nasza witryna„Niewybaczalny grzech" Bożeny Gilbride
Wojciech A. Wierzewski, Nasz Dziennik, 17.06.2003


  "Z początkiem maja br. złożyłam oficjalnie rezygnację z dalszego udziału w pracach Krajowej Rady Amerykanów Polskiego Pochodzenia i Amerykańskich Żydów (NPAJAC), w której pracowałam jako członek w ostatnich siedmiu latach. Uznałam, że nie mogę być dalej członkiem organizacji, która odmawia prawa do traktowania pięciu milionów Polaków jako ofiar Holocaustu" - napisała Bożena Urbanowicz-Gilbride. Wiadomość o jej rezygnacji z dalszego udziału w dialogu polsko-żydowskim, prowadzonym teraz pod egidą waszyngtońskiej organizacji administrowanej przez stronę żydowską, stanowi prawdziwy szok. Zwłaszcza kiedy uzmysłowimy sobie, kim jest ta osoba i co sobą reprezentuje.

Rodzina pani Bożeny pochodzi ze wschodnich ziem przedwojennej Polski, które najpierw stały się ofiarą sowieckiej inwazji, a niedługo potem długiej i okrutnej okupacji hitlerowskiej. Pani Bożena była siedmioletnią dziewczynką, kiedy zobaczyła oddziały Armii Czerwonej wkraczające do jej osady, Leonówki, a w dwa lata później wieś płonęła, podpalona przez niemieckich najeźdźców. Jej rodzice otwarcie pomagali innym w tych tak trudnych i niebezpiecznych czasach. Ojciec udzielał schronienia licznym Żydom w swoim gospodarstwie, co groziło rozstrzelaniem, nie tylko jego, ale i całej rodziny.
W 1944 roku gestapo aresztowało matkę pani Bożeny i zesłało ją wraz z dziećmi do obozu koncentracyjnego w Ravensbru¨ck, gdzie poddano ją zbrodniczym eksperymentom medycznym, a następnie do Gross-Rosen. Rozdzielona przez wojenne losy i różne miejsca pobytu w obozach rodzina miała spotkać się dopiero po latach, w Ameryce.
Pierwsza trafiła tam pani Bożena z siostrami, jako ofiara zza drutów kolczastych. Do Ameryki przyjechała w roku 1947. Po latach prowadzonych wytrwale poszukiwań znaleziono też ślad matki i dziesięć lat później sprowadzono ją do Stanów. Pani Bożena była już mężatką, jej młodsza siostra właśnie wyszła za mąż, a najmłodsza wstąpiła do klasztoru. Raz jeszcze było to szokujące zetknięcie z ranami wojny. Dorosłym już kobietom z trudem przyszło rozpoznanie matki - zniszczonej przez wojenne cierpienia staruszki. Nic dziwnego, że misji upowszechnienia w Ameryce wiedzy i prawdy o rozmiarze cierpień ludzi podczas II wojny światowej poświęciła pani Bożena całe swe późniejsze życie.

Prawda o cierpieniu Polaków

Pani Bożena nawiązała bliskie kontakty z Ligą Katolicką w Nowym Jorku i rozpoczęła wyjazdy do różnych miejsc, szkół, kościołów i organizacji, gdzie tak przejmująco opowiadała o własnych i rodzinnych doświadczeniach z lat okupacji w Polsce i Europie, że w krótkim czasie zdobyła sobie renomę poszukiwanej i cenionej mówczyni. Tym bardziej że działo się to w czasach szybkiego wzrostu popularności tematu holokaustu, czyli odkrywania prawdy o zbrodniach i cierpieniach ludzi poddanych bestialskiej polityce III Rzeszy Niemieckiej.
Pani Bożena szybko znalazła uznanie renomowanych instytucji edukacyjnych, została m.in. członkiem Nassau Country Holocaust Commission w Nowym Jorku. U progu lat 90. podjęła się szerokiej misji zbierania "mówionej historii", czyli wyznań i wspomnień ludzi, którzy przed przyjazdem do Stanów przeszli przez okrutne doświadczenia wojny i okupacji hitlerowskiej, a także sowieckich łagrów. Od początku traktowała holokaust jako określenie cierpienia wszystkich ludzi, którzy zostali poddani ludobójczej polityce hitlerowskich Niemiec i sowieckiej Rosji. Nie budziło to wtedy żadnych zastrzeżeń nowo otwartego Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, które chętnie korzystało z gromadzonych przez panią Bożenę zapisów, historii i wspomnień. Środowisko, w którym pracowała, również bardzo ceniło jej oddanie sprawie. Miasto Hempstead ogłosiło ją z tej racji Kobietą Roku 1992, a rok później nowojorski Wydział Oświaty wyróżnił ją nagrodą imienia Louis E. Yavner. Otrzymała też honorowy medal Ellis Island, a w Polsce Lech Wałęsa przyznał jej Krzyż Zasługi za działalność służącą budowaniu pomostów pomiędzy Polakami a Żydami. W 1995 r. uznano ją za Honorową Sprawiedliwą wśród Narodów Świata, zaś lokalne dyplomy uznania od kongresmanów i senatorów trudno wprost zliczyć.

W radzie polsko-żydowskiej

W 1997 r. Bożena Urbanowicz-Gilbride włączyła się czynnie w działalność Krajowej Rady Amerykanów Polskiego Pochodzenia i Amerykańskich Żydów - kluczowej organizacji dialogu polsko-żydowskiego w tym kraju. Od samego początku mocno akcentowała potrzebę równego traktowania doświadczeń polskich i żydowskich, jako ofiar tego samego zbrodniczego systemu hitlerowskiego. Jako akt dobrej woli już na wstępie sfinansowała tablicę pamiątkową na terenie warszawskiego getta, sławiącą ludzi "Żegoty", którzy w czasie wojny pomagali ludności żydowskiej. W 1998 r. powstał z jej inicjatywy i za jej środki dokumentalny film "Żegota: Rada Pomocy dla Żydów w okupowanej Polsce", który jako pomoc edukacyjna trafił w Stanach Zjednoczonych do wielu środowisk, szkół i instytucji, służąc nieuprzedzonemu, sprawiedliwemu spojrzeniu na polsko-żydowskie relacje podczas ostatniej wojny.
W tamtych czasach pani Bożena udzielała się w radzie w różny sposób: jeździła z grupami i delegacjami do byłych obozów koncentracyjnych, w tym także oświęcimskiego, starała się pośredniczyć w konflikcie wywołanym wokół obecności Sióstr Karmelitanek w Oświęcimiu, przygotowywała wystawy o "mozaice ofiar Holocaustu", m.in. dla muzeum w Long Island oraz dla wielu nowojorskich instytucji.
Współpracowała też blisko z American Defamation League - żydowską organizacją strzegącą dobrego imienia i interesów żydowskich, przy opracowywaniu materiałów dla nauczycieli. Brała udział w dużych konferencjach eksponujących losy katolików w okupowanej Europie (m.in. w Greenboro w Północnej Karolinie).
Z natury entuzjastyczna i otwarta, Bożena Urbanowicz-Gilbride z wielką odwagą broniła swoich przekonań i wiary, że także holokaust stanowił wielką lekcję ludzkiej solidarności wśród ofiar i tych, którzy starali się przeżyć ten czas najgorszy z możliwych.

Coraz więcej roszczeń

Zmieniają się jednak czasy i zmienia się polityka. Sam, uczestnicząc w wielu spotkaniach dialogowych w Chicago i w Waszyngtonie, w tym także w posiedzeniach wspomnianej Rady Polaków i Żydów, czułem, jak niemiłej ewolucji zaczęło ulegać stanowisko żydowskich "partnerów". Agenda stawała się coraz bardziej zdominowana przez roszczeniowe i doraźne akcje środowiska żydowskiego, tak wobec Polski (zwrot mienia, rekompensata za straty wojenne), jak i środowisk polonijnych.
Ale pani Bożena Urbanowicz-Gilbride zawsze była wielką optymistką. Przekonywała mnie, że nasze miejsce w tym dialogu ma sens. Dysponowała solidnym atutem swojej obozowej przeszłości, pomocą rodziców dla Żydów w czasie wojny, wieloletnią współpracą z żydowskimi partnerami w nauczaniu o holokauście i ofiarach. Domagała się sprawiedliwego partnerstwa, dostrzegania historycznej prawdy o losie Polski i Polaków, bronienia ich przed coraz częstszymi fałszywymi oskarżeniami, a także jawnymi aktami bigoterii czy antypolonizmu. Czyniła to zawsze z podniesionym czołem i podziwu godną, rzadką w tym środowisku odwagą. Była osobą niezależną i finansowo na tyle samodzielną, że nie musiała - jak wielu innych działaczy polonijnych - usilnie zabiegać o względy żydowskich partnerów.
Jednak nadszedł moment, kiedy i ona nie zdołała dalej znosić piętrzących się objawów wrogości i braku tolerancji dla nie-Żydów w tym tracącym wciąż na wiarygodności, jednostronnym "dialogu". Występując w ubiegłym roku z wykładem o holokauście z jej perspektywy, zaproponowała uczenie o przykładach cierpienia Polaków i ich heroizmu w czasach holokaustu, na równi z doświadczeniami żydowskimi. To okazało się "za wiele" i wywołało wielki sprzeciw osób stojących u steru Rady Krajowej Polaków i Żydów. W liście skierowanym wiosną tego roku do p. Bożeny dwaj przewodniczący Rady - ze strony polskiej mec. John J. Pikarski Jr. z Chicago, z żydowskiej Martin I. Bresler - akcentując na wstępie "głębokie uznanie i podziw dla jej wytrwałych wysiłków", odrzucili możliwość ogłoszenia jej stanowiska na temat stosunków polsko-żydowskich i zaprezentowania jej programu nauczania o holokauście na stronie internetowej Rady - jako materiału "nie służącego najlepszym jej interesom". Uczynili to, jak stwierdzili, "po dyskusji z szeregiem liderów Rady i głębokim przeanalizowaniu własnego sumienia". Poglądy wypowiedziane przez p. Gilbride uznano za zasadniczo sprzeczne z misją, jakiej służyć ma dialog i działalność Rady Polsko-Żydowskiej.
"Jesteśmy przekonani, że centralny wątek Pani prezentacji pozostaje w sprzeczności z wieloletnią tradycją pojmowania Holocaustu" - piszą panowie Pikarski i Bresler.
Pojęcie to, zdaniem przewodniczących, "specyficznie i wyłącznie" odnosić się może tylko do "wymordowania Żydów przez hitlerowskie Niemcy". Te losy są "nieporównywalne" i "szczególne", a zatem nie mogą być przeniesione na innych. Utrzymują oni dalej, że "nie zamierzają bynajmniej uszczuplić ani pomniejszyć obrazu traktowania Chrześcijan w tym mrocznym okresie dziejów Europy", a historię "nadzwyczajnych cierpień Polaków, którzy stracili trzy miliony Chrześcijan należy opowiedzieć szerszemu gremium". Co więcej, są oni "świadomi ważnej pomocy i wielkiej osobistej ofiary polskich Chrześcijan, którzy zdecydowali się ratować Żydów w trakcie wojny". Jedynie tego rodzaju "sugestie programowe mogą być zgłoszone dla kontynuowania podobnych wysiłków".

"Naród wybrany" także w cierpieniu

Jak komentuje sama p. Urbanowicz-Gilbride w swoim oświadczeniu, podobne stanowisko zajął działający w Radzie od lat ks. John Pawlikowski z Chicago. Przypomniał on, jako członek Rady Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, że polityka prowadzona przez te instytucje określa wyłącznie Żydów jako ofiary holokaustu. Dla "innych" jest w Muzeum "inne miejsce". Jakie - pisze o tym otwarcie i z goryczą pani Bożena. A zatem także w ofierze i cierpieniu Żydzi mają pozostać "narodem wybranym". Cierpienia "innych" są też "inne", a zatem jakby gorszej kategorii.
Przeciwko temu rozróżnieniu, które głęboko sięga także w ocenę jej własnej przeszłości obozowej, protestuje obecnie Bożena Gilbride. Nie jest to spór czysto osobisty ani tym bardziej formalny. Nie tylko ona odnosi wrażenie, że po 58 latach od zakończenia wojny powiększa się dystans pomiędzy tymi, którzy cierpieli w wielu krajach Europy z rąk tych samych niemieckich oprawców. Dziś wydaje się, że tylko jedna grupa zasługuje na instytucjonalną pamięć i celebrację - ofiary pochodzenia żydowskiego. Tego podziału nie było po wojnie, nie było też przez długie dekady po niej. Ta jawnie podporządkowana dzisiejszej polityce ideologia, konsekrowany "mit Holocaustu" wyrósł dopiero w ostatnich dekadach, na naszych oczach.
Bożena Urbanowicz-Gilbride woła dziś o powrót do historycznych źródeł i faktów, do widzenia kwestii zbrodni i ofiar w sposób dziejowo sprawiedliwy, pozbawiony jawnej politycznej dyskryminacji.
To bardzo odważny i głęboko uzasadniony głos, który nie może przejść niezauważony. Nie możemy pozwolić, aby polskie cierpienia były traktowane jako drugorzędne, by je pomniejszano, fałszowano i lekceważono. Jeśli sami nie będziemy tej prawdy bronić, z pewnością nie uczynią tego wszyscy ci, którzy dziś chętnie wynajmują się innym środowiskom do służenia w interesach sprzecznych z polskimi. To zjawisko ma coraz większy rozmiar, tak w kraju, jak i w Ameryce. Jeśli nie podejmiemy tego wysiłku dziś, jutro może być już za późno.

Wojciech A. Wierzewski, Nasz Dziennik, 2003-06-17