razem z innymi przy jedzeniu, jak gdyby nic nie zaszło. Czy tak dobrze potrafił ukryć swe wzruszenie, czy też tak już stępiał, że nawet to przeżycie nie mogło go poruszyć? .

Co dawało Żydom z Sonderkommando siły do wykonywania dniem i nocą tej straszliwej roboty? Czy liczyli na jakiś szczególny przypadek, który pozwoli im prześliznąć się tuż obok śmierci? Czy tak stępieli, a może osłabli wskutek wszystkich okropności, że nie potrafili sami skończyć z sobą, aby uniknąć takiego „istnienia"? 123

Obserwowałem ich bardzo uważnie, a jednak nie zdołałem zgłębić ich zachowania się. Życie i umieranie Żydów postawiło przede mną wiele zagadek, których nie byłem w stanie rozwiązać.

Wszystkie te przeżycia, wszystkie wydarzenia, które tu przedstawi­łem, a do których mógłbym dodać niezliczoną ilość innych, tylko częścio­wo i niedostatecznie oświetlają cały przebieg akcji eksterminacyjnej.

Ci, którzy brali udział w tym masowym niszczeniu i do których świadomości doszło ono wraz ze wszystkimi towarzyszącymi mu zja­wiskami, nie mogli przejść nad nim do porządku.

Wszystkim — poza nielicznymi wyjątkami — odkomenderowanym do tej potwornej „roboty", do tej „służby", a także i mnie, wypadki te dały dużo do myślenia i pozostawiły głębokie wrażenie. Bardzo wielu biorących udział w akcji często podchodziło do mnie podczas moich ob­chodów kontrolnych przez miejsca zagłady, aby pozbyć się wątpliwości, podzielić się swymi wrażeniami; chcieli, abym ich uspokoił. Z ich pouf­nych rozmów dochodziło do mnie ustawiczne pytanie: czy to, co musi­my robić, jest konieczne? Czy jest konieczne niszczenie setek tysięcy kobiet i dzieci? A ja, który sam w głębi duszy stawiałem sobie to pyta­nie niezliczoną ilość razy, musiałem zbywać ich rozkazem führera, mu­siałem ich w ten sposób pocieszać. Musiałem im mówić, że to niszczenie żydostwa jest konieczne, aby Niemcy, aby naszych potomków uwolnić po wieczne czasy od najzawziętszych przeciwników.

Wprawdzie dla nas rozkaz führera, jak i to, że musi go wykonać

123 Höss nie wspomina o tym, że Żydzi zmuszeni do pracy w Sonderkommando zorga­nizowali w dniu 7.10.1944 r. bunt i podpalili krematorium IV. Kilku SS-manów zostało zabitych, jednakże bunt szybko opanowano, mordując większość członków Sonderkommando. Zginęło wówczas 455 więźniów. Członkowie Sonderkommando brali aktywny udział w walce prowadzonej przez obozowy Ruch Oporu, dostarczali szczegółowych wiadomości dla wywiadu, wykonywali potajemnie zdjęcia fotograficzne z akcji zagłady, dostarczali środków material­nych na finansowanie ucieczek i niejednokrotnie wzywali do buntu ofiary z masowych tran­sportów przeznaczonych na zagładę. Patrz również L. Adelsberger: Auschwitz, s. 102.


SS, było czymś niewzruszonym, ale jednak trawiły wszystkich skryte wątpliwości. Ja w żadnym razie nie mogłem przyznać się do podobnych wątpliwości. Chcąc zmusić innych do psychicznego przetrwania, musia­łem okazywać niezłomne przeświadczenie o konieczności wykonania tego twardego i okrutnego rozkazu.

Wszyscy patrzyli na mnie, chcąc się przekonać, jakie wrażenie robią na mnie opisane sceny, jak na nie reaguję. Z tego punktu widzenia do­kładnie mnie obserwowano, omawiano każde moje odezwanie się. Musia­łem bardzo panować nad sobą, aby pod wpływem wzburzenia spowodo­wanego tym, co widziałem, nie zdradzić swoich wątpliwości. Musiałem uchodzić za człowieka zimnego i pozbawionego serca w obliczu wypad­ków, które u każdego jeszcze odczuwającego, po ludzku powodowały skurcz serca. Nie mogłem się nawet odwrócić, gdy ogarniało mnie natu­ralne, ludzkie wzburzenie. Musiałem przyglądać się obojętnie, jak matki ze śmiejącymi się lub płaczącymi dziećmi szły do komór gazowych.

Pewnego razu dwoje małych dzieci tak pogrążyło się w zabawie, że matka nie mogła ich od niej oderwać. Nawet Żydzi z Sonderkommando nie chcieli zabrać dzieci. Nigdy nie zapomnę błagającego o zmiłowanie spojrzenia matki, która wiedziała, o co chodzi. Ci, którzy już byli w ko­morze, zaczynali się niepokoić — musiałem działać. Wszyscy patrzyli na mnie. Skinąłem na podoficera służbowego, a ten wziął opierające się dzieci na ręce i zaniósł je do komory wśród rozdzierającego serce płaczu matki idącej za nimi. Najchętniej zapadłbym się pod ziemię pod wpły­wem współczucia, ale nie wolno mi było okazać najmniejszego wzru­szenia.

Musiałem na wszystko patrzeć. Dniem i nocą byłem obecny przy wy­ciąganiu i spalaniu zwłok; godzinami przyglądałem się wyrywaniu zę­bów, obcinaniu włosów i wszelkim innym okropnościom. Przebywałem godzinami wśród odrażającego odoru wydobywającego się przy rozko­pywaniu masowych grobów i spalaniu zwłok.124 Na skutek zwróconej mi przez lekarzy uwagi ja sam musiałem przez okienko komory gazowej przyglądać się śmierci. Musiałem to robić, ponieważ na mnie były zwró­cone oczy wszystkich, ponieważ musiałem wszystkim pokazać, że nie tylko wydaję rozkazy i zarządzenia, lecz także jestem osobiście przy ich wykonywaniu, tak jak wymagałem tego od innych.

124 Do dnia 30.11.1942 r. wykopano i spalono 107 000 zwłok. Liczba ta obejmowała zwłoki Żydów z początkowego okresu masowego Ich zabijania za pomocą gazu, zwłoki więźniów, którzy zginęli w Oświęcimiu w okresie zimowym 1941-1942 r., kiedy krematorium I było nieczynne, a krematoria w Brzezince nie zostały jeszcze uruchomione, oraz zwłoki więźniów, którzy zginęli w Brzezince. Pracę wykonało Sonderkommando. W dniu 3.12.1942 r. prze­pędzono je w liczbie około 300 więźniów z Brzezinki do obozu w Oświęcimiu, wprowadzono do komory gazowej przy krematorium I i zabito za pomocą gazu. Likwidację Sonder­kommando przeprowadzano następnie co pewien okres. Patrz D. Czech: Kalendarz wyda­rzeń, „Zeszyty Oświęcimskie" 1958, nr 3, s. 118 i n.


Reichsführer SS przysyłał od czasu do czasu rozmaitych dygnitarzy NSDAP i SS do Oświęcimia, aby się przyjrzeli zagładzie Żydów. Na wszystkich wywarła ona wielkie wrażenie. Nieraz ci, którzy przedtem bardzo gorliwie rozprawiali o konieczności zagłady, stawali się milczący i cisi na widok ,,ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Zapyty­wano mnie, jak ja i moi ludzie możemy nieustannie patrzeć na to, jak możemy wytrzymać. Odpowiadałem zawsze, że rozkaz führera musi być wykonany z żelazną konsekwencją i wobec tego wszystkie ludzkie odru­chy powinny zniknąć. Każdy z tych panów mówił, że nie chciałby wy­konywać takiego zadania. Nawet Mildner 125 i Eichmann, z pewnością dostatecznie gruboskórni, wcale nie mieli ochoty zamienić się ze mną. Tego zadania nikt mi nie zazdrościł.

Wielokrotnie i szczegółowo rozmawiałem z Eichmannem o wszystkim, co łączyło się z „ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej", nie ujawniając jednak swej wewnętrznej udręki. Wszelkimi środkami usiło­wałem wybadać go, jak naprawdę w głębi duszy zapatruje się na „osta­teczne rozwiązanie". Jednakże Eichmann występował wprost opętańczo za całkowitą zagładą wszystkich Żydów, których można dostać w ręce, i nie zmieniał zdania nawet wtedy, kiedy był zupełnie oszołomiony alko­holem i kiedy byliśmy z nim sam na sam. ,,Musimy jak najszybciej, bez miłosierdzia i z zimną obojętnością przeprowadzić zagładę. Okazywanie jakichkolwiek względów gorzko by się później na nas zemściło". Wobec tak bezwzględnej konsekwencji musiałem jak najgłębiej pogrzebać swoje ludzkie „hamulce".

Tak, muszę otwarcie przyznać, że te ludzkie odruchy wydawały mi się — po takich rozmowach z Eichmannem — niemal zdradą führera. Nie mogłem znaleźć wyjścia z tej rozterki duchowej. Musiałem nadal przeprowadzać proces zagłady, masowe mordy i nadal to przeżywać, nadal obojętnie przyglądać się temu, co mnie wewnętrznie najgłębiej poruszało. Musiałem ustosunkować się na zimno do wszystkich wyda­rzeń. Chociaż nawet mniejsze przeżycia, które może wcale nie docho­dziły do świadomości innych, nie zacierały się w mojej pamięci. A prze­cież w Oświęcimiu doprawdy nie mogłem uskarżać się na nudy.

Jeżeli jakieś zajście bardzo mnie wzburzyło, to nie mogłem wra­cać do domu, do mojej rodziny. Dosiadałem, konia i w tej szalonej

125 SS-Standarlenführer dr Rudolf Mildner (ur. 10. 7. 1902 r.) członek NSDAP (nr 614080) i SS (nr 275741) był szefem Stapoleitstelle w Katowicach, do której okręgu należał Oświęcim. W listopadzie 1941 r. przewodniczył komisji, która przeprowadziła selekcję jeńców radzieckich i uznanych za „fanatycznych komunistów" oraz „politycznie obciążonych" skazała na zagładę. Mildner przewodniczył często kompletom policyjnego sądu doraźnego, odbywającego posie­dzenia w bloku 11 w Oświęcimiu. W procesie przed MTW w Norymberdze występował w charakterze świadka. W 1949 r. został zwolniony i nie stawał już więcej przed sądem. Patrz Dok. Norymb. NO-5849 i IMT, t. XI, s. 252; G. Reitlinger: Die Endlösung, s. 123 i 537.


jeździe odganiałem straszliwe obrazy. Często w nocy szedłem do stajni i tam znajdowałem uspokojenie wśród moich ulubieńców.

Zdarzało się, że kiedy byłem w domu, myśli moje nagle zwracały się ku jakimś szczegółom akcji eksterminacyjnej. Musiałem wtedy wycho­dzić z domu. Nie mogłem wytrzymać w serdecznej atmosferze rodzin­nej. Gdy widziałem, jak nasze dzieci wesoło się bawiły i jak bardzo szczęśliwa była moja żona, mając przy sobie najmłodszą córeczkę, przy­chodziło mi nieraz na myśl: jak długo jeszcze będzie trwało wasze szczę­ście? Żona moja nigdy nie mogła wytłumaczyć sobie moich posępnych nastrojów i przypisywała je kłopotom związanym ze służbą.

Stojąc nocą przy transportach, przy komorach gazowych, przy pło­mieniach — myślałem często o swojej żonie i dzieciach, nie wiążąc tych myśli bliżej z tym wszystkim, co się działo dokoła. Nieraz słyszałem to samo od ludzi żonatych pełniących służbę w krematoriach. Gdy się wi­dzi, jak kobiety z dziećmi idą do komór gazowych, mimo woli myśli się o własnej rodzime.

Nie znalazłem już szczęścia, odkąd w Oświęcimiu zaczęło się masowe zabijanie. Byłem, niezadowolony z siebie. Nie było .widać, kiedy się ta praca skończy i kiedy główne zadanie zostanie wykonane; nie można też było polegać na współpracownikach. Przełożeni nie rozumieli mnie i nie chcieli wysłuchać, kiedy się do nich zwracałem. Sytuacja, w której się znajdowałem, nie była ani przyjemna, ani godna pozazdroszczenia. A jed­nak wszyscy w Oświęcimiu sądzili, że komendant dobrze sobie żyje.

Prawda, że mojej rodzinie było dobrze w Oświęcimiu. Spełniano każ­de życzenie żony i dzieci. Dzieci mogły szaleć do woli, żona miała tyle ulubionych kwiatów, że czuła się wśród nich jak w raju.

Więźniowie starali się, jak mogli, aby zrobić coś przyjemnego mojej żonie i dzieciom, aby wyświadczyć im jakąś przysługę. Żaden były wię­zień nie mógłby prawdopodobnie powiedzieć, że go w naszym domu pod jakimkolwiek względem źle potraktowano. Moja żona najchętniej poda­rowałaby coś każdemu więźniowi, który u nas pracował, a dzieci ciągle żebrały u mnie o papierosy dla więźniów. Szczególnie były one przy­wiązane do ogrodników.

Cała nasza rodzina odznaczała się uderzającym zamiłowaniem do rol­nictwa, szczególnie lubiła zwierzęta. Co niedziela musiałem z rodziną objeżdżać pola i chodzić po stajniach; nawet psiarni nie można było po­minąć. Największymi względami cieszyły się oba nasze konie i źrebak. Dzieci zawsze miały w ogrodzie jakieś osobliwe zwierzaki, które im zno­sili więźniowie: to żółwie, to znów kuny, koty lub jaszczurki. Ciągle było w ogrodzie coś nowego i interesującego. W lecie dzieci pluskały się albo w basenie kąpielowym w ogrodzie, albo w Sole. Największą


radość   sprawiało   im,   gdy  tatuś  kąpał   się  razem  z  nimi.   On jednak  miał tak mało czasu na te wszystkie zabawy dziecięce.

Dziś gorzko żałuję, że nie poświęciłem więcej czasu mojej rodzinie, ale zawsze uważałem, że muszę być stale na służbie. Przez to przesadne poczucie obowiązku sam czyniłem swe życie jeszcze cięższym, niż było ono już samo przez się. Żona moja wciąż mnie ostrzegała mówiąc: „Nie myśl tak ciągle o służbie, myśl także o swojej rodzinie". Lecz co moja żona mogła wiedzieć o tym, co mnie gnębiło. Nigdy się o tym nie do­wiedziała.126

NA   STANOWISKU   SZEFA   URZĘDU   D   I   (1943—1945)

Gdy na wniosek Pohla Oświęcim został podzielony,127 pozwolił mi Pohl wybierać między stanowiskiem, komendanta w Sachsenhausen a stanowiskiem szefa urzędu D I. U Pohla było to czymś niezwykłym, że pozwolił oficerowi wybierać stanowisko; w dodatku dał mi jeszcze dwa­dzieścia cztery godziny do namysłu. Był to z jego strony tylko życzliwy gest, aby mnie pocieszyć po odejściu z Oświęcimia. W pierwszej chwili rozstanie było dla mnie bolesne właśnie dlatego, że zrosłem się z Oświę­cimiem ze względu na te wszystkie trudności i braki, na wiele cięż­kich moich zadań. Potem byłem zadowolony, że się uwolnię od tego wszystkiego.

W żadnym razie nie chciałem, być dłużej komendantem obozu. Tego

126       podobnie jak  poprzednio  w  autobiografii   (s.   63   i   83)  i   następnie  w  liście  do  żony,
tak   i    tutaj    Höss   podkreśla   ukrywanie   wobec    otoczenia   własnych   przeżyć   wewnętrznych.
Kwestię,   czy   żona   Hössa   wiedziała   o   faktach,   o   których   tu   Höss   pisze,   wyjaśnia   nastę­
pujący   fragment   zeznań   Hössa   złożonych   przez   niego   przed   Międzynarodowym   Trybunałem
Wojskowym   w   Norymberdze.    W   toku   przesłuchania   na   rozprawie   w   dniu    15.4.1946    r.
w    charakterze    świadka    obrony    oskarżonego    Kaltenbrunnera,    Höss    na    zapytanie    obrońcy
dotyczące   zachowania   w   tajemnicy    akcji    masowej    zagłady   Żydów   wyjaśnił,    że   Himmler
zobowiązał   go   osobiście   do   traktowania   tej   sprawy   jako   ściśle   tajnej.   Na   dalsze   pytania
Höss odpowiedział następująco:

Pytanie: Czy pan wobec nie wtajemniczonych osób trzecich naruszył kiedykolwiek włożony na pana obowiązek?

Odpowiedź:   Nie. Do końca 1942 r. nie.

Pytanie: Dlaczego podaje pan ten termin? Czy po tym terminie opowiedział pan o tym osobom trzecim?

Odpowiedź: W końcu 1942 r. wypowiedzi byłego Gauleitera Górnego Śląska zwróciły uwagę mojej żony na wydarzenia, które zachodziły w naszym obozie. Żona moja zapytała się mnie później, czy to jest prawda. Potwierdziłem to mojej żonie. Był to jedyny wypadek złamania przyrzeczenia danego Reichsführerowi. Z nikim innym na ten temat nigdy nie rozmawiałem (IMT, t. XI, s. 441).

127      W  listopadzie   1942  r.   obóz  oświęcimski  wraz  ze  wszystkimi  podległymi  mu  obozami
został    podzielony    na    trzy    samodzielne    obozy:    obóz    koncentracyjny    Oświęcim    I    (obóz
macierzysty),    obóz   koncentracyjny   Oświęcim   II   (Brzezinka)   i   obóz   koncentracyjny   Oświę­
cim III (Buna oraz wszystkie obozy pracy).  Od 25.   11.   1944 r.  obozy Oświęcim I i II zostały
połączone.   Oświęcim   III   przemianowano   na   obóz   Monowice   (rozkazy   garnizonowe   nr   53/43
i 29/44 oraz Dok. Norymb. NO-2736).


miałem już naprawdę dosyć po dziewięciu latach pracy w obozach, a po trzech i pół w Oświęcimiu. Wybrałem więc stanowisko szefa urzędu D I. Zresztą nie pozostawało mi nic innego. Na front iść nie mogłem: Reichsführer SS dwukrotnie odmówił mi tego bezwarunkowo.

Praca biurowa zupełnie mi nie odpowiadała, jednak Pohl powiedział mi, że mogę urząd tak przekształcić, jak będę uważał za stosowne. Glücks również pozostawił mi całkowicie wolną rękę, gdy objąłem urząd w dniu l grudnia 1943 r. Glück nie był zadowolony z mojej nominacji na to stanowisko i z tego, że właśnie ja miałem się znaleźć w jego naj­bliższym otoczeniu. Pogodził się jednak z tym, bo Pohl tak chciał.

Uważałem za swoje zadanie — nie chcąc traktować urzędowania tylko jako przyjemne i spokojne zajęcie — okazywanie przede wszyst­kim pomocy komendantom i rozpatrywanie wszystkich spraw pod kątem widzenia potrzeb obozu. Chciałem postępować przeciwnie, niż było to dotychczas w zwyczaju D I.129 Przede wszystkim chciałem, być w ciągłym kontakcie z obozami, aby dzięki osobistemu wglądowi móc należycie ocenić trudności i niedomagania i wydobyć od wyższych instancji wszystko, co się jeszcze da.

Na podstawie przechowywanych w moim urzędzie akt, rozkazów i korespondencji mogłem teraz zaznajomić się z rozwojem obozów od czasu, kiedy Eicke był inspektorem, i wyrobić sobie o nich zdanie. Wielu obozów jeszcze nie znałem osobiście. W D I znajdował się rejestr korespondencji Inspektoratu z obozami, z wyjątkiem spraw czysto admi­nistracyjnych, sanitarnych lub związanych z zatrudnieniem, więźniów. Można więc było na miejscu wyrobić sobie pogląd o każdym obozie. Nic więcej jednak nie można się było dowiedzieć, siedząc stale w urzę­dzie. Ani z korespondencji, ani z akt nie powstawał obraz tego, co się działo w obozach i jak naprawdę wyglądały. W tym celu należało oso­biście objechać obozy, mając oczy szeroko otwarte. Do tego właśnie dążyłem.

Odbywałem wiele podróży służbowych, najczęściej na życzenie Pohla, który widział we mnie specjalistę od wewnętrznych spraw obozowych. Zobaczyłem więc, jak obozy naprawdę wyglądały: ukryte braki i nie­