Ja ciebie nie potępiam…


Ksiądz Tomasz J. Król, proboszcz parafii św. Tomasza Apostoła, Warszawa Ursynów

"Szymonie! Szatan
zapragnął przesiać was jak pszenicę"
(por. Łk 22, 31).
To niemożliwe!
A jednak.
Tej nocy opuścicie mnie
wszyscy.
Co mówisz, Panie!
Może i wszyscy - ale nie ja.
Oj, Szymonie, Szymonie!
Zbyt pewny jesteś siebie.
Panie, ja za Ciebie życie oddam,
do więzienia pójdę!
Mówię ci, Szymonie;
kogut nie zdąży dwa razy zapiać,
a ty trzy razy mnie się wyprzesz.
Panie! Nie mów tak.
Ale ty, Szymonie pamiętaj!
Kiedy się nawrócisz,
utwierdzaj braci swoich.
Nie miał racji Piotr,
zapewniając Jezusa
o swojej wierności.
Cóż możemy powiedzieć,
Siostro i Bracie,
o swojej przyszłości,
o swojej wierności Bogu
o wierności człowiekowi,
o dochowaniu wierności zasadom?
Przewidziałeś swój pierwszy grzech?
Nie mów:
ja bym tego nie zrobił,
ja bym się przyznał.
A ile nieszczerych,
może świętokradzkich spow iedzi,
bo wstydziłeś się przyznać do grzechu.
A Piotr grzał się przy ognisku (por. Mk 14, 67).
Wścibska niewiasta zagadnęła:
ty chyba należysz do jego grupy?
Nie wiem, co mówisz!
Nawet mowa twoja,
twój akcent
cię zdradza.
Niewiasto daj spokój.
Ja nie znam tego człowieka.
Przecież widziano cię w ogrodzie!
Nie, nie, zaklinam się,
nie znam Go!
A kogut zapiał...
Szloch!
Wspomniał na słowa,
które wyrzekł Jezus.
Wybiegł jak szalony.
A wtedy Jezus spojrzał na niego.
To spojrzenie nie miało nic
z potępienia Szymona Piotra.
Było to spojrzenie dobrego Pasterza,
który szuka zagubionej owcy.

Jeden z was mnie wyda!
Pytali jeden po drugim: (por. Mk 14,18)
czy to ja, Panie?
Judasz też zapytał:
czy to ja?
Tak, to ty!
Idź i czyń, co masz czynić.
Wyszedł. A była noc.
Noc na zewnątrz
i noc w jego wnętrzu.
Którego pocałuję,
to ten.
Witaj, Mistrzu!
Judaszu, czemu to robisz
z zimną krwią?
Czemu tyle bezczelności?
Przyjacielu, czemu mnie zdradzasz?
Tylko Bóg, który kocha,
może do zdrajcy mówić
- przyjacielu.
Nie nazywam was sługami,
ale przyjaciółmi.
Przyjaciela znaleźć
to skarb znaleźć.
Jezus, tak mówiąc do Judasza,
chciał go ratować przed nim samym.
Ale ten nie skorzystał.
Nie zdobył się na łzy żalu.
Targany wyrzutami sumienia
poszedł i powiesił się.

Widzisz różnicę!?
Szymonie, ty będziesz
nazywał się Piotr - Opoka,
i tobie dam klucze do mojego Królestwa!
Panie! Czy wiesz, komu powierzasz
rząd dusz?
Przecież to zdrajca,
zaprzaniec.
Drogi moje nie są jako drogi wasze
i myśli moje nie są jako myśli wasze.
Pamiętajcie!
Większa jest radość
u aniołów Bożych
z jednego nawracającego się
niż z tych, co się nie nawracają.
Każda moc w słabości się doskonali.
Słaby Judasz choć grał twardziela,
pozostał sam ze swoją słabością
i rozpaczą.

Wchodził Pan do miasta.
Zobaczył człowieka siedzącego na cle,
Mateusza, cwaniaka, kolaboranta.
Dziś powiedzielibyśmy,
że dopuszczał się korupcji.
Pójdź za Mną!
A on natychmiast wstał
i poszedł za Nim.
Zrzekł się dotychczasowej posady
dla Chrystusa.
Och, już to czuję,
jak w niejednym słuchaczu
budzi się niezadowolenie z takiej decyzji.
Niedzisiejszy.
Naiwniak.
I co z tego będzie miał?
Panie, jeśli skrzywdziłem kogoś,
w czwórnasób wynagrodzę...
Zrozumiałeś, Mateuszu!
Ale nie wszyscy zrozumieli Jezusa.
Oburzeni faryzeusze pytali uczniów:
"Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie
z celnikami i grzesznikami?" (por. Mt 9, 11).
A Jezus odpowiada:
"Nie potrzebują lekarza zdrowi,
lecz ci, którzy źle się mają...
Chciejcie zrozumieć, co znaczy:

Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary"
(Mt 9, 11-13).
Wydaje się to takie proste,
a jednak ludzie złej woli
nie chcą tego zrozumieć.
Być może, że i samych siebie
zrozumieć nie chcą.
"O brzasku zjawił się w świątyni...
Wówczas uczeni w Piśmie
i faryzeusze przyprowadzili do Niego kobietę,
którą dopiero co pochwycono na cudzołóstwie...
I powiedzieli: W Prawie Mojżesz
nakazał nam takie kamienować" (J 8.3,5).
O przewrotni krętacze!
A co Bóg powiedział?
"Nie pożądaj".
"Kto patrzy na niewiastę
i ją pożąda, dopuszcza się
cudzołóstwa" (Mt 5, 27-28).
O tym woleli milczeć.
Być może niejeden z nich
kupował ją za pieniądze.
Jezus prowokował chwilowym milczeniem
i pisaniem na piasku.
Żeby myśleć
- trzeba uwolnić się od emocji.
"Kto z was jest bez grzechu,
niech pierwszy rzuci w nią kamieniem".
I znowu czekał.
A oni jak szczury pokładowe
jeden po drugim
zaczęli odchodzić.
"Nikt cię nie potępił?
Nikt, Panie! - odpowiedziała.
I ja ciebie nie potępiam.
Idź i odtąd już nie grzesz".
Pobłażliwość?
A może nic się nie stało?
Ależ tak!
Był grzech.
Jezus nie zaprzeczył.
Od grzechu większa jest miłość
- Jego miłość miłosierna.
Tylko Święty Bóg
zdolny jest przebaczać,
a nie potępiać.
Niekiedy i człowiek,
który zapatrzył się
na Boga.

Piękny przykład
z polskiej literatury:
Jurand ze Spychowa
utracił swoją córkę - Danuśkę.
Porwali ją Krzyżacy,
spalili dobytek,
Jurandowi wypalili oczy,
wycięli język, upodlili.
A kiedy miał sposobność
pomścić wroga, zachował się
jak uczeń Chrystusa.
Mając miecz w ręku,
nie przebił nim winowajcy.
Rozciął więzy,
którymi ten był skrępowany,
i puścił go wolno ("Krzyżacy").
Narodowego bohatera
Romualda Traugutta
zdradził przyjaciel.
Targany wyrzutami sumienia
przyszedł do skazanego
na śmierć Traugutta
i prosił o przebaczenie.
"Niech ci Bóg wybaczy,
jak i ja ci wybaczam".

Szymonie, synu Jana,
Czy ty Mnie miłujesz?
Nie pytaj, Panie!
Przecież Ty wszystko wiesz,
Ty wiesz, że Cię miłuję.
Paś owce moje i baranki moje.

"Tak kamienowali Szczepana...
Szaweł zaś zgadzał się
na zabicie go.
"Szawle, Szawle, dlaczego Mnie
prześladujesz?".
Kto jesteś, Panie?
Ja jestem Jezus,
którego ty prześladujesz.
"Wstań i wejdź do miasta,
tam ci powiedzą, co masz
czynić".
Pan Jezus skierował,
w widzeniu,
słowo do Ananiasza:
"Ananiaszu... idź na ulicę
Prostą i zapytaj w domu Judy
o Szawła z Tarsu...".
"Panie... ten człowiek wyrządził dużo zła
Twoim Świętym w Jerozolimie.
Ale i tutaj ma władzę, by więzić wszystkich,
którzy wzywają Twego imienia".
Ananiaszu, ty niczego nie rozumiesz.
Ja wiem, co robię. Ja go znam lepiej.
"Idź - odpowiedział Pan - bo wybrałem
go sobie jako narzędzie.
On zaniesie imię Moje do pogan
i królów i do synów Izraela" (por. Dz 7,59; 8,1;9,4 i nn.).

Naprawdę niezrozumiała
jest ta Twoja filozofia, Panie.
Wybierasz, kogo chcesz.
Twój wybór i decyzja są suwerenne.
A tyle histerii wokół arcybiskupa Warszawy.
Był tajnym współpracownikiem
czy nie był?
Podpisał?
I co podpisał?
Donosił czy też nie?
Czemu skłamał?
Medialni inkwizytorzy wydali wyrok: winien.
A więc powinien ustąpić!
Każda metoda dobra.
Nawet wezwanie do modlitwy,
aby arcybiskup zrezygnował z ingresu.
O głupi i serca leniwego!
Czyż podczas procesu Jezusa
nie powoływano się
na wątpliwej jakości świadków
albo też na prawo i proroków?
Uczeni w prawie i faryzeusze
podburzali tłum,
aby wymógł na Piłacie wyrok.
Obecni oskarżyciele kalkulowali,
snuli różne insynuacje:
na pewno Ojciec Święty
wszystkiego nie wiedział,
być może nuncjusz czegoś nie dopatrzył,
wreszcie, może sam arcybiskup coś zataił.
Tyle nierozwiązanych dylematów.
Łamali sobie głowy
medialni inkwizytorzy,
próbowali przekonywać:
czytelników,
słuchaczy i widzów,
o swoim zatroskaniu,
a jakże,
o dobro Kościoła,
który - ich zdaniem
- popadł w taki kryzys,
że być może
już się nie podniesie.

14 kwietnia 1950 r.
Arcybiskup Stefan Wyszyński,
Prymas Polski,
podpisał z reżimem komunistycznym
"porozumienie".
Był krytykowany
za naiwność i zbyt daleko
idący kompromis z ówczesnym reżimem.
Nawet książę arcybiskup Sapieha
z Krakowa
nieufnie odniósł się do tego przedsięwzięcia,
zagraniczni żurnaliści nazywali go
czerwonym kardynałem.
Ale i on sam liczył się z tym,
że to może się skończyć niepowodzeniem,
a nawet męczeństwem.
Jednak usiłował "zyskać czas,
aby wzmocnić siły
do obrony Bożych pozycji" (Zapiski więzienne).

25 września 1953 r.
Aresztowanie Prymasa Polski.
Wielokrotnie wspominał,
że tylko pies Baca
i prałat Zynk,
autochton z Olsztyna,
stanęli w jego obronie.
A gdzie byli wtedy biskupi?
Opuścili go - jak uczniowie Chrystusa.
Gorzej - podpisali Deklarację
- w której choć nie wprost,
to jednak pośrednio
odcinali się od linii Prymasa,
potępili "fakty ujawnione w procesie
biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka"
- proces ten zresztą był farsą:
zagrożono też duchowieństwu
karami kanonicznymi
za wkraczanie "na drogę szkodzenia ojczyźnie".
Uwięziony Prymas
tak się modlił:
"Dziękuję Ci, Mistrzu, za to,
żeś mój los tak bardzo upodobnił
do Twojego...
Opuścili Cię Twoi Apostołowie,
jak mnie opuścili biskupi,
opuścili Cię uczniowie,
jak mnie moi kapłani.
I jedni, i drudzy poddali się trwodze.
Pozostała przy Tobie garstka niewiast;
Widzę je i przy sobie.
Przy mnie została gromadka
świeckich katolików,
wcale nie najmocniejszych,
którzy mają odwagę
przyznać się do mnie" (Zapiski więzienne).

W święto Chrystusa Króla,
28 października 1956 r.,
wraca Prymas do Warszawy.
Wielu oczekiwało,
że teraz rozprawi się z biskupami.
Zawiedli się.
On stanął w ich obronie w kraju
i w Watykanie.
"Zdawałem sobie dobrze sprawę z tego,
że biskupi zachowali się zbyt miękko,
że dali się łatwo zastraszyć...
Ale postawiłem sobie za zadanie
uratować jedność Episkopatu,
nawet własnym kosztem.
Nie mogłem prowadzić porachunków,
gdyż to dogadzałoby wrogom Kościoła.
Wolałem osąd zostawić Panu Bogu..."
- tak mówił kardynał
do jednego z urzędników
watykańskich
(por. J. Zabłocki, Prymas Stefan
Wyszyński).
To był naprawdę mąż stanu.
To był prawdziwy vir iustus
- mąż sprawiedliwy.

Jakże trzeba się nam wszystkim
uczyć takiej postawy chrześcijańskiej.
Zapominacie, zaślepieni nienawiścią
inkwizytorzy,
że Kościół jest Chrystusa
i Duch Święty nim kieruje!
Na szczęście!
Bóg czasami dopuszcza
różne doświadczenia,
a nawet i zgorszenia,
aby tym bardziej okazała się
Jego moc.
Szkoda,
że do tego histerycznego jazgotu
przeciw arcybiskupowi Wielgusowi
przyłączyli się niektórzy duchowni
z dolnej i górnej półki.
Wstyd!
Mawiał Wielki Prymas Tysiąclecia:
"Nie należy kopać leżącego",
nawet gdyby był to przeciwnik.
Niby nie ma już SB
i tajnych współpracowników.
Okazuje się,
że można być za to
jawnym współpracownikiem
jakichś utajnionych służb.
Języki - bez przymusu - same się rozwiązują.
Mamy więc do czynienia
z grzechem pomówienia.
Gdzieś nam wszystkim uleciało z pamięci
Chrystusowe:
"Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni"
oraz "jeśli nie przebaczycie z serc waszych
waszym winowajcom,
to i Ojciec niebieski wam nie przebaczy".

Zapowiadany na 7 stycznia 2007 r.
ingres nowego arcybiskupa
do warszawskiej archikatedry
się nie odbył.
Istny chocholi taniec niechęci
sprawił,
że arcybiskup Stanisław zrezygnował.
Część uczestników tej żałosnej uroczystości,
uniesiona szatańską radością,
oklaskiwała tę rezygnację.
Wypełniło się!
Wydawało mi się,
jakby na chwilę powstał z grobu
cuchnący trup starego systemu,
a widmo esbecji zawirowało nad głowami.
Kiedy tak fetowali swoje "zwycięstwo",
inni ze łzami w oczach
stali bezradni jak Maryja
pod krzyżem Chrystusa.
Po prostu byli
z arcybiskupem;
współczuli,
modlili się.
Nie mogli pogodzić się z tym,
że kat ma nadal więcej do powiedzenia
niż jego ofiara.
Być może, że ci,
którzy krzywdząc,
żądali sprawiedliwości,
tej sprawiedliwość wkrótce
doświadczą sami.
Sumienie nie ma zębów,
ale może zagryźć
- mówi przysłowie

Módlmy się za arcybiskupa Stanisława
dźwigającego dziś swój krzyż,
aby dzięki temu
ciężkiemu doświadczeniu,
stawał się dla nas wierzących
świadkiem pokory, wierności Bogu
i jeszcze większej miłości
do Tego, który uczynił go
kapłanem i biskupem.
Amen.