Podróże z

Kapuścińskim
Reporter „musi wszystkiego doświadczyć na własnej skórze”

 

 

 

Był bożyszczem zarówno w Polsce, gdzie mieszkał i pisał przez połowę lat 90., jak i wśród korespondentów w Afryce, gdzie spędził resztę tamtej dekady. Wszyscy piszący o Afryce dziennikarze mają na swoich półkach książki dwóch obowiązkowych autorów: Grahama Greene’a i Ryszarda Kapuścińskiego.

 

 

Coś jest w tych ostrych zimach na wschodnioeuropejskich wyżynach, leżących bezbronnie pomiędzy Berlinem i Moskwą. Coś jest w tych chłopskich chatach i betonowych blokach, przesyconych wonią zawilgoconych ubrań, straconych złudzeń i gotowanej kapusty. To „coś”, od czasu do czasu, budzi w jakimś młodym pisarzu literacki fenomen czy miłość do podróżowania. Albo - jak w przypadku polskiego pisarza Ryszarda Kapuścińskiego i jego literackiego poprzednika, Josepha Conrada – jedno i drugie.

W środę, 24 stycznia, Ryszard Kapuściński zmarł w Warszawie w wieku 74 lat. Pisał o rzeczach niebywałych. Był dziennikarzem... w pewnym sensie. Reporter „musi wszystkiego doświadczyć na własnej skórze” – notował w Lagos podczas choroby, wynikłej z zakażenia krwi. Pisał depesze z przewrotów w dziesiątkach krajów w Afryce, Ameryce Łacińskiej i na Środkowym Wschodzie, a następnie przeobrażał je w genialne książki: „Cesarza”, „Wojnę futbolową”, czy „Szachinszacha”. Opowiadają one o zrodzonej przez totalitarny ustrój rozpaczy i nędzy, a także o ludzkiej naturze.

Kapuściński traktował swoje polskie pochodzenie jako soczewkę, przez którą obserwował świat. Polacy są narodem, który wielokrotnie pojawiał się i znikał z map świata. W tym sensie Polska jest bardziej stanem umysłu, niż politycznym bytem. Kapuściński tłumaczył Polskę na kraje trzeciego świata, o których pisał. W ten sposób zarówno produkt wyjściowy, jak i końcowy, zyskiwały szczególną wyrazistość.

Przykład:

„(...) muszę objaśnić cię, przyjacielu, że myślenie było w tamtych czasach dotkliwą niedogodnością, a nawet kłopotliwą ułomnością (...)”

Powyższe słowa wypowiada w książce „Cesarz” człowiek zatrudniony w pałacu rządzącego Etiopią Haile Selassie. W ten sposób pracownik pałacu opisywał Kapuścińskiemu obłąkańczą naturę totalitaryzmu. Tych samych słów mógł użyć w stosunku do rządzonej przez komunistów Polski. Doskonale rozumiejący ten niuans Polacy zaczytywali się w książkach Kapuścińskiego, kontemplując ich drugie dno. Kapuściński nie pisał jednowymiarowych książek. Wielcy pisarze nigdy tego nie robią.

Urodził się w Pińsku, który wtedy należał do Polski, a obecnie do Białorusi. Jego rodzice byli nauczycielami. Kiedy przeprowadzili się do Warszawy, mieszkali nieopodal żydowskiego getta. Młody Kapuściński był świadkiem niejednej egzekucji. Jego ojciec aktywnie udzielał się w podziemiu. Pod wpływem tych doświadczeń Kapuściński zaczął pisywać do komunistycznej prasy.

Pracował dla Polskiej Agencji Prasowej (PAP), która była uboższą wersją rosyjskiej „Prawdy”. W latach 60., PAP zaczęła wysyłać Kapuścińskiego do Afryki i Ameryki Łacińskiej, aby relacjonował wydarzenia związane z końcem kolonializmu, porażką Złego Zachodu i tym podobne sprawy, na które miała zapotrzebowanie komunistyczna propaganda. Będąc jedynym polskim korespondentem, funkcjonował w tych krajach jako jednoosobowa zagraniczna agencja informacyjna.

Chociaż zachodni reporterzy posiadali więcej pieniędzy, więcej czasu i większe wpływy, Kapuściński docierał do podrzędnych urzędników elity lub po prostu włóczył się wśród żołnierzy i zabójców na usługach władzy. I słuchał.
 
W 1976 roku, na etiopsko-somalijskiej granicy, pisał:

„Samolot odleciał, zostaliśmy sami, w słońcu, z trucizną. Przykryliśmy głowy gazetami, żeby wytrzymać roztopiony żar, żeby nie upaść, tak było gorąco. Dookoła płonęła pustynia Ogadenu, teraz, w samo południe, nie widziało się śladu życia. Mieliśmy przed sobą obraz najprostszy, zredukowany do dwóch płaszczyzn: na dole – pasmo ziemi, wyżej, w nieskończoność – obszar nieba. Pośrodku dwie krople potu – Marcos i ja”.

Posiadał stalowe nerwy (raz o mało nie został spalony żywcem przez żołnierzy), odporny żołądek (nie uwierzylibyście, co musiał jadać), olbrzymi narracyjny talent oraz wyjątkowy sposób patrzenia na świat.

Oto jak opisał zbliżającą się śmierć jednego z uczestników wojny pomiędzy Hondurasem i Salwadorem:

„(...) przyglądali się rannemu w skupieniu, panowała cisza. Tamten oddychał już coraz wolniej, głowa odchylała się do tyłu. Żołnierze siedzieli albo cisnęli się skuleni, jakby dogasło ognisko i wionęło chłodem. W końcu, ale to jeszcze trwało długą chwilę, ktoś odezwał się:

- Nie ma człowieka. Wszystko z niego poszło.

Stali jeszcze jakiś czas, z lękiem przyglądając się martwemu, a potem stwierdziwszy, że już nic tu więcej nie będzie się działo, zaczęli się rozchodzić”.

Kapuściński nie mógłby wydarzyć się w Stanach Zjednoczonych: Amerykanie są zbyt dosłowni. Chcą czytać w relacjach reporterskich o tym, co się naprawdę zdarzyło, o faktach. Żadnych pogłosek, o których pisał Kapuściński. Chcą konkretnych bohaterów, zamiast bohaterów zbiorowych, których pisarz upychał w jedną osobę (nie informując, czytelnika o tym zabiegu) i obszernie ją cytował. Kiedyś przyznał, że nigdy nie robi notatek podczas swoich wywiadów.

- Nie spisuję rozmów – wyznał dziennikarzowi „Vanity Fair” w 1991 roku. – Z rozmowy z każdym człowiekiem staram się zapamiętać jedną, góra dwie istotne rzeczy.

Przecież i tak nikt nie mógłby potwierdzić lub zaprzeczyć, że dziennikarz źle zacytował jakiegoś bezimiennego człowieka spotkanego na pustkowiach Afryki lub w miejskiej dżungli Ameryki Łacińskiej.

Miał rację Salman Rushdie, kiedy powiedział, że Kapuścińskiego nie czyta się w poszukiwaniu faktów. Czyta się go po to, aby na przykładzie jakiegoś zapomnianego miejsca, przekonać się jak funkcjonuje cały świat. Rushdie porównał prozę Kapuścińskiego do rozkręcania zegarka, aby zobaczyć jak działa w nim każda najmniejsza śrubka.

Oto jeden pełny rozdział, jaki wyszedł spod pióra Kapuścińskiego:

“Walizkę zapakować - rozpakować, zapakować - rozpakować, zapakować, maszyna do pisania (Hermes Baby), paszport (SA 323273), bilet, lotnisko, schodki, samolot, zapiąć pasy, start, odpiąć pasy, lot, kołysanie, słońce, gwiazdy, kosmos, biodra spacerujących stewardess, sen, chmury, spadające obroty silników, zapiąć pasy, zniżanie, kołowanie, lądowanie, ziemia, odpiąć pasy, schodki, lotnisko, książeczka szczepień, wiza, cło, taksówka, ulice, domy, ludzie, hotel, klucz, pokój, duszno, pragnienie, inność, obcość, samotność, czekanie, zmęczenie, życie”.

Reporterska ciekawość świata
Fragment książki "Autoportret Reportera"

 

zdjęcie

 

 

Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat. I to też trzeba cenić. Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać, nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakaś prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.

Ryszard Kapuściński


 


Pisanie wierszy zaczęło się spontanicznie, bez żadnych marzeń, oczekiwań. Pisałem wiersze, ale wszystkie bardzo złe. Byłem wtedy pod wpływem Majakowskiego, ale udawało mi się naśladować tylko jego „schodki”. Wiersze były najczęściej okolicznościowe i to właśnie one wprowadziły mnie do dziennikarstwa, jeszcze w czasach szkolnych. Gdy tworzono redakcję „Sztandaru Młodych”, zaproponowano mi pracę. Powiedziałem, że muszę zrobić maturę, poczekano więc na mnie. Dosłownie następnego dnia po zdaniu wszystkich egzaminów zacząłem pracować w redakcji. To, że zostałem dziennikarzem, zawdzięczam poezji, nie najlepszej, ale za to mojej. A marzyłem, żeby grać w reprezentacji Polski na pozycji bramkarza.

 

Urodziłem się na Polesiu. Jestem w ogóle wykorzenionym człowiekiem. Z mojego rodzinnego miasteczka, Pińska, rozpocząłem wędrówkę. Jako dziecko wędrowałem całą wojnę. Ciągle uciekaliśmy: najpierw z Pińska na stronę niemiecką, a potem przed Niemcami. Zacząłem moje wędrowanie, mając lat siedem, i wędruję do dnia dzisiejszego.
Kiedyś często mnie pytano – a zdarza się to i teraz – czy nie zamierzam emigrować. A ja odpowiadam: przecież już wyemigrowałem. Mój dom jest gdzie indziej, w innym państwie. Ja muszę podróżować, muszę jeździć. Kiedy posiedzę w jakimś miejscu, niekoniecznie w Polsce, gdziekolwiek, zaczynam się nudzić, zaczynam być chory, muszę jechać dalej. Strasznie jestem ciekaw świata. Zawsze ubolewałem, że jeszcze nie byłem tu i tam.

Reporterska ciekawość świata to rzecz charakteru. Są ludzie, których świat w ogóle nie interesuje. Własny świat uważają za cały świat. I to też trzeba cenić. Konfucjusz powiedział, że świat najlepiej poznawać, nie wychodząc ze swojego domu. Jest w tym jakaś prawda. Nie trzeba koniecznie podróżować w przestrzeni. Można odbywać podróże w głąb własnej duszy. Pojęcie podróży jest bardzo rozciągliwe i zróżnicowane.
Są jednak ludzie, którzy muszą poznawać świat w całej jego różnorodności – stanowi to część ich natury. Takich ludzi nie jest wielu.
Są różne podróże. Większość ludzi – statystyki mówią, że aż dziewięćdziesiąt pięć procent – wyjeżdża po to, aby odpocząć. Chcą mieszkać w luksusowych hotelach na skraju plaży i smacznie jeść. A czy to będą Wyspy Kanaryjskie, czy Fidżi, jest dla nich sprawą drugorzędną. Młodzi ludzie chętnie podróżują wyczynowo, podejmują na przykład próby przejechania Afryki z północy na południe albo przepłynięcia Dunaju kajakiem. Nie interesują ich ludzie spotkani po drodze, ich celem jest sprawdzenie się i satysfakcja z pokonywania trudności. Niektóre podróże wynikają z charakteru pracy lub z przymusu – przemieszczanie się pilotów samolotów i uchodźców to także swoisty rodzaj podróżowania. Dla mnie najcenniejsze są podróże reporterskie, etnograficzne, antropologiczne, których celem jest lepsze poznanie świata, historii, przemian, które się dokonują, a potem dzielenie się zdobytą wiedzą. Wymagają one skupienia i uwagi, ale dzięki nim mogę lepiej zrozumieć świat i rządzące nim prawa.

 

Im lepiej zna się świat, tym bardziej rośnie w nas poczucie jego nieznajomości i przekonanie o jego ogromie, i to nie przestrzennym, ale o bogactwie kulturowym, tak olbrzymim, że nie da się go zewidencjonować. W czasach Jamesa Frazera, kiedy pisał Złotą gałąź, kiedy wielu antropologów XIX wieku myślało, że na świecie żyje określona liczba plemion czy narodów, próba ich klasyfikacji czy opisu była jeszcze możliwa. Dzisiaj mamy świadomość, że kulturowość świata jest nieskończona w swoim ogromie, w swoim bogactwie. Myślę, że po przeszło czterdziestu pięciu latach dość intensywnego jeżdżenia świata właściwie nie znam, choć o wiele lepiej go znam niż ci, którzy niewiele jeździli.

Moją główną ambicją jest pokazać Europejczykom, że nasza mentalność jest bardzo eurocentryczna, że Europa, a raczej jej część, nie jest jedyna na świecie. Że Europa jest otoczona przez niezmierną i wciąż wzmagającą się różnorodność kultur, społeczeństw, religii i cywilizacji. Życie na planecie, na której jest coraz więcej wzajemnych powiązań, wymaga tej świadomości i dostosowania się do radykalnie nowych warunków globalnych.

W przypadku podróży reporterskiej nie ma mowy o jakiejkolwiek turystyce. Podróż reporterska wymaga ciężkiej pracy i wielkiego przygotowania teoretycznego. Zdobycia wiedzy o terenie, na który się jedzie. Podróż ta nie zna relaksu. Odbywa się w pełnej koncentracji, skupieniu. Musimy mieć świadomość, że miejsce, do którego dotarliśmy, być może jest nam dane tylko raz w życiu. Nigdy tu nie wrócimy, a mamy godzinę, żeby je poznać. Przez godzinę musimy wszystko zobaczyć, zapamiętać, usłyszeć, utrwalić nastrój, sytua­cję, atmosferę.

Reporterska podróż po świecie, jeśli wyjechać poza krąg Europy i USA, jest podróżą ciężką, nieraz morderczą, bo świat jest źle komunikacyjnie zorganizowany. Reportera czeka ogromny wysiłek logistyczny, fizyczny i intelektualny. Podróż reporterska wyczerpuje i wycieńcza. W czasie ostatniej podróży do Afryki straciłem dziesięć kilogramów. Podczas ostatniej podróży do Azji – sześć kilo. Jeśli ktoś dowie się, że reporter był w Kongo, i mówi: a, ja też tam byłem i zwiedzałem, to mówi o dwóch różnych rzeczach. To jest zupełnie inny typ doświadczenia i percepcji świata. Dlatego reporterskie podróżowanie wymaga pewnej nadwyżki emocjonalnej, wymaga pasji. Oprócz pasji nie ma innego powodu, żeby to robić. Stąd ludzi uprawiających poważny reportaż w skali światowej jest niewielu. Za to wielu takich, którzy po pewnym czasie mówią: dość, wycofują się, robią co innego. Z grupy reporterów jeżdżących po świecie w latach sześćdziesiątych pozostałem tylko ja. Inni są dyrektorami sieci telewizyjnych, stacji radiowych, redaktorami naczelnymi wydawnictw i gazet. To już są ludzie osiadli. Trudno mieć o to pretensje, taka jest specyfika tej profesji. Można ją porównać do zawodu pilota oblatywacza: wykonuje się go tylko do pewnego czasu. (...)

Jestem historykiem z wykształcenia, ale w ­historii fascynuje mnie to, jak się ona tworzy, jak reagują ludzie. A żeby o takiej historii pisać, oczywiście trzeba być w środku wydarzeń, bo potem i z zewnątrz to wszystko inaczej wygląda. A ja mam silną potrzebę empatii, muszę to przeżywać razem z tymi ludźmi, to mi jest w jakiś sposób potrzebne.

Studiując, miałem teoretycznie do wyboru karierę pedagogiczną albo akademicką, ale mnie – jako urodzonego reportera – fascynowało już wtedy samo dzianie się historii. Historia, która się tworzy, którą możemy obserwować, w której sami możemy uczestniczyć. I taką historią były narodziny Trzeciego Świata. Połowa naszego wieku, lata pięćdziesiąte zaznaczone historyczną konferencją w Bandungu w 1955 roku, którą się przyjmuje jako moment narodzin Trzeciego Świata, moment narodzin pewnej kultury, pewnej samoświadomej sytuacji. Pierwsza moja podróż do Azji w 1956 i późniejsze podróże do Afryki uświadomiły mi, że jestem świadkiem niezwykłego wydarzenia, które jest jednym z najważniejszych momentów historii XX wieku. Zwykle mówi się o historii dwóch wojen światowych czy historii systemów totalitarnych, nazizmu i komunizmu, a mało podkreśla się fakt, że XX wiek to między innymi narodziny Trzeciego Świata, nowej mapy polityczno-geograficznej ludzkości. Miałem szczęście, że byłem świadkiem tego historycznego fenomenu, historii, która się staje, kształtuje, typu historii nieksiążkowej, nieakademickiej.

Literaturze łatwiej jest zajmować się rzeczami stabilnymi, wielka literatura zawsze była opisywaniem społeczeństw stabilnych. Przykładem choćby Buddenbrookowie Tomasza Manna: jest dom, w tym domu panują określone obyczaje, stosunki między osobami są znane. Tu nie może wydarzyć się nic nadzwyczajnego, nie może być żadnej niespodzianki. Autor siada za biurkiem i spokojnie opisuje ten mieszczański, ułożony i zhierarchizowany świat.

Piszący o współczesności ma natomiast do czynienia z domem wariatów, w którym rozpoczął się bunt pacjentów, wybuchł pożar, zalało piwnicę, a sytuacja zmienia się co pięć minut. Dlatego opisywanie teraźniejszości jest bardzo trudne, ale dla autora zmierzenie się z tym wyzwaniem to tym większa pokusa i ambicja. Można oczywiście uznać, że problem nie istnieje, że nasze czasy nie różnią się od innych, bo mocarstwa powstawały i upadały od zawsze, można też odciąć się od rozważań na ten temat i zająć pobocznymi nurtami rzeczywistości. Myślę jednak, że próba uchwycenia momentu wejścia w nową fazę rozwoju ludzkości, próba udowodnienia istnienia takiego fenomenu i opisania go jest czymś ważnym i zarazem fascynującym, czymś, czemu warto się poświęcić.

Dzisiaj każda książka o współczesności może być tylko tekstem otwartym, pierwszym tomem jakiegoś nieistniejącego cyklu. Następne tomy będzie dopisywać historia, a ich autorami mogą być zupełnie inni ludzie. Musimy się pogodzić z tym, że publikujemy książki niedokończone.

Pisząc o współczesności, musimy mieć zatem świadomość niedoskonałości naszych pisarskich instrumentów, musimy nieustannie zastanawiać się, w jaki ­sposób wzbogacić nasz warsztat, aby był zdolny oddać rzeczywisty sens dziejącej się historii. Pracując nad Imperium, wiedziałem, że muszę się z tymi problemami zmierzyć. Nie chodziło mi o to, żeby po prostu napisać książkę, i nawet nie o to, żeby była lepsza czy gorsza. Miałem świadomość, że chodzi o sprawę znacznie większą – o nasz sposób myślenia, o granice naszej wyobraźni, o możliwość pokuszenia się o przybliżoną odpowiedź na pytanie, jakimi drogami rozwoju pójdzie świat.

Pisząc, zawsze stykamy się z zagrożeniem spłaszczenia przeszłości, rozmywania historii, która jest przecież niesłychanie różnorodnym procesem, łączącym wiele elementów. Jeżeli patrzymy nań z dalszej perspektywy czasowej, to istnieje niebezpieczeństwo, że zobaczymy to wszystko spłaszczone i wyrównane. I wtedy te najróżniejsze elementy – nadzwyczajne i płaskie, i dobre, i złe – utworzą pewną przeciętną. I dlatego najbliższe życia, rzeczywistości wydaje mi się pisanie o danym momencie, takim, jakim on jawił się nam wówczas, kiedy się dział, a nie takim, jakim się go widzi z perspektywy, powiedzmy, kilku dziesiątków lat. W innym przypadku zgubimy jego specyfikę, koloryt, sens. I tak na przykład – sensem polskiego Sierpnia było to, że wydarzenia na Wybrzeżu stały się niezwykłym odbiciem od szarzyzny lat siedemdziesiątych, to znaczy od płaskości, poniżenia, robolstwa, rozpicia. Pojechałem do stoczni na strajk i co widzę? Tych samych stoczniowców, których mogłem oglądać dwa tygodnie wcześniej, ale nagle przemienionych w anioły. Nie piją, nie kradną, wszyscy sobie pomagają. I to jest piękny moment.

Bardzo cenię francuską szkołę Annales. Należę do miłośników Blocha, Braudela, Febvre’a i reprezentowanego przez nich sposobu myślenia, polegającego na próbach budowania obrazu całości ze szczegółów i wydobywaniu z dziejów elementów trwających przez długie okresy, niezmiennych. O wydobywanie tych elementów chodziło mi również przy pisaniu Imperium. Nie ma już komunizmu, nie ma Gorbaczowa, wkrótce może nie być Jelcyna, ale ta babcia, którą gdzieś tam na Syberii odnajduję, jej drewniany domek, bieda, która tam panuje, i sposób myślenia babci, jej mentalność, jej próby znalezienia ładu wewnętrznego, spokoju i odporności na przeciwności losu – to było zawsze, jest i myślę, że jeszcze długo będzie.


Tymczasem środki masowego przekazu stworzyły wizję świata bardzo politycznego, chaotycznego i zupełnie oderwanego od „długiego trwania”, czyli od instytucji społecznych, postaw, mentalności i kłopotów zwykłych ludzi, którzy stanowią dziewięćdziesiąt dziewięć procent każdego społeczeństwa.

Dlaczego jestem pisarzem? Dlaczego tyle razy ryzykowałem życie, podchodziłem tak blisko do umierania? Czy po to, żeby złożyć sprawozdanie z tajemnic losu lub zarobić na pensję? Moja praca to powołanie, to misja. Nie poddałbym się tym niebezpieczeństwom, gdybym nie czuł, że jest to coś niezwykle ważnego, że dotyczy historii, nas samych – tak, że czułem się zmuszony przez to przejść.
To więcej niż dziennikarstwo.

 

Odszedł wielki pisarz

 

Infonurt2 :

Jesteśmy narodem Emigracji : wewnętrznej bo pod okupacją zaborców ( aktualnie reżim żydowski wspierany przez tajne słuzby PRL i kler ) i z naszego nie lub przymuszonego wyboru - Emigracją Zewnetrzną . W każdym polskim domu Kapuściński i jego ksiązki powinny stać na półkach naszej rodzinnej biblioteki. On  drogo zapłacił  otwierając przed nami kulisy wspołczesnego świata.... Rozumiejąc go – pozwoli nam na lepsze życie..